Pięć lat prostoty. Czego nauczył nas papież Franciszek?

#DziękiFranciszku

Sami nie wiemy, kiedy to się stało, ale… faktem jest, że jutro minie pięć lat, odkąd nieznany Polakom kardynał z antypodów został wybrany na następcę św. Piotra. Paradoksem całej tej sytuacji było to, że większą „sensacją” od wyboru nowego papieża był w świecie katolików (i nie tylko!) fakt abdykacji Benedykta XVI. Styl bycia Franciszka sprawił jednak, że media szybko zaczęły się nim interesować (w końcu, czy jakikolwiek inny duchowny doczekał się „świeckiej kanonizacji”, czyli otrzymał tytuł Człowieka Roku Magazynu „Time”…?). I, choć jest zdecydowanie za wcześnie, aby pisać ambitne podsumowania pontyfikatu Franciszka, to jednak pokusiliśmy się o podzielenie z Wami refleksją nad tym, co zachwyca nas w pontyfikacie i stylu bycia papieża Franciszka – i za co jesteśmy mu wdzięczni:

  • Prostota i wyrazistość w mówieniu o wierze. Cenimy pisma i homilie Jana Pawła II czy Benedykta XVI, ale musimy przyznać, że przebrnięcie przez nie było wcale łatwe (jedną stronę „Pamięci i tożsamości” czytałam czasem kilka razy). Franciszek wypowiada się konkretnie i prosto, a do tego posługuje się porównaniami, które jest w stanie zrozumieć każdy człowiek – również prosty, nienadążający za retorycznymi zawijasami i nieczujący się pewnie w meandrach teologii.
  • Podjęcie na nowo tematów związanych z ochroną środowiska. Dla nas to kwestia bardzo osobista – od dawna angażujemy się w pomoc zwierzakom, jesteśmy wegetarianami, jeździmy na rowerach (tu powinnam wstawić „emotikon wink”) i uwielbiamy wypoczywać na łonie natury. W encyklice „Laudato si” Franciszek przypomina nam, że „czynienie ziemi sobie poddanej” nie oznacza wcale bezmyślnego niszczenia i tłumaczy, że nadmierna eksploatacja naturalnych dóbr odbija się na zdrowiu i życiu zwłaszcza ludzi ubogich – na przykład mieszkańców Afryki.
  • Zwrócenie uwagi na problem ubóstwa. Choć nie pławimy się w luksusie, to jednak trzeba przyznać, że jako młodzi, zawsze syci Europejczycy nie do końca byliśmy sobie w stanie wyobrazić, jak żyje się wtedy, kiedy nie wiadomo, czy następnego dnia będzie co włożyć do garnka (a być może nie rozumiemy tego nadal). Ojciec Święty nieustannie kieruje wzrok chrześcijan na problemy tych, którzy nie mogą kupić sobie designerskiej torebki z popularnej sieciówki, lecz w pocie czoła te torebki szyją – często za głodowe stawki. Taka zmiana optyki naprawdę uczy wrażliwości i… wdzięczności za to, co sami posiadamy.
  •  Świadomość, że nie każdemu musi się podobać to, co robimy. Franciszek jest bez wątpienia „katolickim celebrytą”- mnóstwo ludzi go uwielbia i powołuje się na jego słowa, ale z drugiej strony – nie brak osób (przeważnie konserwatywnych bądź wręcz bliskich lefebrystom), które się z nim nie zgadzają, a nawet posądzają o „wprowadzanie do Kościoła ducha modernizmu”. Franciszek chyba niespecjalnie się tym przejmuje – po prostu realizuje cele, jakie przyjął na początku pontyfikatu. W dobie  „lajkofilii”, czyli palącego społeczeństwo dążenia do zdobycia uznania (nie tylko w mediach społecznościowych), taka stałość i pewność własnych dążeń naprawdę robi wrażenie!

A Wy, za co podziękowalibyście Franciszkowi?

Continue Reading

Zrób dla Boga coś szalonego

Kto był wczoraj w kościele, usłyszął podczas Ewangelii historię Jezusa i kananejskiej kobiety, która prosiła Go, by uzdrowił jej córkę – była ona chora duchowo, bo dręczona przez złego ducha. Ja i Mąż ostatnio w ramach churchingu uczęszczamy na msze do dominikanów (jako człowiek pracuący słowem, doceniam, gdy Słowo jest odpowiednio wyłożone). W przepięknym kazaniu mowa była o tym, że ta kobieta, która poprosiła Jezusa o pomoc, była dla Niego, jako Syna Izraela, nieczysta z trzech powodów:

  • Była kobietą „nieskromną”, bowiem pierwsza „zaczepiła” obcego jej Mężczyznę.
  • Była poganką, a wiadomo, że Żydzi nie pałali do nich miłością.
  • Miała kontakt z duchem nieczystym, gdyż ten był sprawcą cierpienia jej i jej córki.

Mimo tego Jezus rozmawia z nią i – po umożliwieniu jej „wykazania się” wiarą i wytrwałością – robi dla niej to, o co ona prosi. W ludzkich kategoriach Jezus robi więc coś niepojętego, szalonego, rozsadzającego fasadę ówczesnej obyczajowości. I teraz, skoro Jezus czyni coś takiego, przychodzi czas na naszą odpowiedź:

A co my, ludzie wierzący, robimy szalonego dla Niego?

Wielu coachów, trenerów, mentrorów, co jakiś czas zadaje klientowi pytanie: „czego nigdy byś w tej sytuacji nie zrobił?”, lub „Co byłoby w stanie Ci pomóc, ale wydaje się zbyt szalone?” Uważam, że podobne pytanie powinien postawić sobie każdy chrześcijanin. W większości przypadków przecież w naszej wierze i praktykach religijnych pozostajemy – używając słownika coachingowego – w „swojej strefie komfortu”. Ale przecież zbawienie, bliskość Boga jest przeznaczone dla szaleńców, dla „gwaltowników”, jak pisze św. Mateusz Ewangelista.

Drodzy katole i ludzie dobrej woli, zróbmy więc coś, co jest absolutnie super, ale wydaje się szalone. Coś, czego nigdy wcześniej nie robiliśmy – może zaangażujmy się w wolontariat, spróbujmy pogadać z samotnym, opuszczonym człowiekiem, który żyje gdzieś na uboczu, zaprośmy bezdomnego na obiad, podejmijmy post w zapominanej przez większość intencji…

OK, więcej rozwiązań sugerować nie będę – w końcu szaleństwo ze swojej natury wymyka się schematom.

Continue Reading

Siedmiu wspaniałych – lista naszych ulubionych katocelebrytów

Są wszędzie – w sieci, w telewizji, w prasie. Robią mega fajne rzeczy dla ludzi, którzy trzymają się blisko Kościoła, ale też dla tych, którzy Panu Bogu niespecjalnie się narzucają. Ich działalność porusza serca wielu osób – w tym także nasze, katolewackie. Poznajcie siedmiu fantastycznych katolików, którzy poprzez swój fejm inspirują innych oraz pomagają uwierzyć, że oblicze naszej Matki, Rzymskiego Kościoła, nie zawsze jest groźne i zachmurzone!

UWAGA: lista nie jest rankingiem – kolejność nie ma tutaj znaczenia.

Hipster Katoliczka – must read w katointernetach. Cenimy ją za to, że mówi o wierze spokojnie, autentycznie, bez obsesji. Ściera na proch wizerunek nudnej i znerwicowanej eklezjogennie katoliczki w przedpotopowych ciuchach. W prosty sposób mówi o codzienności z Bogiem – czyli tym, co dla żyjących wizją wielkich czynów katolików bywa mega trudne.

Piotr Żyłka – gdyby nie on, nie byłoby tego bloga (albo nie byłby takim, jaki jest obecnie) – bo bez niego po prostu nie byłoby deonu. Cenimy jego wnikliwą analizę rzeczywistości, spokojny sposób mówienia o wierze. Jego publicystyka jest lekka, ale jednocześnie treściwa. Duchowy bank rozbił natomiast przybliżeniem Polakom postaci nieżyjącego już księdza Kaczkowskiego.

Ojciec Szustak – kiedyś „Tygodnik Powszechny” nazwał go „trenerem dusz” – uważamy, że to dobre określenie. Znany zakonnik ma kilka zalet: pokazuje, że życie Ewangelią może być fajne, szanuje swoich widzów i odpowiada na ich pytania, mowi o Bogu bez nadmiaru retorycznych ozdobników, wychodzi do ludzi – a nie czeka, aż owieczki przyjdą do niego. Jakby tego było mało – mieszka w Łodzi. To naprawdę uszlachetnia człowieka! 🙂

Ksiądz Kaczkowski – masz znajomego który przeczytał Dawkinsa i sądzi, że „katole som ciemne, gupie i wierzo w gusła”? W ramach odtrutki podaruj mu dowolną książkę ks. Kaczkowskiego. Doskonale opisywał on kryzysy duchowe, drogę – jak to się mówi po kościelnemu – wzrastania w wierze, motywował do ruszenia odwłoka i zrobienia czegoś dla innych. Zamiast grzmieć o tym, że dzisiaj ludzie nie rozumieją świętości życia i że Holendrzy, bezbożnicy, promują eutanazję, pokazywał alternatywę, robiąc konkretne dobro – tworząc hospicjum. Choć ten onkocelebryta, jak sam siebie nazywał, opuścił już ten ziemski padół, na serio jest obecny w naszym życiu.

Siostra Chmielewska – w naszym skażonym grzechem świecie naiwne dobro rzadko wygrywa – aby robić dobre rzeczy, trzeba po prostu być „twardym, a nie miętkim”. Siostra udowania, że katolik nie musi być wiecznie zapatrzony w niebo i nie musi (a nawet nie może) myśleć życzeniowo – w pomaganiu innym liczy się konkret, siła, wytrwałość. Do cerowania świata potrzeba porządnych i wytrzymałych nici!

Ksiądz Boniecki – był w naszym życiu czas, kiedy to obijaliśmy sie od kościoła do kościoła, wyrażając się bardzo emocjonalnie na temat odchyłów narodowych polkiego kleru i jego obsesji na punkcie łamania przez lud VI przykazania. Ile da się słuchać na temat konieczności obrony „tradycyjnej, polskiej rodziny” (nie do końca wiadomo przed kim), pochwał dla toruńskiej rozgłośni, skrótowych i niepopartych żadnymi sensownymi argumentami analiz polskiej sytuacji społecznej? Kiedy byliśmy na skraju załamania nerwowego i duchowego, w naszym życiu pojawił się Ksiądz, który pomógł uwierzyć nam, że dla ludzi niebojących sie dżędera i Unii, również jest miejsce w Kościele.

Szymon Hołownia – gdyby umieścić w magicznym kociołku dobro i zdrowy rozsądek, otrzymalibyśmy własnie pana Hołownię. Jego książki sprawiają, że człowiek jest nasycony jak wilk przy paśniku – tyle, że duchowo. Podziwiamy to, co robi dla dzieciaków w Afryce, ale także to, że daje opór „teologii schabowego” – która nas, katolewackich wegetarian i cyklistów, wkurza niemiłosiernie. Nie powiemy, że czekamy na jego kanonizację (bo to można by przecież czytać jako formę złorzeczenia), ale wierzymy, że kiedyś poczet świętych Szymonów powiększy się właśnie o niego.

Continue Reading

Bóg. Rozświetlacz do twarzy nr 1 na świecie

W jednym z czytań z Księgi Wyjścia, które „przypadały” na ten tydzień, jest mowa o tym, że twarz Mojżesza, po spotkaniu z Bogiem, jaśniała. Zastanawiam się, jak takie „jaśnienie” dokładnie wyglądało – czy kontakt z Najwyższym zapewniał przewodnikowi Izraela efekt podobny do tego, jaki dają drogeryjne kuleczki rozświetlające, czy może chodziło o coś w rodzaju znanej nam z nabożnych obrazów aureoli? W tym momencie jednak muszę sama siebie przywołać do porządku – czas zakończyć te infantylne rozważania (w końcu, z racji wieku, etap myślenia konkretnego powinnam mieć już dawno za sobą) i zadać pewne bardzo ważne, kluczowe dla tego posta pytanie: czy nasze twarze jaśnieją?

Fragment Księgi mówi o czymś bardzo ważnym: człowiek, który naprawdę spotkał Boga, lśni. Kontakt z Bogiem nie sprawia, że nasza twarz pochmurnieje, wykrzywia się gniewem czy odrazą wobec grzeszników. Światło, jakie wydobywa się z człowieka, który żyje blisko Boga, jest dostrzegalne dla innych – stanowi swoisty znak przynależności do Pana.

Myślę, że warto zastanowić się, jaki wyraz ma zazwyczaj nasza twarz, jakie emocje przeżywamy najczęściej i najsilniej. Jeśli nie jest to radość albo głęboki, wewnętrzny spokój, a raczej wściekłość na rzeczywistość, pretensje do świata czy poczucie wyobcowania, to być może przyczyną naszych „dolegliwości” jest właśnie brak prawdziwego, osobistego kontaktu z Bogiem? Może coś szwankuje w naszej komunikacji z Nim, czyli modlitwie? A może zwyczajnie nie chcemy Go słuchać lub wydaje nam się, że nie mamy na to czasu? Być może nasze praktyki religijne stały się zbyt powierzchowne, a gorliwość jest mało autentyczna? Oczywiście, to, że czujemy, iż ogarnia nas mrok, może mieć związek z przeżywanymi w danym czasie życiowymi trudnościami lub problemami natury psychicznej – człowiek nie jest przecież istotą tylko duchową i jeśli z chemią naszych mózgów dzieje się coś nie tak, to może nie duch, a biologia wymaga reparacji. Niepokojące jest jednak, gdy człowiek wierzący przez większość czasu nie niesie innym światła, lecz ciemność.

Wędrując po internetach niczym Naród Wybrany przez pustynię, napotykamy wielu katolickich publicystów i kaznodziejów. Może ich stopień blasku ich twarzy również powinniśmy brać pod uwagę, kiedy decydujemy się na subskrypcję kanału albo na zostanie wiernym czytelnikiem ich tekstów? Osobiście nie dowierzam tym, którzy specjalizują się wyłącznie w ostrej krytyce rzeczywistości, walce z „upadkiem obyczajów” czy piętnowaniu „wrogich chrześcijaństwu ideologii”. Nie oznacza to, że jestem zwolenniczką „pluszowego chrześcijaństwa” – zło jest wokół nas, a o grzechu i ludzkich słabościach mówił przecież sam Jezus. Tyle, że my, chrześcijanie (oraz wszyscy ludzie dobrej woli)  nawet wobec wszechobecnego cierpienia, skażenia grzechem i bólu, jaki jest obecny na świecie, mamy jaśnieć, rozpraszać ciemności – nigdy zaś gasnąć samemu. Przypominam sobie w tym momencie dość oczywisty fragment „Elegii i chłopcu polskim” Baczyńskiego:

„Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,/ przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg./ I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc”.

Wierzę zatem, że kiedy naprawdę doświadczymy spotkania z Bogiem, to w każdych warunkach damy radę zachować blask.

PS Może by tak więc uczynić swoim życiowym mottem słowa Rihanny „Shine bright like a diamond”? Duchowe inspirajcje można czerpać z wielu źródeł.

Continue Reading

Boski parenting. Czemu Maryja jest Mamą idealną?

Podobno w czasie deszczu dzieci się nudzą – myślę, że dotyczy to także dzieci, które wiekiem zbliżają się do magicznej granicy trzydziestki (Mąż) lub  ćwierćwiecza (Angelika). Ktoś z Was chyba nie zjadł do końca obiadu, co sprawiło, że… podczas naszego wyjazdu do Bułgarii niebo zaszło burzowymi chmurami, z których leją się strugi deszczu. No i zaczęła się między nami rozmowa o… Annie Lewandowskiej, która miesiąc po porodzie jest już „w formie” i „Wysokich obcasach”, gdzie ostatnio publikowane są listy kobiet, niedążących po urodzeniu dziecka do spadku wagi (tak, tak – na urlopie staramy się nie nie wypaść „z obiegu”). Chwilę później znaleźliśmy się już na forum dla matek. Przedstawiamy Wam nasze refleksje z tej dziwnej podróży.

Nie lubię pisemek parentingowych. Z pewnością napiszę kiedyś, dlaczego – a będzie to post długi i emocjonujący. Zupełnie naturalne jest jednak to, że większość mam (zwłaszcza młodych) szuka inspiracji, jak zajmować się dzieckiem i być dla niego wsparciem – także kiedy ono urośnie i „Mamo, patrz!” zamieni się w „Weź się, mamo…”. Czas rodzin wielodzietnych w naszym społeczeństwie skończył się – niewiele kobiet może uczyć sie od ciotek, sióstr czy kuzynek, a pomysłów na „macierzyństwo doskonałe” jest coraz więcej. Na szczęście chrześcijanie (i nie tylko!) mają możliwość uczenia się od Mistrzyni w zakresie parentingu – Mamy Jezusa. Chcielibyśmy się z Wami podzielić refleksją, dlaczego Maryję uważam za najwspanialszą Mamę ever!

Przyjmuje Dziecko mimo niesprzyjających okoliczności.

Czy Maryja mogła mieć jakiś plan na życie Swoje i Józefa? Oczywiście. Inaczej nie byłaby przecież zdzwiona „propozycją” anioła, kiedy ten zapowiedział jej Boskie macierzyństwo. Ta młoda, dzielna kobieta (mogła mieć około 16 lat), postanowiła przyjąć Dziecko mimo wszystko, rzucając wyzwanie światu – w końcu ówczesna moralność pannę z dzieckiem traktowała jak wroga społecznego, jawnogrzesznicę i zło wcielone. Maryja o tym wie – mimo to nie konsultuje sie z rodzicami (choć przecież bardzo ich kocha), nie pyta o zdanie Józefa – męskiego opiekuna. Sama decyduje się przyjąć Maleństwo. Jej miłość do Boga i Dziecka, które ma się narodzić, jest silniejsza od strachu, od Januszowego myślenia wielu nazarejczyków, od grozy wyobrażenia o samotnym macierzyństwie i życia jako wyrzutek. Dziesiejsi młodzi ludzie niekiedy obawiają się (bardzo) pojawienia się potomstwa – sytacja na rynku pracy jest niestabilna, ludzie pracują na śmieciówkach, a dziecko ZAWSZE wymusza zmiany  w życiu. I nie, nie chodzi mi o to, żeby kogokolwiek pouczać i grzmieć o niżu demograficznym – ja doskonale rozumiem te wszystkie obawy. Mamy prawo (w sumie to obowiązek) planować rodzicielstwo. Opowieść o początku ciąży Maryi daje nam jednak nadzieję, że jeśli „coś” nas zaskoczy, Bóg również nas nie zostawi i ustawi niektóre sprawy. Sądzę, że Jej historia pokazuje nam także, że nigdy nie wolno osądzać kogoś po pozorach – to, że ktoś łamie jakieś tabu, nie oznacza, że nie ma w tym Bożej woli.

Nie stosuje przemocy.

Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co Mama Jezusa musiała czuć, gdy Jej Syn zagubił się podczas pielgrzymki. Na pewno była przerażona – może z powodu stresu bolała Ją głowa lub czuła, że za chwilę zemdleje? Może czuła się winna (choć oczywiście nie ponosiła żadnej winy), że nie pilnowała Dziecka jak należy? Może próbowała spojrzeć w twarz każdego innego dziecka w wieku około 12 lat i za każdym razem, gdy okazywało się, że to nie mały Jezus, szlochała w ramionach Józefowi? Niezależnie jednak od bólu, jaki czuła, kiedy w końcu odnalazła Swoją „Zgubę”, nie zaczęła na Jezusa krzyczeć, nie uderzyła Go, nie zapowiedziała Mu kary na struganie z drewna. Powiedziała Synowi, że szukali Go z bólem serca, jednak nie wpędzała Go w poczucie winy, nie opisywała, jak to On Ją zaraz „wpędzi do grobu”. Pozwoliła mu wytłumaczyć Swoje postępowanie i, choć chyba nie do końca je zrozumiała (bo rodzic nigdy do końca nie zrozumie dziecka), rozważała to wszystko w sercu. Czy może istnieć piękniejszy obraz podążania za dzieckiem, zezwalania mu na poszukiwanie własnej drogi, własnego powołania? Jezus, oczywiście, nie grzeszył, ale dla ludzkich mam ta historia pokazuje jeszcze jedną rzecz – maluchom trzeba przebaczać.

Nie ogranicza swojego Syna.

Mama Jezusa zaakceptowała styl Jego życia mimo tego, że był zupełnie inny od jej przodków oraz jej samej. Pozwalała mu nauczać, nie wtrącała się w Jego życie (choć zawsze była w nim obecna). Nie zamknęła Swojego Syna w domu, nie robiła Mu wymówek, że nie poradzi sobie w niebezpiecznym świecie. Co wiecej, myślimy, że Miriam może być wzorem dla samotnych matek – nie wiemy dokładnie, kiedy zmarł święty Józef, ale na pewno przed śmiercią i zmartwychstaniem Jezusa. Maryja nie szantażuje emocjonalnie Syna, mówiąć, że „zostawia ją tu samą, a ona wszystko poświęciła Jemu”, „Pięknie Jej się odwdzięcza Jej jedyne Dziecko” itd. Rozumie, że Jezus ma Swoją misję i ona go nie zatrzymuje. Dziś wielu młodych ludzi ma poważne problemy z separacją – rodzice nie chcą wypuścić pociech z gniazda, na różne sposoby próbują trzymać je przy sobie. Maryja pokazuje nam, co to znaczy pozwolić dziecku dorastać.

Jest przy Swoim Dziecku do samego końca.

Jezusa zaparli się niemal wszyscy – także Ci, którzy widzieli, jak czynił spektakularne cuda. Jego Matka jednak nie uciekła, nie przestraszyła się konsekwencji przebywania pod krzyżem, mimo że groziły za to poważne konsekwencje. Nigdy Go nie opuściła, była przy torturowaniu Go, była przy śmierci krzyżowej i pochówku. Nie mogła zrobić nic – poza daniem Swojemu Synowi obecności. I zrobiła to, mimo naturalnego odruchu odwracania wzroku od cierpienia i krwi, który ma przecież niemal każdy z nas. Co więcej – nawet po Jego śmierci, Ona nadal w Niego wierzy i czuje, że ta historia nie jest jeszcze zakończona! Postawa Miriam pokazuje nam, co należy robić, gdy dziecko, ale także krewny czy przyjaciel, straszliwie cierpi- wtedy naszym zadaniem jest po prostu być. Oczywiście, Jezus był najniewinniejszym ze wszystkich cierpiących, ale nasuwa mi się tutaj także skojarzenie (poniekąd odległe) z matkami dzieci, które zeszły „na złą drogę”, czyli np. pogrążyły się w nałogach, wdają się w konflikty z prawem itd. Dziecko, które zbłądziło, musi ponieść konsekwencje swoich czynów, ale ono także zasługuje na obecność rodziców i ich wiarę, że los może się jeszcze odwrócić.

 

Continue Reading

Katoliku, kiedy ostatnio modliłeś się za Beyonce? Czyli nasza lista 6 grup, które najbardziej potrzebują modlitwy

Katoliku, kiedy ostatnio modliłeś się za Beyonce?

 

Za kogo zazwyczaj się modlimy?

Cóż, wielu z nas w pierwszej kolejności modli się za siebie – próbujemy „załatwiać” z Panem Bogiem własne interesy. Nie trzeba chyba mówić, że to niezbyt dobrze – w końcu bliźnich mamy kochać tak samo, jak siebie! Podczas modlitwy też można przecież zgrzeszyć pychą – kto nie wierzy, niech obejrzy fragment „Dzwonnika z Notre Dame” Disney’a, w którym to Frollo, archidiakon, modli się… chyba najgorzej, jak się da.

Z drugiej strony, kiedy już podejmujemy „trud” modlitwy za kogoś, przeważnie są to te same grupy – kapłani, młode rodziny, zmarli. Nie twierdzę, że oni nie potrzebują modlitwy – potrzebuje tego każdy z nas, nawet, jeśli o tym nie wie. Sądzę jednak, że istnieją wyjątkowo zaniedbane modlitewnie grupy, którym nasze westchnienie do Boga mogłoby pomóc osiągnąć szczęście. Oto nasza subiektywna lista 6 grup, które najbardziej potrzebują naszej modlitwy!

  1. Niewierzący praktykujący.

Twój proboszcz podczas Mszy nie zawraca sobie głowy mówieniem o Jezusie?  A może wiesz, że któryś z polityków mówi wiele o „chrześcijańskiej tożsamości narodu”, ale czyni to jedynie po to, by zdobyć elektorat? Babcia znajomej modli się kilka godzin dziennie, ale tym, w co wierzy najbardziej, jest jej własna nieomylność i zepsucie dzisiejszej młodzieży? Ogranicz narzekanie i wykorzystaj zyskany czas na modlitwę w intencji tych osób.

  1. Ofiary uzależnień.

Rany, jakie alkoholik czy seksoholik zadaje sobie i swojej rodzinie, są wyjątkowo głębokie i trudno się goją. Dlatego właśnie osoby, które nadużywają alkoholu, narkotyków, tkwią w matni uzależnienia od hazardu, oraz ich bliscy, wyjątkowo potrzebują naszej modlitwy.

  1. Ludzie doświadczający przemocy

Nie każdy rodzic potrafi okazywać dziecku miłość i wsparcie. Wiele maluchów lepiej od ciepłej dłoni mamy na głowie, zna ból, jaki towarzyszy uderzeniu pasem. Nierzadko ludzie są też krzywdzeni przez obraźliwe, straszne słowa, które odbierają im wiarę w siebie i… w istnienie dobrego Boga. Pamiętajmy o nich, zwracając się do Boga.

  1. Chorzy na samotność

Kolejny raz poruszamy na blogu temat samotności. Dlaczego? Ponieważ jest to choroba naszej epoki. Spędzamy długie godziny przed laptopem, wiele osób wyjeżdża za chlebem za granicę, rozwodów jest coraz więcej. Zamiast wygłaszać tyrady, że „kiedyś to było lepiej”, powierz tych ludzi Bogu.

  1. Celebryci.

Często są to ludzie traktowani jak przedmioty – mają nam dostarczyć beat do bujania się w klubie, rozwalać system na koncertach, nawet wtedy, gdy ich życie się sypie (pamiętajmy o dramacie Amy Winehouse). Odpuść sobie czytanie kolejnych rewelacji na temat danej sławnej osoby na ”Pudelku” (często zresztą zdobywanej z naruszeniem prywatności) i poproś Boga o błogosławieństwo dla nich.

  1. Uchodźcy.

O nich NIE WOLNO nam zapomnieć. Tysiące ludzi doświadczają dramatycznych skutków wojny, widzą śmierć i cierpienie swoich najbliższych, a kiedy proszą o naszą pomoc – nierzadko spotykają się z odrzuceniem, lękiem i stereotypami. Sądzę, że każdy z nas powinien co wieczór prosić Ojca, by zakończył wojnę i nauczył nas kochać tych, którzy są ofiarami wielkiej nienawiści.

Pamiętajmy też, że wiara bez uczynków jest martwa. Nie wystarczy więc modlić się – w parze z modłami musi iść namacalne działanie. Ograniczmy wchodzenie na Pudla, przelejmy jakąś kasę na ośrodki, które pomagają uzależnionym. Wtedy nasza pomoc będzie kompleksowa 😉

A Wy, kogo dopisalibyście do tej listy?

Continue Reading