Przekleństwo czy wybawienie? Katomałżeństwa a NPR

W tym roku mija 50 lat od ogłoszenia encykliki „Humanae Vitae” przez Pawła VI. Był to, jak się powszechnie uważa, jeden z najbardziej kontrowersyjnych dokumentów Kościoła XX wieku. Zawartość HV dotyka nie abstrakcyjnych dla wielu osób spraw dogmatycznych, ale kwestii, z którą ma „styczność” większość katolików – życia seksualnego w małżeństwie i planowania rodziny.

Nie jest prawdą, że HV wprowadziło zakaz antykoncepcji – ono utrzymało w mocy nauczenie wcześniejszych papieży, m.in. Piusa XI (który antykoncepcję nazywał „gwałceniem aktu naturalnego„. Encyklika ta pojawiła się jednak w czasie, gdy katolicki świat zastawiał się, czy papież zaaprobuje stosowanie nowo wynalezionej pigułki antykoncepcyjnej – i znaczna część chrześcijan miała nadzieję, że tak się właśnie stanie. Papież jednak postąpił inaczej – w HV stwierdził, że stosowanie sztucznych metod regulacji poczęć jest grzechem ciężkim. Wokół dokumentu, którego treść dla wielu katolików była zaskakująca, narosła więc ogromna ilość legend i plotek (np. taka, że encyklika została opublikowana latem, by przejść „niezauważona… jakby było to, mając na uwadze jej temat, w ogóle możliwe…).

Paweł VI przyznał, że wolno jest małżonkom współżyć w okresie naturalnie niepłodnym, aby odłożyć poczęcie dziecka. Naturalne metody planowania rodziny są jednak stosowane zaledwie przez część osób wierzących (wg badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, połowa praktykujących Polaków akceptuje antykoncepcję). Ci, którzy interesują się tematem NPR, mają na jego temat skrajne odczucia – jedni go wychwalają, inni – szczerze nienawidzą.

„Szkoda, że nie uczą tego w szkołach!”

Osoby, które decydują się na stosowanie NPR, zwykle kierują się nauczaniem Kościoła, ale nie tylko – często biorą pod uwagę także aspekt zdrowotny naturalnego planowania rodziny. Tak właśnie tę decyzję tłumaczy Marta: „Od początku małżeństwa (czyli od 13 lat) stosujemy NPR. Mamy 5 dzieci i wiemy kiedy każde z nich się poczęło. Mąż wpiera mnie, zapisuje wyniki obserwacji, a po tylu latach to już doszedł do perfekcji w ocenie kiedy są dni płodne. Choć nie zawsze jest łatwo. Konieczność wstrzemięźliwości w momentach kiedy akurat nasze ciało jest najbardziej nastawione na współżycie wymaga jednak samozaparcia i pewnej dyscypliny. Od początku małżeństwa zdecydowaliśmy się na NPR po pierwsze dlatego, że te metody są zgodne z nauczaniem Kościoła, po drugie, bo są zdrowe. Pomimo trudności mamy poczucie, że pozytywnie wpływają na naszą relację małżeńską. Potrafimy rozmawiać o płodności, kolejnych dzieciach, czekaniu i trudnościach, to na pewno nas zbliża. Ponadto nie czuję się w małżeństwie traktowana przedmiotowo, ale wiem, że jesteśmy razem z mężem po tej samej stronie i oboje bierzemy udział w podejmowaniu decyzji”. Marysia wspomina też o świadomości własnego ciała, jaką daje NPR: „Stosuję od 4 lat [metodę] Rotzera. Z małymi przerwami na ciążę. Teraz tez się obserwuje, ale już nie tak skrupulatnie, bo liczymy na wpadkę. Ogólnie NPR dał mi dużo samoświadomości na temat mojego ciała i symptomów, potrafię szybciej rozpoznawać reakcje mojego organizmu. Ja jestem zachwycona tym i szkoda, że nie uczą tego w szkołach.”

„Możemy zapobiegać ciąży, ale nie za bardzo? Hipokryzja!”

Nie brak jest jednocześnie katolików, którzy odrzucają metody naturalne. Część z nich nie widzi istotnej różnicy między „antykoncepcją naturalną” a sztuczną. „Dla mnie to też jest antykoncepcja” – mówi Julia, niedługo planująca wstąpić w związek małżeński. „Przecież zarówno w przypadku prezerwatyw, jak i NPRu czy kalendarzyka, chodzi o to, żeby nie począć dziecka. Po co udajemy otwartość na życie, skoro nie jesteśmy wcale otwarci? Można zapobiegać, ale tylko trochę? To hipokryzja. A jak się wpadnie, nawet przy stosowaniu tabletek, to też można to dziecko przyjąć. Ja nie usunę nigdy ciąży, ale nie będę się bawić w NPR. I na życie się nie zamykam”. Inni mówią o niskiej skuteczności NPR w pewnych sytuacjach. Należy do nich Klaudia, żona z dłuższym stażem i trójką dzieci: „Ja wiem, że obserwowanie śluzu i mierzenie temperatury mogą być skuteczne. Ale nie zawsze – po porodzie bardzo  trudno to ocenić, czy już wróciła płodność. Musiałbym z mężem zrezygnować z seksu na wiele miesięcy, a to przecież naturalne, że chcemy się kochać! Stosujemy prezerwatywy. Na życie jestem otwarta – świadomie zdecydowałam się na dzieci i bardzo je kocham. Ale nie widzę sensu w męczeniu się z NPR. A kobiety po cesarkach? Co one mają zrobić? Przecież po CC nie można zajść w kolejną ciążę przez rok. Mają umrzeć, narazić się na pęknięcie macicy, osierocić dzieci, bo stosując prezerwatywę zamykają się na życie? Ja i mąż sądzimy, że to absurdalne. Dzieci trzeba nie tylko urodzić, ale też je wychować”.

„Zaszła poważna zmiana…”

Czasami bywa tak, że stosunek do stosowania NPR zmienia się w trakcie trwania małżeństwa. Bartek na początku zgodził się na NPR, ale później z niego zrezygnował: „Nie mogę wiele powiedzieć o NPR. Żona zaczęła obserwować śluz, chcąc żyć po katolicku. Zgodziłem się. Ale zaszła poważna zmiana – od razu pojawiła się ciąża. Może obserwowała się za krótko. Ale wpadliśmy. Teraz nie chcę NPR, nie wierzę w to”. W przypadku Iwony było natomiast inaczej. Przez jakiś czas stosowała te metody, nienawidząc ich, by później stwierdzić, że dokonała dobrego wyboru: „Po ślubie od razu zaszłam w ciążę, ale poroniłam. Dostaliśmy zakaz ciąży na następne długie tygodnie, nie byliśmy pewni kiedy są dni płodne, a kiedy nie… więc musieliśmy zrezygnować całkowicie z seksu chcąc żyć NPR. Było to mega ciężkie, nie mogliśmy na siebie chwilami patrzeć, odrzucaliśmy jakakolwiek cielesność… tyle czasu czekaliśmy by stać się jednym ciałem, dopiero rozpoczynaliśmy ten etap naszej relacji, a tu znowu ‚szlaban’.. alternatywa była antykoncepcja ale próbowaliśmy być wierni NPR. Potem drugie poronienie i to samo. Potem trafiliśmy do naprotechnologa- nagle się okazało ze NPR to wybawienie i nadzieja. Na bazie żmudnych obserwacji (prowadzonych rzetelnie dzięki cudownemu mężowi który czuł się współodpowiedzialny i bardzo wspierał mnie) po paru miesiącach znowu bez seksu i tysiącach badań i wizyt lekarskich w końcu się udało – wkrótce na świecie pojawi się nasze dziecko”.

Temat NPR i antykoncepcji jest wielowymiarowy i budzi ogromne kontrowersje – także wśród praktykujących katolików.

Jesteśmy ciekawi Waszej opinii.

 

Continue Reading

Recenzja recenzji macierzyństwa, czyli „Mamy” Kubryńskiej

Zapewne, gdybym tę książkę przeczytała rok lub dwa lata temu, nie odebrałabym jej tak emocjonalnie, jak teraz. „Mama” poruszyła mnie chyba najbardziej ze wszystkich książek, jakie miałam okazję przeczytać w tym roku, z pewnego prostego powodu – to ja jestem główną bohaterką tej brawurowej powieści.

Matka Polka biedująca

Zdradzę Wam pewien sekret: od paru tygodni jestem zaangażowana w nową działalność. Kiedy uda mi się położyć Alę spać, a w domu robi się cicho, prowadzę lajwy dla grupy początkujących pisarzy. Ich celem jest, rzecz jasna, pomoc ziomkom po piórze w udoskonaleniu własnego warsztatu. Pewnego razu temat lajwa dotyczył konstrukcji bohatera literackiego (czyli jak tworzyć postać, która zapadnie nam w pamięć). Rzecz jasna, niemal od razu zaczęłam mówić o tym, że postać, która zostaje zapamiętana przez czytelników, to taka, która wywołuje silne emocje i jest wielowymiarowa. I pierwszą postacią z polskiej literatury najnowszej, jaka przyszła mi do głowy, była właśnie tytułowa Mama z książki Kubryńskiej. Wobec tej kobiety nie da się być obojętnym: budzi ona litość i współczucie (zachodzi w ciążę z nieodpowiedzialnym kolesiem ze studiów, który nie nadaje się do roli ojca, a do tego zmaga się z biedą), ale też gniew i politowanie (gdy wyżywa się na swoim dziecku, nie dostrzega jego problemów i bez sentymentu stwierdza, że ma osobowość borderline). Mama z „Mamy” jest bezimienna – macierzyństwo niemal kradnie jej tożsamość. Nie stać jej na hipsterskie produkty dla niemowląt – pampersy po spacerze suszy na grzejniku; stan błogosławiony jest dla niej przekleństwem (nienawidzi wówczas swojego ciała), a do tego otwarcie mówi o odczuwaniu niechęci wobec swojego uroczego i bardzo mądrego dziecka. Nie można przy tym powiedzieć, że Mama swojego dziecka nie kocha – ona po prostu nie jest mistrzynią w zakresie (jakże modnego dzisiaj!) rodzicielstwa bliskości. Sądzę więc, że tworząc taką postać, Kubryńska nie łamie tabu – ona ściera je na proch.

Mama – portrecistka Polski

Ale „Mama” to książka nie tylko o macierzyństwie. W moim odczuciu jest to także opowieść o przemocy, która w Polsce ma się świetnie, jest sposobem komunikowania się, który wpaja się nam od dziecka.  Autorka głosem Mamy opisuje wychowawczy terror w rodzinie jednego z głównych bohaterów, ukrywany pod płaszczem kompulsywnego przestrzegania dobrych manier, a także jego wpływ na późniejsze życie tegoż bohatera. Poznajemy pozbawiony empatii i przemocowy personel oddziału położniczego, na którym na świat przychodzi Piotruś, syn Mamy, a także przemoc społeczeństwa polskiego względem matek (rzekomo stojących w nadwiślańskim kraju na piedestale). Otoczenie Mamy chętnie raczy ją informacjami, jak powinna żyć i wychowywać swoje dziecko (potęgując przy tym jej poczucie winy) – niemal nikt natomiast nie garnie się do tego, by jej pomóc. Samotna, wystraszona Mama jest zatem coraz bardziej sfrustrowana, na czym cierpi jej relacja z synem… i koło się zamyka, mamy tkwią w klatce społecznych oczekiwań i lęku o swoją przyszłość. I ja – od niedawna również mama (albo Mama) – również zastanawiam się nad tym, jak tę cholerną klatkę rozpieprzyć. Wprawdzie nie jestem matką samotną, nie zmagałam się z poporodową depresją, a moja sytuacja zawodowa wygląda całkiem sensownie, ale…

… doskonale wiem, czym jest upokorzenie i rażący brak kompetencji personelu na polskich oddziałach położniczych (nawet w szpitalu, o którym mówi się, że posiada „IV stopień referencyjności”),

… otrzymałam dziesiątki (a może setki) idiotycznych rad dotyczących tego, jak powinnam zajmować się swoim dzieckiem, choć wcale o nie nie prosiłam – a raczej prosiłam o to, by pewne komentarze wygłosić do lustra, a nie do mnie,

… dowiedziałam się od pewnego „zatroskanego” pana, że jestem złą matką, ponieważ „nie żyję tylko dla dziecka”,

… choć naprawdę wspaniale czuję się w roli matki, to jednak bywam zmęczona, wściekła i przybita, gdy nie wiem, czemu moje dziecko płacze. I nie myślę wtedy o etosie matki i wbudowanym w niego poświęceniu, tylko o tym, że chciałabym wyjechać w Bieszczady.

Więc przyznaję – Mama to także mój opis. I, prawdopodobnie, większości matek w Polsce.

Macierzyństwo – pole wiecznej walki

Sądzę, że największym „osiągnięciem” autorki jest ukazanie trudów macierzyństwa w dwóch wymiarach: po pierwsze tym społecznym, związanym z obecną w Polsce trudną sytuacją młodych matek – zwłaszcza tych samotnych. Kubryńska zabiera nas w koszmarną podróż na polską porodówkę, pokazuje, jak beztrosko ojcowie dzieci podchodzą do obowiązku alimentacyjnego (i jak mało robi z tym państwo), pozwala podejrzeć, jak wygląda poszukiwanie pracy przez kobietę, która niedawno została matką. Z drugiej strony autorka opisuje wewnętrzne przeszkody i konflikty, z jakimi muszą radzić sobie matki: poczucie winy, chęć bycia najlepszą matką na świecie, lęk przed dorastaniem dziecka i jednocześnie chęć odpoczynku od niego. Te dwie rzeczywistości w „Mamie” nieustannie się przeplatają – brak pieniędzy popycha bohaterkę w ramiona poczucia bycia beznadziejną matką; jej samotność natomiast sprawia, że w pewnym momencie jest ona szczerze zdziwiona, że mogłaby w ogóle domagać się od ojca dziecka pomocy, która zwyczajnie należy się jej synowi.

Jestem przekonana, że w dobie pięknych i zadbanych instamatek, na których twarzach nie znajdzie się oznak zmęczenia, a raczej perfekcyjny makijaż, w epoce hipsterskich warsztatów dla mam dotyczących budowania więzi, promowania (niekiedy bardzo nachalnego) rodzicielstwa bliskości, ta książka jest jak otwarcie okna, jak przewietrzenie. Myśl „możesz choć trochę odpuścić” jest – również dla mnie – prawdziwie uwalniająca.

Continue Reading

Milczenie owieczek

Kiedyś, gdy byłam jeszcze piękna i młoda, studiowałam dziennikarstwo na UŁ. Wprawdzie nie dowiedziałam się tam zbyt wielu rzeczy – dlatego po licencjacie zdecydowałam się na kontynuowanie nauki na filologii polskiej – ale i tak mam sentyment do tych trzech lat…

Ostatnio w czeluściach mojej skrzynki mailowej znalazłam pewną pamiątkę z czasów studenckich – krótki reportaż na temat lekcji religii w jednej ze szkół. Stanowił on zaliczenie jednego z przedmiotów. Zdaję sobie sprawę z tego, że warsztatowo raczej nie powala on na kolana, ale stwierdziłam, że się nim z Wami podzielę – w końcu przesłanie pozostaje aktualne.

Są młodzi, często inteligentni, jednak z różnych przyczyn rzadko zabierają głos. Siedzą spokojnie w ławkach i notują, bądź udają, że to robią. Tymczasem ksiądz bądź katecheta przekazuje im „wiedzę” oraz „kształtuje” charakter…

Podwarszawskie gimnazjum. I to nie byle jakie- należy do elitarnego Towarzystwa Szkół Twórczych, które – według założeń- ma skupiać najlepsze placówki oświatowe. Uczniów jest niewielu – nie jest łatwo się dostać. Na co dzień są oni zachęcani do samodzielnego myślenia, wyciągania wniosków i formułowania uzasadnionych sądów. Istnieje jednak niechlubny wyjątek od tej reguły – są to te dwie godziny lekcyjne w tygodniu, o które tak bardzo walczono po przemianach ustrojowych; dwie godziny „nauki o Bogu”; dwie godziny odrętwienia i apatii. Na lekcje religii uczęszczają niemal wszyscy uczniowie- rodzice z początkiem roku szkolnego wypełnili stosowną deklarację. W ten sposób gimnazjaliści spędzają długie godziny w sali „udekorowanej” plakatami ze szlakiem wędrówki Jezusa, obrazkami Matki Bożej oraz zdjęciami płodów. Jest bardzo nastrojowo.

W klasie pierwszej lekcje prowadzi doświadczona, kochająca młodzież katechetka. Rozumie problemy dojrzewających chłopców i dziewcząt. Nie wymaga od nich „nie wiadomo czego”- wiadomo, jak się człowiek zakocha, to może mieć myśli o „wyerotyzowanym” całowaniu. Ale wtedy z pomocą przychodzi cisza. Normalne jest też, że czasem szatani odbierają chęci do pójścia do kościoła w niedzielę. Ale wtedy można się modlić, odprawić taki „mały egzorcyzm”. Czytanie fantasy to już poważny grzech, może spowodować uszczerbek na duszy, a nawet wpędzić w depresję, podobnie jak kontakty z innowiercami czy nieokazywanie szacunku rodzicom (nawet, jeśli ojciec bije). Udaje mi się porozmawiać z szesnastoletnią dziewczyną.

– Jak podobają ci się lekcje?

– Jesteśmy traktowani jak kretyni. Ta kobieta jest nienormalna, chora!

Gdy dopytuję, co przez to rozumie, mówi, że katechetka twierdzi, iż Duch Święty wyłącza jej czajnik. Niestety, nie udaje mi się uzyskać większej ilości szczegółów – dziewczyna spieszy się już na lekcję biologii. Z późniejszych rozmów z młodzieżą uczącą się w pozostałych klasach gimnazjum dowiaduję się, jaki jest stosunek uczniów do treści rozpowszechnianych przez katechetkę. „Nie warto się odzywać”- tłumaczy piętnastoletni Mateusz – „Z nią nie ma dyskusji. Powiesz własne zdanie, to albo cię zignoruje, albo udaje, że płacze. Do bani”. Udaje mi się jednak zawrzeć z uczniami pewien układ- następna lekcja ma być „otwarta”, tzn. ma być czasem zadawania pytań. Kilkoro chłopców i dziewcząt zgadza się zadać pytania, które przygotowałam: dotyczą one głównie historii Kościoła, kwestii związanych z dogmatami czy szeroko pojętą filozofią chrześcijańską, a także prawem kanonicznym. Przyjmują moją propozycję z zawadiackim uśmiechem, lecz jednak bez entuzjazmu.

Cztery dni później dostaję telefon od przywódcy „rebeliantów”. Nie wierzę w to, co słyszę – katechetka nie tylko nie wie, czym właściwie był II Sobór Watykański, ale również nie wie, jaka jest różnica między- nieistniejącym przecież- rozwodem kościelnym a unieważnieniem małżeństwa; nie ma również pojęcia, co oznacza pojęcie „Boga immanentnego”, nie orientuje się, jakie jest stanowisko Kościoła wobec osób niewierzących lub wyznających inną religię. Robi mi się gorąco.

W liceum, połączonym ze wspominanym już gimnazjum, naucza już ktoś inny – jest to ksiądz, doktor teologii. Podróżnik, poliglota- dużo czasu spędził we Włoszech. Zna się na sztuce, kawie i seksie. Nie unika trudnych tematów, odpowiada wyczerpująco. Niektórym uczniom imponuje jego wiedza, większość jednak i tak lekceważy jego słowa – duchowny wydaje się być ciężkim przypadkiem narcyzmu. Wszędzie, gdzie to możliwe, wplata greckie słowa, angielskie idiomy, łacińskie sentencje. Młodych to męczy, nie widzą w nim „swojego człowieka”. Jednak to nie popisy erudycji księdza stanowią w tym przypadku główny problem. Przyczyną, dla której uczniowie skarżą się na nauczyciela religii, są jego seksistowskie wypowiedzi. Jeden z uczniów, zaangażowany w ruch feministyczny, uważa, wypowiedzi księdza są „po prostu dnem”. Według „zeznań” młodzieży, ksiądz twierdzi, że kobiety są „zwyczajnie niegodne sprawowania funkcji kapłana, która wymaga zrównoważenia emocjonalnego”, „są ogólnie brudne przez menstruację” oraz „ponoszą odpowiedzialność za upadek wielu porządnych mężczyzn, bo obnażają się z próżności”. Kilka dziewcząt próbowało zabrać głos, jednak ksiądz arogancko odpowiedział im, że przecież nie muszą uczęszczać na lekcje religii. Sęk w tym, że muszą. Są nieletnie i decyzja w tej sprawie należy do rodziców. Jedna dziewczyna podobno opuściła kiedyś salę, trzaskając drzwiami- było to wtedy, gdy ksiądz zapytał ją, czy rozpoczęła już współżycie. Według opowieści kolegów, jej rodzice zostali wezwani do szkoły i musiała przeprosić nauczyciela.

Rodzice chcą, by ich dzieci uczęszczały na lekcje religii, ponieważ uważają, że świadczy to o normalności rodziny, z jakiej się wywodzą. Nie zwracają uwagi na to, czego właściwie dzieci są uczone, w jaki sposób przekazuje im się wiedzę. „Ksiądz wie, co robi, złego przecież nie uczy”- twierdzi Alicja, matka jednego z gimnazjalistów. Innego zdania są natomiast niektórzy księża. Arkadiusz, młody duchowny, twierdzi, że lekcje religii prowadzone w sposób chaotyczny, często przez osoby niekompetentne, dają często odwrotny od zamierzonego efekt. „Młodzi zwyczajnie się buntują, nie chcą słuchać bzdur”- komentuje ksiądz. Zdaje sobie jednak sprawę z faktu, że szkoły w sprawie katechetów mają niemalże związane ręce, gdyż według ustaleń konkordatu, to Kościół decyduje o programie nauczania oraz powoływaniu i zwalnianiu nauczycieli religii. Zdaniem duchownego, uczniowie jednak mogą – i powinni – reagować, gdy księża lub katechetki wypaczają obraz Boga i Kościoła.

Jednak, czy wielu jest chętnych do walki z wiatrkami..?

***

Nadal uważam, że lekcje religii nie powinny odbywać się w szkołach. Przede wszystkim jednak powinni prowadzić je bardzo wykwalifikowani i empatyczni katecheci. Młodzi ludzie jakoś wytrzymają te dwie godziny w tygodniu, które często stanowią popis niekompetencji katechety, ale… do kościoła na pewno z własnej woli nie pójdą.

Continue Reading

Kiedy ojciec nie zasługuje na laurkę

W Dzień Ojca cały Facebook i Instagram były zapełnione „laurkami” dla ojców – mnóstwo moich znajomych (i nie tylko!) dzieliło się wtedy swoimi wspomnieniami związanymi z tatą oraz dziękowało im za to, co im dali.

Zdarza się jednak również tak, że przypada nam w udziale ojciec, któremu laurki wystawić nie sposób. Nie każdy od swojego taty otrzymuje lekcje odwagi, siły i wiary we własne możliwości – niektórzy przez lata muszą zmagać się z poczuciem krzywdy, którego źródłem jest ich chora, niszcząca relacja z ojcem. Dla takich osób 23 czerwca jest dniem trudnym – bo przecież każdy z nas marzy o posiadaniu dobrych, kochających rodziców, którzy dobrymi radami i troską prowadzą nas ku dorosłości. Konieczność przyznania, że nasz ojciec nawalił, spieprzył sprawę po całości, potrafi bardzo, ale to bardzo boleć. Kiedy więc dostrzegamy roześmiane twarze dzieci i ojców na facebookowych fotach, mamy ochotę zrobić z laptopem to, co Stefan Siara Siarzewski ze swoim telewizorem w jednym z fragmentów „Kilera”…

Poznajcie krótkie opowieści osób, które szczerze nienawidzą Dnia Ojca, które mogą wystawić swoim ojcom antylaurkę w uznaniu ich antyzasług. Pozwólmy wybrzmieć ich historiom.

Kamila, 27. Jestem zupełnie sama

Dzień Ojca jest dla mnie jednym z najgorszych w roku – to znaczy, po wigilii. Moja mama i siostry oczekują, że zadzwonię albo przyjadę do ojca z życzeniami, że będę udawała, że jest dobrze. Moja rodzina lubi udawać, że jest dobrze, że się kochamy i wspieramy – ale tak nie jest i nigdy nie było. Nie, mój ojciec nie pił. Nie bił mnie. On po prostu był, jak mówi moja mama, „temperamentny”. Oznacza to, że zdradzał ją na prawo i na lewo. Miał przelotne kochanki, a do tego jeden (lub więcej, ale nie wiem tego na pewno) długi romans… z kuzynką mamy. On nigdy się z tym szczególnie nie krył – ale mama nie chciała, by ktokolwiek się dowiedział. Sama płakała, używała nas, byśmy prosiły ojca, żeby nas nie zostawał – choć ja marzyłam o tym, by wreszcie zniknął z naszego życia. Mama tłumaczyła go, strasznie się bała, że bez niego sobie nie poradzimy, chociaż miała pracę i niezłe wykształcenie. Ojciec mówił, że te kobiety go uwodziły, podrywały, że nie chciał, ale stało się… Słyszałam wiele takich rozmów między rodzicami, których nie chciałam słyszeć. Mama uważała, że to kobieta ma się szanować, bo inaczej może komuś zabrać męża i ojca. Gdzie tu jest moja krzywda? Przede wszystkim w dzieciństwie, które było związane z ciągłym pocieszaniem mamy, zaprzeczaniem swoim uczuciom. Do tej pory nie potrafię zaufać żadnemu mężczyźnie. Kiedyś miałam chłopaka, ale zatruwałam go podejrzeniami. Oczami wyobraźni widziałam, że on zdradza mnie z koleżankami, nawet z kuzynką. Jestem zupełnie sama. Ale i tak nie chcę, aby w moim życiu był ojciec.

Bartek, 32. Był zawsze, ale nigdy go nie było

Mój ojciec zawsze był w moim życiu, jednak tak na prawdę nigdy go nie było. Co to znaczy? To znaczy, że zawsze ze wszystkim zgadzał się z matką (nieważne jaka byłaby to głupota), nigdy nie miał swojego zdania i wolał być obojętny. Pamiętam słowa matki „No powiedz mu coś”, co oznaczało, że ojciec powie po prostu „Słuchaj, co matka do Ciebie mówi” i na tym się kończyła jego rola wychowawcza. Nigdy nie potrafił stanąć po mojej stronie. Jednak ostatnio przepełniła się czara goryczy, gdy zapraszałem rodziców na urodziny syna, a ojciec powiedział, że nie może ot tak przełożyć sobie pracy (a pracuje na umowę o pracę, nie na żadnej śmieciówce), że przecież on musi na to wszystko zarobić. W tym momencie liczyłem na wsparcie mojego ojca, na jego obecność, których jednak nie otrzymałem.  To więcej niż obojętność – to po prostu odrzucenie, odcięcie się od roli ojca. Uzmysłowiłem sobie, że tak naprawdę to on nigdy nie był dla mnie tatą – praca była wymówką, by nie angażować się w sprawy domu i moje życie. Tego dnia rozstaliśmy się w złości i do tej pory nie dostałem od niego żadnego telefonu. Możliwe, że jest mu tak po prostu wygodnie. I ja, choć się tego wstydzę, też żyłem tak, by było mi wygodnie, ale… teraz nie chcę, by mój syn zrobił to samo.

Nikola, 23. Rozwiódł się ze mną

Pamiętam, jak w przedszkolu mieliśmy narysować swoje idealne wakacje. Narysowałam mamę i siebie, no i ciotkę. Wszyscy myśleli, że ciotka to tata, bo miała krótkie włosy. Kiedy powiedziałam, że nie mam taty, jeden chłopak powiedział, że widocznie moja mama się puściła. Potem zapytałam mamę, co to znaczy, a ona odpowiedziała „to znaczy, że Twój tata nie powinien pojawić się nigdy w moim życiu”. Tak naprawdę rodzice mieli ślub – i to nawet kościelny. Owszem, wzięli go, gdy mama była już w ciąży, ale przecież nie ona pierwsza i nie ostatnia była panną młodą z zaokrąglonym brzuszkiem (zresztą, jak widziałam na jedynym zdjęciu, które się zachowało, wyglądała wtedy bardzo ładnie).  Potem jednak coś poszło nie tak – kłótnie, brak pieniędzy i tata się wyprowadził. Rozumiesz? Wyprowadził się. Rozwiódł się z mamą i ze mną. Stwierdził, że jak nie jest już żonaty, to ojcem też już nie jest. Nie było go przy mnie wtedy, kiedy miałam komunię, gdy w podstawówce pobiłam się z koleżanką i miałam złamany ząb, gdy wygrałam zawody pływackie. Alimentów też nie płacił, bo po co? Założył nową rodzinę, wiem, że ma dzieci z drugą kobietą. Jestem pewna, że gdyby rozstał się też z nią, to ich dzieci też by porzucił, bo jak żona czy dziewczyna jest była, to dzieci też stają się eks. W sumie to jego nieobecność nie zniszczyła mi życia, normalnie gadam z chłopakami, chcę mieć dzieci, ale… zawsze będę pamiętała, jak fantazjowałam o tym, że on mnie znajdzie, przeprosi, przytuli. I nigdy tego nie zrobił.

Monika, 30. Taki strach, że nie możesz oddychać

Dzień Ojca? Dla mnie to dzień tyrana, bydlaka, który złamał mi życie. Jak mogę inaczej nazwać człowieka, który przez kilkanaście lat lał mnie za nieposłuszeństwo? To nie były tylko klapsy (też jestem im przeciwna i czytałam Twój tekst, w którym piszesz, że to i tak bicie; ja się z tym zgadzam), ale to było napierdalanie. Towarzyszył temu cały rytuał – ja musiałam przynosić mu pas, którym potem on bił mnie po plecach, po tyłku, po udach. Myślę, że sprawiało mu to przyjemność – on wreszcie coś wtedy znaczył, bo poza domem był nikim – urzędnik niższego szczebla, który nie był w stanie sięgnąć po więcej. Mojego brata kilka razy też uderzył, ale w moim przypadku to już zakrawało o obsesję. Kiedyś wieczorem, kiedy już prawie zasypiałam, wpadł do mojego pokoju żeby „sprawdzić”, czy posprzątałam. Było poukładane, ale w szafach chaos. Jak zaczął wyrzucać rzeczy, to ja tak jakby umarłam. Wiedziałam, że będzie bicie. Zeszczałam się w łóżko. On nawet tego nie zauważył – wyciągnął mnie z tego łóżka za włosy i tłukł. Matka udawała, że go uspokaja, mówiła „daj już spokój”. A powinna go wypieprzyć z domu! O tym, co się działo w moim „porządnym” domu, wie tylko mój narzeczony. Kiedyś zapytał, czemu nie uciekłam. Ale on nie rozumie, że to jest taki strach, że Ty nie możesz się ruszyć. Nie możesz oddychać.

 

Czy posiadanie ojca, który ze swojej roli się zupełnie nie wywiązał, oznacza, że nie ma się szans na szczęśliwe życie? Absolutnie nie. Przeszłość wymaga jednak przepracowania. Ofiary przemocy, obojętności oraz odrzucenia ze strony ojców potrzebują terapii, poczucia akceptacji, obecności ludzi, którzy nie rzucą tekstem w stylu „ciesz się, że w ogóle miałeś ojca”.

Ważna jest również sama możliwość opowiedzenia swojej historii. To, że ktoś tych słów słucha (lub je czyta) i daje im wiarę, pomaga zaakceptować trudną przeszłość i patrzeć przed siebie.

Continue Reading

Kilka pytań, które (chyba) trzeba sobie zadać przed chrztem dziecka

TAK, ZROBILIŚMY TO.

W poprzednią niedzielę zanieśliśmy naszą ubraną na biało (choć strój ten wcale nie pochodził ze sklepu specjalizującego się w odzieży chrzcielno-komunijnej) córkę do kościoła, by została przez chrzest włączona do Kościoła katolickiego. Był to dla całej naszej rodziny wyjątkowo ważny moment – od teraz jesteśmy już nie tylko katomałżeństwem, ale i rodzicami katodziecka – liczącą 3 (nieśmiertelne) dusze katorodziną.

Organizacja tego wydarzenia od strony logistycznej została ogarnięta w stylu Mironiukowym – parę elementów (no dobra, trochę więcej) było zostawionych na ostatnią lub prawie ostatnią chwilę. Nie oznacza to jednak, że wcześniej tym wydarzeniem nie żyliśmy i że nie zostało ono przez nas przedyskutowane i omówione podczas paru wieczorów i nocy (tę porę wyjątkowo upodobaliśmy sobie na snucie życiowo-egzystencjalno-religijnych pogawędek). Musieliśmy też sobie nawzajem i sobie samym odpowiedzieć na kilka istotnych pytań, które – jak sądzimy – powinny pojawić się w głowie każdego rodzica, który świadomie decyduje się ochrzcić swoje dziecko. Oto i one:

Po co w ogóle chcę ochrzcić dziecko? Czy wynika to z tego, że wierzę w moc tego sakramentu i chcę, by na duszy mojego pacholęcia pojawiło się niezatarte znamię (piękna metafora, prawda?), czy raczej traktuję to jako tradycję, za której złamanie obrażą się na mnie rodzice lub dziadkowie? Wbrew pozorom, chrzest to nie tylko „nowa, świecka tradycja” i okazja do urządzenia zakrapianych „chrzcin”, lecz poważne zobowiązanie – i to podejmowane na oczach samego Szefa.

Co oznacza dla mnie „wychowanie w wierze”? Bo przecież do tego – jako rodzic – się zobowiązuję. Przed chrztem dobrze byłoby porozmawiać o tym, w jaki sposób będziemy przekazywać swojemu dziecku prawdy wiary na różnych etapach jego życia, co dokładnie będziemy robić, by przybliżyć mu Boga. Czy sięgniemy w tym celu po mądre książki, gry o charakterze religijnym, czy wyślemy je do katolickiego przedszkola i szkoły…?

Co zrobię, gdy dziecię się zbuntuje? W wieku dojrzewania często zdarza się, że dzieci kontestują wartości, które wpajali im rodzice. Zastanawialiśmy się, co zrobimy, jeśli pewnego dnia nasza pierworodna powie nam „Czytałam Dawkinsa (lub jakiegoś innego ateistycznego celebrytę, który będzie wówczas na topie) i wiem, że Boga nie ma!”. Albo jeśli rozpocznie młodzieńczy flirt z katolicyzmem uzbrojonym w nacjonalizm i ksenofobię? Jedno jest pewne – krzykiem i awanturami niczego nie zdziałamy. Ale może miłość, cierpliwość i słowa „akceptujemy Cię i kochamy, choć nie zgadzamy się z Twoimi przekonaniami” pomogą nam przetrwać te trudne chwile…?

Kim ma być chrzestny? Bogaczem? Osobą, z którą świetnie mi się imprezuje? A może jednak potraktować tę sprawę poważnie i wybrać na chrzestnego osobę, która rzeczywiście będzie dla dziecka przewodnikiem po sprawach wiary, która wytłumaczy mu zawiłości dogmatyczne, ale przede wszystkim własnym życiem pokaże maluchowi, że życie z Bogiem jest ciekawe, twórcze i wartościowe? My zdecydowaliśmy się na opcję numer trzy – wiemy, że od osób, które poprosiliśmy, by zostały „kumami”, Ala raczej nie otrzyma z okazji komunii nowego iPhone’a czy quada, ale… o to właśnie nam chodziło.

Czy dziecko, biorąc przykład z nas, będzie dobrym katolikiem? Chrzest dziecka to nie tylko rytuał i piękna ceremonia, ale także wyzwanie – od teraz my musimy naprawdę dołożyć starań, aby – wybaczcie, proszę, eklezjalny żargonik – być świadkami Chrystusa. Okazjonalnie wypowiadane słowa o nieskończonym miłosierdziu Boga mają niewielką wartość, jeśli wiążą się z postawą obojętności na krzywdę drugiego człowieka, a w codziennym życiu rodziny „nie ma czasu” na wspólną modlitwę lub rozmowę o tym, kim w ogóle jest Pan Jezus, który spogląda na nas z nabożnych obrazów i ikon.

Katechizm mówi, że sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej jest bierzmowanie. Sądzimy, że to, na ile rzeczywiście udało nam się dojrzeć w wierze, weryfikuje wychowanie religijne własnego dziecka.

Trzymajcie kciuki (może być na różańcu), byśmy tę hiperważną weryfikację przeszli pozytywnie.

Continue Reading

Windą do piekła. Kiedy ślub nie jest dobrym pomysłem?

Sezon ślubny trwa w najlepsze – w końcu czerwiec (a następnie sierpień i wrzesień), to miesiące, w których nazwie znajduje się literka „r”, a jak wiadomo – zaślubiny w takowym miesiącu mają moc zamiany życia państwa młodych w cud, miód i unoszenie się nad ziemią ze szczęścia. Sęk w tym, że ani ta wyjątkowa litera, ani coś błękitnego, pożyczonego czy kosztującego miliony monet nie sprawi, że będziemy w małżeństwie szczęśliwi, jeśli zawieramy je z niewłaściwych powodów. W jakich sytuacjach zatem lepiej jest trzymać się z dala od ślubnego kobierca?

Kiedy małżeństwo ma umożliwić ucieczkę z domu. To chyba najgorsza z motywacji do zawarcia małżeństwa. Często młodzi ludzie, którzy wywodzą się z patologicznych lub przemocowych rodzin, próbują odciąć się od rodziny, zakładając własną „podstawową komórkę społeczną”. Wydaje im się, że dzięki miłości uda im się wyleczyć traumę, jaką był pijący ojciec czy bijąca matka. Z moich (i nie tylko moich) doświadczeń w pracy z pacjentami wynika jednak, że w małżeństwach, które miały być ucieczką… zwykle powtarza się stare schematy. Traumy z dzieciństwa czy nawet zwykłe rodzinne konflikty można leczyć – ale robi się przy pomocy terapii, a nie zawieranego w popłochu małżeństwa!

Kiedy chcemy to zrobić, bo „wszyscy inni są już zaobrączkowani”. Tak, wiemy – łatwo nam mówić, bo „hajtnęliśmy się” w wieku 23 (Angelika) i 27 lat (Kacper), otwierając wysyp ślubów wśród kuzynów i przyjaciół. Ale wierzcie nam, doskonale rozumiemy ludzi, którym doskwiera samotność i którzy marzą o pięknej miłości (i równie pięknym ślubie). Pragnienie założenia rodziny jest dla większości osób czymś zupełnie naturalnym, podobnie jak niechęć do życia w pojedynkę – ale desperacja zdecydowanie nie jest dobrym doradcą. Małżeństwo zawarte tylko dlatego, by nie być już singlem, to pierwszy krok do… samotnego życia z obrączką na palcu.

Kiedy przez ślub chcesz się odegrać na byłym lub wyleczyć złamane serce. Znamy taki przypadek. Pewna piękna dziewczyna była do szaleństwa zakochana w przystojnym mężczyźnie – jednak ich związek przypominał bardziej relację włoskich kochanków, niż spokojną miłość Ligii i Matka z „Quo vadis?”. Po jednej z wielu kłótni ona postanowiła zakończyć ten związek, mimo gotujących się w niej uczuć – niedługo później z zemsty na byłym wyszła z mąż. On, gdy się o tym dowiedział, zrobił to samo. Więcej się już nie spotkali – ona dość młodo zmarła na raka (przed śmiercią zdążyła jednak odejść od swojego niekochanego męża), on zaś, dowiedziawszy się o tym, porzucił hulaszczy tryb życia (rozwodził się kilka razy, zdradzając wszystkie panie, z którymi próbował żyć) i wypłakiwał oczy pod krzaczkiem, pod którym niegdyś razem siadywali. Ona natomiast, jak się później okazało, do śmierci nosiła w portfelu jego zdjęcie. Romantyczne to i cholernie smutne. Nie wiadomo, czy udałoby im się założyć szczęśliwą rodzinę – być może nie. Ale ucieczka z jednego związku z małżeństwo z inną osobą zawsze kończy się źle – chwila satysfakcji nie jest przecież warta cierpienia przez całe życie. Wychodząc za mąż/ żeniąc się na złość komuś, robi się na złość samemu sobie – a także mężowi czy żonie, którzy to w takiej sytuacji są traktowani przedmiotowo. Po zawodzie miłosnym trzeba się powoli „wylizać”, przejść żałobę (bo rozstanie niekiedy boli tak, jak śmierć bliskiej osoby!), a dopiero później układać sobie życie na nowo.

Kiedy przed ślubem zakładasz, że on/ ona się zmieni (a Ty mu w tym pomożesz). „Teraz pije, bo namawiają go koledzy, ale po ślubie będę go pilnować i przestanie”, „ona nie chce wychodzić z domu i nie lubi ludzi, ale pokażę jej, że to jest fajne”, „nie chce mieć dzieci, ale na pewno go/ją przekonam”… Takie twierdzenia wynikają z naiwności oraz potrzeby nadania swojemu życiu sensu – marzymy o tym, że dzięki nam ktoś się zmieni i – daj Boże! – będzie nam wdzięczny za pomoc, a w ramach „zapłaty” obdarzy dozgonną miłością. Często też spragnione miłości osoby chcą wierzyć w poślubną metamorfozę człowieka,  z którym są w związku, bo boją się samotności oraz… podjęcia ewentualnej decyzji o odwołaniu ślubu. Rzecz jednak w tym, że decydując się na małżeństwo wybieram tę drugą osobę taką, jaką jest – przed ołtarzem mówię „tak” całej jej osobowości. Jasne, każdy posiada wady – to normalne, jeśli chcielibyśmy, by nasza druga połówka pracowała nas sobą. Ślub zawierany z intencją zmiany ważnych elementów czyjejś natury jest jednak chybionym pomysłem. Takie nierealistyczne myślenie wzmacnia też popkultura – Ana z „50 shades of Grey” nauczyła Christiana kochać, a Bella odmieniła serce Bestii. W prawdziwym życiu takie związki są jedynie skazywaniem siebie na bezcelowe cierpienie – a takie nikogo jeszcze nie uszlachetniło.

Kiedy chcesz uratować Wasz związek. Tak, w dobie bardzo długiego „chodzenia ze sobą” przed ślubem już nie tylko poczęcie dziecka jest powszechnie stosowanym sposobem na „naprawę” związku – bywa nim także samo zawarcie małżeństwa. Niektórym młodym osobom wydaje się, że fakt, że będą miały wspólne nazwisko, konto i garść pięknych wspomnień z dnia zaślubin, na nowo je do siebie zbliży i ponownie rozpali żar uczuć. Jednak ślub – choć jako sakrament ma moc umacniania i uświęcania miłości – nie jest zabiegiem magicznym. Jeśli czujecie, że to, bo było między Wami się wypaliło – i nie jest to chwilowy kryzys lub przytłoczenie codziennością – z szacunku do tego, co kiedyś Was łączyło oraz do siebie samych, nie myślcie o ślubie.

W Kościele od paru lat – dokładnie od 2016 roku, kiedy ukazał się kontrowersyjny dokument „Amoris laetitia”papieża Franciszka – toczy się dyskusja na temat możliwości udzielania Komunii rozwodnikom żyjącym w ponownych związkach. Teolodzy są w tej kwestii bardzo podzieleni – nie wiem, czy w ciągu najbliższej dekady uda się wypracować powszechnie akceptowane stanowisko. Sądzimy jednak, że tematem, przed którym Kościół nie może w tej sytuacji uciekać, jest odpowiednie przygotowanie młodych (albo i niemłodych) ludzi do małżeństwa. Jeżeli ludzie, którzy zamierzają się pobrać w kościele, będą naprawdę świadomi, z czym wiąże się chrześcijańskie małżeństwo, to zapewne zawieranych ślubów będzie mniej, ale małżeństwa takie będą trwalsze. Podczas nauk przedmałżeńskich powinno mówić się nie tylko o tym, co trzeba załatwić, aby wziąć ślub, ale także jak właściwie przygotować się duchowo i emocjonalnie do życia w małżeństwie oraz o tym, że są sytuacje (jak te wyżej wymienione), w których lepiej jest jednak ślubu nie brać.

Umiejętność powiedzenia „nie” w odpowiednim momencie czasem jest jedynym sposobem na uchronienie się przez bezmiarem cierpienia w przyszłości.

Continue Reading

Dziegieć i miód, czyli refleksje w dniu drugiej rocznicy ślubu

Będzie trochę osobiście, ale okazja temu jest nie byle jaka! 

Dokładnie dziś mijają dwa lata, odkąd – nieco zestresowani i wystraszeni wszystkim, co działo się wokół – przekroczyliśmy próg kościoła, by opuścić go już nie jako obcy sobie ludzie, ale mąż i żona 👰🤵.
Z samej uroczystości ja – Angelika – nie pamiętam zbyt wiele; napięcie zrobiło swoje. W mojej pamięci (a także wszystkich obecnych) utkwiło to, że roześmiałam się podczas wypowiadania słowa „Mężu” przy wymianie obrączek. Bo to rzeczywiście szok – nazywać w ten sposób mężczyznę, z którym „buja się” już od ośmiu lat… 🙈
Od tamtej pory zmieniło się bardzo, bardzo dużo. Dwa lata temu, kiedy zostaliśmy małżeństwem, ja byłam tuż przed ukończeniem psychologii (na obronę wróciliśmy z jednego z wyjazdów podczas miesiąca miodowego, kiedy to rozbijaliśmy się po Europie, po czym kontynuowaliśmy wojaże , i na IV roku polonistyki, a moja sytuacja zawodowa była, delikatnie mówiąc, niestabilna. Kacper miał stabilną pracę i niestabilny emocjonalnie samochód, kupiony „na szybkości” po tym, jak konkretnie uszkodziłam poprzedni. Próbował też gorączkowo wykończyć mieszkanie, które otrzymaliśmy w ślubnym prezencie (to, co elegancko nazywa się „stanem deweloperskim”, to przecież zwykłe, białe ściany, które trzeba „urozmaicić” wstawieniem łóżka, prysznica czy zmywarki…). Oboje bardzo tego ślubu chcieliśmy, ale jednocześnie było w nas mnóstwo obaw – czy uda nam się naprawdę dorosnąć? Może trzeba jeszcze poczekać? Ogarnąć swoje życie i dopiero brać się za zabawę w dom? Ale jednak klamka zapadła – przyrzekliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość. Wyrażenie „miłość do grobowej deski” nabrało nowego, realnego wymiaru.
Nie powiem, że nie było się czego bać. Było. Podczas codziennego życia warzymy koktajl z cierpliwości, wyrozumiałości, zachwytu sobą nawzajem, a czasem również wściekłości na rzeczywistość, frustracji wywołanej przyziemnymi sprawami. Czułe patrzenie sobie w oczy trzeba połączyć z ogarnianiem logistyki codzienności.
Dziś, dwa lata od jednego z tych najważniejszych dni w naszym życiu, jesteśmy bogatsi o kilka odbytych podróży, parę stłuczek samochodowych, ukończone studia (jedno i drugie moje studiowanie zostało uwieńczone tytułem magistra 👩‍🎓), psa, którego nie jesteśmy w stanie czegokolwiek nauczyć, studia podyplomowe moje i Kacpra (in progress), wieczny bajzel w mieszkaniu, moją pracę w zawodzie psychoterapeuty i moje wieczne gubienie wszystkiego, Kacpra awans i kilka spalonych garnków, moją wydaną książkę i wydawanie zbyt dużej ilości pieniędzy, Kacpra chęć do rozpoczęcia przygody z blogowaniem i niechęć do aktywności fizycznej. No i, przede wszystkim, o naszą wspaniałą córkę, która „jest podobna do ojca, ale oczy ma po matce”, jak pewien znany uczeń Hogwartu  🤱👨‍👩‍👧
Dwa lata temu nasza decyzja o ślubie mogła się wydawać nieco szalona. Ale szaleństwo jest przecież wpisane w istotę miłości. Egzaltacja? Nie. Najprawdziwsza prawda!
W naszym życiu jest zarówno miód, jak i dziegieć. Ale jedno i drugie pijemy razem.
I za to dziękujemy codziennie Szefowi. 🙏

Continue Reading

Solidarni, ale z kim?

Zakończył się protest osób niepełnosprawnych. Moja Żona Katolwica już pisała na ten temat na Facebooku – sądzimy jednak, że temat nie został wyczerpany. W stosunku do ludzi słabszych – między innymi niepełnosprawnych – wyraża się to, jakim jesteśmy społeczeństwem. I dlatego ja (Katolwica oczywiście też) dużo na ten temat myślę…

Ja dzisiaj chciałem poruszyć temat solidarności i to nie tej historycznej Solidarności, która chyba porzuciła już swoje ideały, tylko solidarności pomiędzy nami Polakami. Jak to jest możliwe, że podczas protestu w Sejmie Polacy nie wyszli na ulice i nie poszli razem pod Sejm? Tak jest oczywiście wygodniej, przecież lepiej posiedzieć w domu niż się w coś zaangażować. Co ciekawe, w manifestacjach w całej Polsce „Jesteśmy i będziemy w Europie” wzięło udział około 240 tysięcy osób!  Jak to jest w takim razie możliwe, że w temacie – moim zdaniem – ważniejszym, w kraju, gdzie podobno jest 90 procent katolików, niewiele zrobiono, aby tym osobom pomóc?

Nasz rząd bez przerwy powtarza, że budżet państwa jest w wyśmienitym stanie – sam pan Premier Morawiecki mówił o tym na spotkaniu z osobami popierającymi obóz rządzący, mówiąc mniej więcej tak (cytat nie pokrywa się w 100%): „Wiele grup społecznych chciałoby abyście Państwo uwierzyli, że budżet jest w opłakanym stanie. Jednak to jest propaganda mediów, które nie są Polskie – proszę pamiętać, że jest ich około 80%”. Skoro tak ważna osoba zapewnia nas, że budżet jest w stanie idealnym mówi, że nie ma 500 złotych na niepełnosprawnych? Pan premier  ogłosił również w tym tygodniu, że rusza program „Mosty +”, a jedna z pań minister komentuje żądania protestujących, że budżet Państwa jest jak budżet domowy – jak są długi i nie ma już nic w budżecie to nikt nie wstawi sobie do domu złotych klamek bo będzie jeszcze bardziej na minusie. Poza kwestią niespójności w wypowiedziach dotyczących stanu budżetu, rażące jest tutaj porównanie postulatów niepełnosprawnych do „złotych klamek”, a więc kiczu i zbędnego blichtru. Panie i panowie rządzący – opieka nad niepełnosprawnymi to żadna złota klamka, to obowiązek państwa – tym bardziej takiego, którego elity tak chętnie powołują się na wartości chrześcijańskie. Cytaty rządzących na temat niepełnosprawnych można by było mnożyć – na uwagę zasługuje również wypowiedź, że są  oni zagrożeniem epidemiologicznym jednocześnie zamykając przed nimi prysznic…

Podsumowując te wszystkie wypowiedzi i traktowanie osób protestujących przez partię rządzącą, jestem zdziwiony, że do protestów nie dołączyły się organizacje takie jak KOD, Obywatele RP czy wreszcie KEP. Potrafimy dyskutować i robić marsze dotyczące abstraktów – przykładem niech będzie marsz „Jesteśmy i będziemy w Europie” gdzie szacunkowo wzięło udział 240 tysięcy osób! Gdyby tyle osób wyszło na ulice i zorganizowało marsz poparcia dla osób niepełnosprawnych, państwo musiałoby się zainteresować nimi, ponieważ przykułoby to uwagę światowych mediów. Jednak my uznaliśmy, że ta sprawa nas nie dotyczy – oczywiście wiele mediów mówi, że jest to temat najwyższej wagi – jednak tak na prawdę mało kto coś dla nich zrobił.

Nie chodzi nam tutaj o to aby KOD czy KEP pisali ustawy – bo nie jest to ich rolą. Chodzi o zwrócenie uwagi, że my jako demokraci czy my jako katolicy nie powinniśmy się zgadzać na przemoc – bo miała ona miejsce w naszym Sejmie. Właśnie dlatego, że jesteśmy katolikami (podobnie jak gros osób z PiS), powinniśmy pomóc osobom najbardziej potrzebującym, które nie mają siły walczyć takimi metodami jak górnicy czy rolnicy. Szkoda, że Konferencja Episkopatu Polski nie napisała na przykład listu na ten temat – nie chodzi tutaj, oczywiście, o to, by biskupi postulowali wprowadzenie dodatku określonej wysokości, ale by wspomnieli na przykład, że katolik nie powinien się zgadzać na takie traktowanie bliźniego. Rolą Kościoła jest troska o najsłabszych, bezbronnych – a takimi nie są wyłącznie dzieci poczęte… Oczywiście, nie oznacza to, że wśród ludzi Kościoła nie było takich, którzy się tematem zainteresowali i pomogli, jak mogli: niezawodny Szymon Hołownia czy „kobieta ogień” siostra Chmielewska byli na posterunku, za co jesteśmy im niezmiernie wdzięczni.

Niestety, kościelny mainstream milczał. Wiele osób powtarza, że protestujący wygrali – miejsce w debacie publicznej. Ale czy im potrzebne jest to miejsce w debacie czy realna pomoc? Z tym pytaniem zostawiamy Was do samodzielnego przemyślenia.

Continue Reading

Bić czy nie bić? Wychowawcze dylematy a nauka Kościoła

Katolwica: Klaps jest ciągle popularną metodą wychowawczą. Według badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, do jego stosowania przyznaje się 26 procent rodziców, ponad jedna czwarta. Co jest tego przyczyną?

Ks. Arkadiusz Lechowski: Bardzo trudno określić jednoznacznie powód takiego zachowania. Niewątpliwie jednym ze źródeł może być nieodpowiedzialne powielanie własnych doświadczeń. Wiele osób mówi, że „ja dostałem w skórę i wyrosłem na porządnego człowieka, to i moje dziecko może dostać…” Oczywiście jest w tym olbrzymia nieodpowiedzialność i brak empatii. Myślę również, że dość istotnym czynnikiem jest fakt, że ludzie często nie radzą sobie z emocjami i własne frustracje rozładowują na innych. Niestety czasami są to dzieci. Takiego zachowania nie da się usprawiedliwić.  Jest to typowa postawa nakręcająca międzypokoleniową przemoc i nie jak nie można pogodzić jej z chrześcijaństwem.

K: Nie da się? Przecież tłumaczenie przemocy wobec dzieci tym, że rzekomo zachęca do tego Biblia, jest całkiem powszechne. W Starym Testamencie znajdują się przecież niemalże „wezwania” do stosowania kar fizycznych wobec dzieci…

Ks. A.L.: Takie powoływanie się na Biblię, świadczy o jej nieznajomości i dość instrumentalnym wykorzystywaniu Słowa Bożego. W Biblii nie znajdziemy żadnego przykład bicia dzieci, choć autorzy przedstawiają wiele brutalnych scen odnoszących się do wojen, ludzkiego cierpienia i krzywdy. Owszem w starożytnym świecie istniał pogląd, że dzieci –szczególnie chłopców- należy wychowywać w karności, to jednak nie znajdziemy takiego przykładu na łamach biblii w relacjach ojca i syna. Pokazuje to, że przysłowie było zaczerpnięte ze starożytnej kultury i jest typową „semicką przesadą”. Podobnymi metaforami posługiwał się Chrystus, mówiąc w Kazaniu na Górze o wyłupaniu oka, czy odcięcia sobie ręki. Nikt jednak o zdrowym rozsądku nie potraktuje tych zdani, jako zachęta do samookaleczania.

K: Episkopat i księża często mówią o ochronie życia dzieci nienarodzonych. W swoim życiu nie słyszałam natomiast nigdy kazania, które dotyczyłoby tego, jak należy traktować te dzieci, które już przyszły na świat. Czy myśli Ksiądz, ze to się kiedyś zmieni?

Ks. A.L.: Trudno mi oceniać treści kazań innych. Oczywiście nie dobrze jest jeśli można wydobyć z nich podobne wnioski. Jeśli tak jest, to ufam, że będzie to ulegało przemianie. Jednak warto zauważyć, że kazania na ogół powinny być komentarzem do Słowa Bożego, które mówi o miłości Boga do człowieka, oraz potrzebie budowania miłości międzyludzkiej. Prawda o wzajemnym szacunku i miłości dotyczy zatem również dzieci, choć może rzeczywiście nie zawsze jest to eksponowane wśród mówców.

K: Czy zdarza się, że wierni spowiadają się ze złego traktowania swoich dzieci?

Ks.A.L.: Tak. Podobnie jak zdarza się, że dzieci –również dorosłe- spowiadają się ze złego traktowania rodziców.

K: Sama jestem mamą pięciomiesięcznego niemowlęcia. Opieka nad nim jest piękna, ale z drugiej strony konieczność nieustannego zaspokajania jego potrzeb bywa frustrująca. Domyślam się, że rodzice starszych dzieci (zwłaszcza nastolatków), mają o wiele trudniejsze zadanie. Jak sobie zatem radzić z trudnymi wychowawczo sytuacjami?

Ks. A.L.: Zawsze musimy chyba pamiętać, że nie jesteśmy idealnymi rodzicami, jaki nikt z nas idealnych rodziców nie miał. Natomiast powinniśmy starać się być na tyle dobrymi rodzicami, na ile jesteśmy wstanie. Myślę, że ta prawda uczy nas pokory. Jako duchowny mogę dodać, że często nie dostrzegamy, że nasze braki możemy uzupełniać także w relacjach z Bogiem. Bóg nie jest obojętny na nasze trudności wychowawcze. Często stawia na naszej drodze osoby i sytuacje, które mogą nam pomóc, jak również działa na nas bezpośrednio dodając nam cierpliwości i umiejętności w budowaniu relacji z drugim człowiekiem.

K: A czy Kościół jako wspólnota ma propozycje dla rodziców, którym jest trudno? Czy nie jest tak, że są oni pozostawieni sami sobie?

Ks.A.L.: Rzeczywiście na tej płaszczyźnie jako społeczność –również Kościelna- mamy wiele do zrobienia. Kościół nie patrzy obojętnie na problem wychowania dzieci, choć wiele inicjatyw wypływających z kręgów kościelnych nie są mocno medialne. Osobiście sądzę, że powinniśmy bardziej skoncentrować się na pomocy w budowaniu relacji w małżeństwach. Dzisiaj wielu rodziców jest zabieganych i często zapomina, że budowanie tych relacji jest ciągłą pracą. Jeśli rodzice darzą się rzeczywistym szacunkiem i miłością nawzajem, oraz jednocześnie potrafią kształtować swoje relacje z Bogiem, to nie wierzę, aby nie darzyli tą miłością i szacunkiem własnych dzieci. Zatem kochający się rodzice są dla dzieci największym darem.

Ksiądz Arkadiusz Lechowski – wikariusz w parafii św. Anny w Łodzi. Nauczyciel w  XXIII LO w Łodzi im. ks. prof. Józefa Tischnera. Kapelan harcerski. Zaangażowany w organizację kursów Alpha, inicjator projektu TGN – Tell the Good News. Od lat jest związany z klubami „Tygodnika Powszechnego”.

Continue Reading

Poza błękitem i infantylnym uśmiechem. Moja droga do Maryi

#mojaMaryja
Moja relacja z Tą, którą kobiety śpiewające majowe nazywają „Królową dziewic”, a prawosławni, wykonujący Akatyst do Najświętszej Marii Panny „raną bolesną zadaną demonom”, układała się bardzo różnie. I chyba dopiero niedawno udało mi się odkryć i zrozumieć Maryję po swojemu, integrując poznawczo i emocjonalnie różne fragmenty maryjnej układanki…
Niewieście problemy z Niewiastą obleczoną w słońce
Kiedy zaczynamy budować z kimś relację, to zwykle na początku chcemy wiedzieć, jak się do tej osoby zwracać. Jest to oczywiście zależne od tego, kim ta osoba jest – swojemu szefowi będziemy „panować”, a nowo poznanemu kumplowi możemy mówić „stary” (ja akurat mówię tak nawet do niektórych znajomych płci żeńskiej, ale to kwestia naszego specyficznego poczucia humoru…). To właśnie stanowiło dla mnie przeszkodę w budowaniu relacji z Maryją – kiedy moje dziecięce wyobrażenia o Niej straciły na aktualności, to nie wiedziałam, w jaki sposób mam się do Niej zwracać, jak się do Niej zbliżyć, jak „ugryźć” temat maryjnej pobożności. Z napotykanych przeze mnie wyobrażeń i opisów Maryi wyłaniał się Jej obraz jako Kogoś, kto łączy w sobie elementy chrześcijańskiego odpowiednika bogini-matki oraz infantylnego dziewczęcia, które nie miało żadnego wpływu na swoje życie. Ludowy kult Maryi nierzadko wiązał się też z teologicznymi błędami – na przykład fragment pieśni „Serdeczna Matko”: ” Bo kiedy Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy kto się do Matki uciecze”, sugeruje, że miłość Maryi do ludzi jest większa od miłości samego Boga… Oczywiście, w tym wszystkim dominował męski punkt widzenia Maryi – stare modlitwy i teksty rozważań podejmują głównie wątki Jej pokory, czystości oraz piękna. Moja feministyczna (choć nie w sposób oszalały) dusza buntowała się przeciwko takiemu pojmowaniu Miriam – nie mogąc znaleźć „swojego” fragmentu maryjności, na jakiś czas zwyczajnie odpuściłam temat.
Katofeminizm na pomoc
W końcu nadszedł jednak w moim życiu czas, kiedy zauważyłam, że zamykając się na maryjność, powoli dryfuję w stronę protestantyzmu – a przecież nie zamierzałam zostać konwertytką. Nie mogąc się jednak odnaleźć w pobożności kapliczkowej – choć jest ona dla mnie fascynująca i szczerze mnie wzrusza – postanowiłam „obwąchać się” z pojmowaniem Maryi, jakie proponują katolickie feministki. I to był strzał w duchową dziesiątkę. Rewolucję w moim życiu zapoczątkowało przeczytanie książki „Kościół kobiet” Zuzanny Radzik, dzięki któremu odkryłam obraz Maryi, jak sądzę, bliższy prawdzie – jako silnej kobiety, idącej na przekór patriarchalnym zasadom. Wypowiedzi Ewy Kiedio pomogły mi przyjąć, że to, że nie utożsamiam się z maryjnością mainstreamową, nie oznacza, że coś jest ze mną nie tak. Swoje „cegiełki” dołożyli też o. Adam Szustak oraz hipsterkatoliczka – Jola Szymańska. Nieco później zafascynował mnie temat ikon – teologiczna głębia szczegółów, jakie znajdziemy na tych „oknach ku wieczności”, po prostu rozkładała mnie na łopatki. Dotarło do mnie, że z Maryją na serio da się być blisko. I że z całą pewnością warto!
<Matka, która wszystko rozumie…
Jednak tym, co pozwoliło mi autentycznie i głęboko (jak sądzę) zbliżyć się do Maryi, nie były żadne mądre książki, rekolekcje czy artykuły na katolickich portalach. Ja Maryję odkryłam „dla siebie” dzięki własnemu doświadczeniu ciąży i macierzyństwa. Tak się złożyło, że doskonale wiedzieliśmy z Mężem, że nasza córka pojawi się na świecie w okresie Bożego Narodzenia. Adwent był dla nas zatem czasem „podwójnego oczekiwania” – czekaliśmy na narodziny Jezusa, a także na pojawienie się na świecie naszej pierworodnej. Perspektywa zostania matką uruchamiała zaś we mnie chyba wszystkie możliwe emocje – od euforii, po lęk i niepewność, jak ja to w ogóle ogarnę – w końcu w swoim życiu nigdy nie zajmowałam się niemowlęciem! Byliśmy też zwyczajnie ciekawi, jak nasza pociecha będzie wyglądała, jaki będzie miała temperament, co będzie lubiła robić… Z każdym dniem docierało do mnie, że ponad dwa tysiące lat temu pewna Dziewczyna z Nazaretu miała podobne rozterki. Przez wiele miesięcy zachodziła w głowę, jakie będzie Jej Dziecko, jak będzie przebiegał poród, no i oczywiście – jak Ona poradzi sobie z samym byciem matką, a do tego ogarnie… bycie Matką Boga?! Obecnie często nawiedza mnie myśl, że przecież Maryja przystawiała do piersi Alfę i Omegę, była świadkiem pierwszych kroków Początku i Końca, całowała na dobranoc Słowo Wcielone. To jest fascynujące, ale jednocześnie gdy podejmuję taką refleksję, to czuję, że mój ludzki mózg zwyczajnie wysiada, że to przekracza moje możliwości rozumienia rzeczywistości. Maryja jawi mi się jako postać do bólu autentyczna, ludzka, ale też niezwykle stabilna emocjonalnie i dojrzała – parafrazując wspomniany już prawosławny Akatyst, poznała Ona Niepoznawalne – i przy tym wszystkim pozostała Sobą.
Dla jasności – absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że brak posiadania dzieci jest przeszkodą w zbliżeniu się do Matki Boga (zawsze miałam alergię na tekst „będziesz mieć własne dzieci, to zrozumiesz”). Każdy z nas posiada inną wrażliwość i każdy kroczy własną drogą do Boga – wiem, że brzmi to bardzo górnolotnie, ale tak to właśnie działa.
Rzecz w tym, że maryjność każdy z nas musi oswoić – czasami przeoczamy, że pod warstwą maryjnych dogmatów (których, oczywiście, nie podważą), archaicznych modlitw oraz figurek „Maryjkowych”, ocierających się często o kicz, kryje się wspaniała, dzielna Osoba, której ziemskie życie było bardziej niezwykłe, niż losy bohaterów jakiegokolwiek beletrystycznego utworu czy filmu akcji.

PS O tym, dlaczego Maryję uważamy za Mamę idealną, pisaliśmy tutaj: https://katolwica.blog.deon.pl/2017/06/17/boski-parenting-czemu-maryja-jest-mama-idealna/
Chcemy uczyć się od Niej trudnej sztuki rodzicielstwa – i często prosimy Ją o to, by w tym aspekcie nas wspomagała. Efekty naszych starań poznamy jednak najwcześniej za kilkanaście lat.

Continue Reading