Codzienność z domieszką Halloween

Oboje z Mężem mamy na fejsiku zalajkowanych całkiem sporo stron katolickich. Kiedy więc odpalam swoją tablicę (a z racji pewnego unieruchomienia, o którym za jakiś czas napiszemy, robię to z nudów dość często), nieustannie rzucają mi się w oczy nagłówki stanowiące parafrazę słów „Halloween to wymysł szatana” oraz obrazki demonicznie uśmiechającej się dyni. Macie już dość tekstów na ten temat? To to proszę – zafundujemy Wam jeszcze jeden.

Otóż my, lewaccy katole, większych problemów z Halloween nie mamy. Nie dostrzegmy „zagrożenia duchowego” w wyjściu do knajpy, gdzie motywem przewodnim dekoracji jest wydrążona dynia i nietoperz. Nie boimy się, że Zły wyskoczy na nas z creepy lampionu, wykonanego z bibuły i czarnego kartonu. A kiedy nasze dziecko przyjdzie już na świat i w jego szkole będzie odbywała się halloweenowa, przebierana dyskoteka, pomożemy mu przygotować fajny strój, zamiast wysyłać je do egzorcysty. Powody? Prozaiczne: oczywiście wierzymy, że Szatan istnieje, że świat realny to nie tylko ten, który da się zbadać za pomocą „szkiełka i oka”, ale jednocześnie jesteśmy przekonani, że wielkie zło wybiera inne drogi dostępu do człowieka, niż nagłe wynurzenie się z dyni i skok do gardła. Banie się Halloween i zwalczanie go jest bardzo atrakcyjne – bo jest proste i wymowne. Łatwiej jest przecież jest wrzucić mem „Jestem katolikiem, nie obchodzę Halloween” i obwiniać udział w imprezie urządzanej z tej okazji o czyjeś opętanie, anieżeli mówić o skutkach, jakie niesie pogarda dla drugiego człowieka, zaniedbywanie rozwoju duchowego, wywyższanie się, nienawiść, skąpstwo, czynienie z religii zakładnika dla naszych lęków i absurdalnych przekonań. Dowodzenie, ż zagrożeniem duchowym może być nieudzielenie pomocy potrzebującej wsparcia koleżance z pracy nie ma takiej siły rażenia, jak opowieści o zniewoleniu przez diabła kogoś, kto kiedyś zrobił sobie dyniową dekorację w pokoju. Tak naprawdę niektóre z tych opowieści mają przecież to samo zadanie, co popularne ghost stories – zaspokojenie ludzkiej potrzeby doświadczania strachu.

Ludzie od zawsze lubili się bać, od zawsze fascynowała ich śmierć. Jest to przecież doświadczenie najbardziej tajemnicze, nieznane, a jednocześnie nieodwołalnie powszechne. Wszyscy obrócimy się w proch – nie zmieni tego ani postęp medycyny, ani to, że o śmierci nie chcemy na poważnie rozmawiać (o czym  nieco później). Nic dziwnego, że każdy lud, każde plemię, próbowało (i próbuje nadal) śmierć obłaskawić. Halloween, Dziady czy Dzień Zaduszny mają za zadanie przypomnieć nam, że przecież, poza naszą ziemską „strefą komfortu”istnieje Nieuchronne, z którym trzeba się jakoś ułożyć, jakoś radzić sobie ze świadomością śmiertelności własnej i bliskich osób. Nie oznacza to oczywiście, że zabawa halloweenowa ma nas „pogrążyć w kulcie śmierci”. Nie. To tylko ludowe, prześmiewcze danie wyrazu frazie „memento mori”.

Pewnie, że Halloween jest kiczowate. Trudno jest przecież, patrząc na trupie mejk-apy, jakie nakładają miłośnicy grozy, dochodzić do poważnych, egzystencjalnych przemyśleń. Drążone dynie, czarne koty ze steropianu czy „straszne” papierowe pająki są przeciez trywialne. Jednak… tak samo niewyszukane są przecież zabawy karnawałowe, weselne (te balansują często na granicy dobrego smaku) czy kinderbale.  Halloween nie jest żadnym wyjątkiem i nie musi być oznaką „znieczulenia się” na śmierć, ból, gorycz odchodzenia. Śmierć jest w naszym społeczeństwie zepchnięta na margines – nie rozmawiamy o niej,rzadko jestesmy świadkami czyjegoś odchodzenia – ludzie coraz rzadziej umierają przecież w domach, a do „ostatniej drogi” przygotowują zmarłych pracownicy zakładów pogrzebowych. Osobom, które nie należą do wąskiego grona pracowników hospicjów, szpitali czy domów pogrzebowych, śmierć znana jest z niezbyt ambitnych horrorów, kryminałów czy wiadomości, gdzie staje się ona jednak tylko statystyką. Być może Halloween wpisuje się jakoś w ten nurt „rozumienia” śmierci – jesli tak własnie jest, to nie same halloweenowe imprezy stanowią problem, lecz naiwne myślenie na temat przemijania w ogóle. Nasza pozornie odarta z tajemnicy codzienność zawiera w sobie domieszkę halloweenowego podjeścia do śmierci – bo przecież mimo wszystko fascynuje nas to „coś więcej”, nawet, jeśli nie wierzymy w duchy i zmory.

Sądzimy, że Halloween nikomu nie zagraża, jeśli oczywiście nie jest związane z realną fascynacją okultyzmem czy praktykowaniem czarnej magii. Zagraża nam brak myślenia o smierci, nieodwracalności starzenia się, wypieranie istnienia ciężkich chorób. Mamy wrażenie, że także w naszych kościołach za mało mówi się o eschatologii, o zbawieniu i dążeniu do Wiecznosci – zbyt łatwo ulegamy pokusie koncentrowania się na sprawach doczesnych, jak np. polityce. Starajmy się podejmować refleksję na te tematy, a halloweenowym imprezom pozostawmy status igraszek… z kiczem. Bo igraniem z ogniem (piekielnym) można nazwać inne, niegodne katolika postawy i zachowania.

PS Nie jest naszym celem namawianie kogokolwiek o udziału w Halloween party. Każdy z nas ma inną wrażliwość. Jeśli czujesz, że to nie dla Ciebie – nie rób nic na siłę. Nie warto jednak dyni z trójkątynymi oczami uważać za puszkę Pandory w wersji 2.0.

RSS
FACEBOOK
FACEBOOK
GOOGLE
https://katolwica.blog.deon.pl/2017/10/31/codziennosc-z-domieszka-halloween/
TWITTER

4 komentarze

  1. Zgadzam się, nie ma co demonizować dyni, „nie naszego święta” i związanego z nich klimatu. Świetnie wypunktowałaś, co jest dużo większym zagrożeniem, podpisuję się pod tym.

  2. Rafał Krysztofczyk

    Gdybym był bliżej to z radością bym Cię uściskał, z racji mojego wieku sądzę, że Twój mąż nie miałby o to pretensji. To co napisałaś jest po prostu normalne i mądre, a lektura tego tekstu daję chwilę wytchnienia od głupoty. Jestem Twoim fanem katolwico !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *