Przekleństwo czy wybawienie? Katomałżeństwa a NPR

W tym roku mija 50 lat od ogłoszenia encykliki „Humanae Vitae” przez Pawła VI. Był to, jak się powszechnie uważa, jeden z najbardziej kontrowersyjnych dokumentów Kościoła XX wieku. Zawartość HV dotyka nie abstrakcyjnych dla wielu osób spraw dogmatycznych, ale kwestii, z którą ma „styczność” większość katolików – życia seksualnego w małżeństwie i planowania rodziny.

Nie jest prawdą, że HV wprowadziło zakaz antykoncepcji – ono utrzymało w mocy nauczenie wcześniejszych papieży, m.in. Piusa XI (który antykoncepcję nazywał „gwałceniem aktu naturalnego„. Encyklika ta pojawiła się jednak w czasie, gdy katolicki świat zastawiał się, czy papież zaaprobuje stosowanie nowo wynalezionej pigułki antykoncepcyjnej – i znaczna część chrześcijan miała nadzieję, że tak się właśnie stanie. Papież jednak postąpił inaczej – w HV stwierdził, że stosowanie sztucznych metod regulacji poczęć jest grzechem ciężkim. Wokół dokumentu, którego treść dla wielu katolików była zaskakująca, narosła więc ogromna ilość legend i plotek (np. taka, że encyklika została opublikowana latem, by przejść „niezauważona… jakby było to, mając na uwadze jej temat, w ogóle możliwe…).

Paweł VI przyznał, że wolno jest małżonkom współżyć w okresie naturalnie niepłodnym, aby odłożyć poczęcie dziecka. Naturalne metody planowania rodziny są jednak stosowane zaledwie przez część osób wierzących (wg badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, połowa praktykujących Polaków akceptuje antykoncepcję). Ci, którzy interesują się tematem NPR, mają na jego temat skrajne odczucia – jedni go wychwalają, inni – szczerze nienawidzą.

„Szkoda, że nie uczą tego w szkołach!”

Osoby, które decydują się na stosowanie NPR, zwykle kierują się nauczaniem Kościoła, ale nie tylko – często biorą pod uwagę także aspekt zdrowotny naturalnego planowania rodziny. Tak właśnie tę decyzję tłumaczy Marta: „Od początku małżeństwa (czyli od 13 lat) stosujemy NPR. Mamy 5 dzieci i wiemy kiedy każde z nich się poczęło. Mąż wpiera mnie, zapisuje wyniki obserwacji, a po tylu latach to już doszedł do perfekcji w ocenie kiedy są dni płodne. Choć nie zawsze jest łatwo. Konieczność wstrzemięźliwości w momentach kiedy akurat nasze ciało jest najbardziej nastawione na współżycie wymaga jednak samozaparcia i pewnej dyscypliny. Od początku małżeństwa zdecydowaliśmy się na NPR po pierwsze dlatego, że te metody są zgodne z nauczaniem Kościoła, po drugie, bo są zdrowe. Pomimo trudności mamy poczucie, że pozytywnie wpływają na naszą relację małżeńską. Potrafimy rozmawiać o płodności, kolejnych dzieciach, czekaniu i trudnościach, to na pewno nas zbliża. Ponadto nie czuję się w małżeństwie traktowana przedmiotowo, ale wiem, że jesteśmy razem z mężem po tej samej stronie i oboje bierzemy udział w podejmowaniu decyzji”. Marysia wspomina też o świadomości własnego ciała, jaką daje NPR: „Stosuję od 4 lat [metodę] Rotzera. Z małymi przerwami na ciążę. Teraz tez się obserwuje, ale już nie tak skrupulatnie, bo liczymy na wpadkę. Ogólnie NPR dał mi dużo samoświadomości na temat mojego ciała i symptomów, potrafię szybciej rozpoznawać reakcje mojego organizmu. Ja jestem zachwycona tym i szkoda, że nie uczą tego w szkołach.”

„Możemy zapobiegać ciąży, ale nie za bardzo? Hipokryzja!”

Nie brak jest jednocześnie katolików, którzy odrzucają metody naturalne. Część z nich nie widzi istotnej różnicy między „antykoncepcją naturalną” a sztuczną. „Dla mnie to też jest antykoncepcja” – mówi Julia, niedługo planująca wstąpić w związek małżeński. „Przecież zarówno w przypadku prezerwatyw, jak i NPRu czy kalendarzyka, chodzi o to, żeby nie począć dziecka. Po co udajemy otwartość na życie, skoro nie jesteśmy wcale otwarci? Można zapobiegać, ale tylko trochę? To hipokryzja. A jak się wpadnie, nawet przy stosowaniu tabletek, to też można to dziecko przyjąć. Ja nie usunę nigdy ciąży, ale nie będę się bawić w NPR. I na życie się nie zamykam”. Inni mówią o niskiej skuteczności NPR w pewnych sytuacjach. Należy do nich Klaudia, żona z dłuższym stażem i trójką dzieci: „Ja wiem, że obserwowanie śluzu i mierzenie temperatury mogą być skuteczne. Ale nie zawsze – po porodzie bardzo  trudno to ocenić, czy już wróciła płodność. Musiałbym z mężem zrezygnować z seksu na wiele miesięcy, a to przecież naturalne, że chcemy się kochać! Stosujemy prezerwatywy. Na życie jestem otwarta – świadomie zdecydowałam się na dzieci i bardzo je kocham. Ale nie widzę sensu w męczeniu się z NPR. A kobiety po cesarkach? Co one mają zrobić? Przecież po CC nie można zajść w kolejną ciążę przez rok. Mają umrzeć, narazić się na pęknięcie macicy, osierocić dzieci, bo stosując prezerwatywę zamykają się na życie? Ja i mąż sądzimy, że to absurdalne. Dzieci trzeba nie tylko urodzić, ale też je wychować”.

„Zaszła poważna zmiana…”

Czasami bywa tak, że stosunek do stosowania NPR zmienia się w trakcie trwania małżeństwa. Bartek na początku zgodził się na NPR, ale później z niego zrezygnował: „Nie mogę wiele powiedzieć o NPR. Żona zaczęła obserwować śluz, chcąc żyć po katolicku. Zgodziłem się. Ale zaszła poważna zmiana – od razu pojawiła się ciąża. Może obserwowała się za krótko. Ale wpadliśmy. Teraz nie chcę NPR, nie wierzę w to”. W przypadku Iwony było natomiast inaczej. Przez jakiś czas stosowała te metody, nienawidząc ich, by później stwierdzić, że dokonała dobrego wyboru: „Po ślubie od razu zaszłam w ciążę, ale poroniłam. Dostaliśmy zakaz ciąży na następne długie tygodnie, nie byliśmy pewni kiedy są dni płodne, a kiedy nie… więc musieliśmy zrezygnować całkowicie z seksu chcąc żyć NPR. Było to mega ciężkie, nie mogliśmy na siebie chwilami patrzeć, odrzucaliśmy jakakolwiek cielesność… tyle czasu czekaliśmy by stać się jednym ciałem, dopiero rozpoczynaliśmy ten etap naszej relacji, a tu znowu ‚szlaban’.. alternatywa była antykoncepcja ale próbowaliśmy być wierni NPR. Potem drugie poronienie i to samo. Potem trafiliśmy do naprotechnologa- nagle się okazało ze NPR to wybawienie i nadzieja. Na bazie żmudnych obserwacji (prowadzonych rzetelnie dzięki cudownemu mężowi który czuł się współodpowiedzialny i bardzo wspierał mnie) po paru miesiącach znowu bez seksu i tysiącach badań i wizyt lekarskich w końcu się udało – wkrótce na świecie pojawi się nasze dziecko”.

Temat NPR i antykoncepcji jest wielowymiarowy i budzi ogromne kontrowersje – także wśród praktykujących katolików.

Jesteśmy ciekawi Waszej opinii.

 

Continue Reading

Milczenie owieczek

Kiedyś, gdy byłam jeszcze piękna i młoda, studiowałam dziennikarstwo na UŁ. Wprawdzie nie dowiedziałam się tam zbyt wielu rzeczy – dlatego po licencjacie zdecydowałam się na kontynuowanie nauki na filologii polskiej – ale i tak mam sentyment do tych trzech lat…

Ostatnio w czeluściach mojej skrzynki mailowej znalazłam pewną pamiątkę z czasów studenckich – krótki reportaż na temat lekcji religii w jednej ze szkół. Stanowił on zaliczenie jednego z przedmiotów. Zdaję sobie sprawę z tego, że warsztatowo raczej nie powala on na kolana, ale stwierdziłam, że się nim z Wami podzielę – w końcu przesłanie pozostaje aktualne.

Są młodzi, często inteligentni, jednak z różnych przyczyn rzadko zabierają głos. Siedzą spokojnie w ławkach i notują, bądź udają, że to robią. Tymczasem ksiądz bądź katecheta przekazuje im „wiedzę” oraz „kształtuje” charakter…

Podwarszawskie gimnazjum. I to nie byle jakie- należy do elitarnego Towarzystwa Szkół Twórczych, które – według założeń- ma skupiać najlepsze placówki oświatowe. Uczniów jest niewielu – nie jest łatwo się dostać. Na co dzień są oni zachęcani do samodzielnego myślenia, wyciągania wniosków i formułowania uzasadnionych sądów. Istnieje jednak niechlubny wyjątek od tej reguły – są to te dwie godziny lekcyjne w tygodniu, o które tak bardzo walczono po przemianach ustrojowych; dwie godziny „nauki o Bogu”; dwie godziny odrętwienia i apatii. Na lekcje religii uczęszczają niemal wszyscy uczniowie- rodzice z początkiem roku szkolnego wypełnili stosowną deklarację. W ten sposób gimnazjaliści spędzają długie godziny w sali „udekorowanej” plakatami ze szlakiem wędrówki Jezusa, obrazkami Matki Bożej oraz zdjęciami płodów. Jest bardzo nastrojowo.

W klasie pierwszej lekcje prowadzi doświadczona, kochająca młodzież katechetka. Rozumie problemy dojrzewających chłopców i dziewcząt. Nie wymaga od nich „nie wiadomo czego”- wiadomo, jak się człowiek zakocha, to może mieć myśli o „wyerotyzowanym” całowaniu. Ale wtedy z pomocą przychodzi cisza. Normalne jest też, że czasem szatani odbierają chęci do pójścia do kościoła w niedzielę. Ale wtedy można się modlić, odprawić taki „mały egzorcyzm”. Czytanie fantasy to już poważny grzech, może spowodować uszczerbek na duszy, a nawet wpędzić w depresję, podobnie jak kontakty z innowiercami czy nieokazywanie szacunku rodzicom (nawet, jeśli ojciec bije). Udaje mi się porozmawiać z szesnastoletnią dziewczyną.

– Jak podobają ci się lekcje?

– Jesteśmy traktowani jak kretyni. Ta kobieta jest nienormalna, chora!

Gdy dopytuję, co przez to rozumie, mówi, że katechetka twierdzi, iż Duch Święty wyłącza jej czajnik. Niestety, nie udaje mi się uzyskać większej ilości szczegółów – dziewczyna spieszy się już na lekcję biologii. Z późniejszych rozmów z młodzieżą uczącą się w pozostałych klasach gimnazjum dowiaduję się, jaki jest stosunek uczniów do treści rozpowszechnianych przez katechetkę. „Nie warto się odzywać”- tłumaczy piętnastoletni Mateusz – „Z nią nie ma dyskusji. Powiesz własne zdanie, to albo cię zignoruje, albo udaje, że płacze. Do bani”. Udaje mi się jednak zawrzeć z uczniami pewien układ- następna lekcja ma być „otwarta”, tzn. ma być czasem zadawania pytań. Kilkoro chłopców i dziewcząt zgadza się zadać pytania, które przygotowałam: dotyczą one głównie historii Kościoła, kwestii związanych z dogmatami czy szeroko pojętą filozofią chrześcijańską, a także prawem kanonicznym. Przyjmują moją propozycję z zawadiackim uśmiechem, lecz jednak bez entuzjazmu.

Cztery dni później dostaję telefon od przywódcy „rebeliantów”. Nie wierzę w to, co słyszę – katechetka nie tylko nie wie, czym właściwie był II Sobór Watykański, ale również nie wie, jaka jest różnica między- nieistniejącym przecież- rozwodem kościelnym a unieważnieniem małżeństwa; nie ma również pojęcia, co oznacza pojęcie „Boga immanentnego”, nie orientuje się, jakie jest stanowisko Kościoła wobec osób niewierzących lub wyznających inną religię. Robi mi się gorąco.

W liceum, połączonym ze wspominanym już gimnazjum, naucza już ktoś inny – jest to ksiądz, doktor teologii. Podróżnik, poliglota- dużo czasu spędził we Włoszech. Zna się na sztuce, kawie i seksie. Nie unika trudnych tematów, odpowiada wyczerpująco. Niektórym uczniom imponuje jego wiedza, większość jednak i tak lekceważy jego słowa – duchowny wydaje się być ciężkim przypadkiem narcyzmu. Wszędzie, gdzie to możliwe, wplata greckie słowa, angielskie idiomy, łacińskie sentencje. Młodych to męczy, nie widzą w nim „swojego człowieka”. Jednak to nie popisy erudycji księdza stanowią w tym przypadku główny problem. Przyczyną, dla której uczniowie skarżą się na nauczyciela religii, są jego seksistowskie wypowiedzi. Jeden z uczniów, zaangażowany w ruch feministyczny, uważa, wypowiedzi księdza są „po prostu dnem”. Według „zeznań” młodzieży, ksiądz twierdzi, że kobiety są „zwyczajnie niegodne sprawowania funkcji kapłana, która wymaga zrównoważenia emocjonalnego”, „są ogólnie brudne przez menstruację” oraz „ponoszą odpowiedzialność za upadek wielu porządnych mężczyzn, bo obnażają się z próżności”. Kilka dziewcząt próbowało zabrać głos, jednak ksiądz arogancko odpowiedział im, że przecież nie muszą uczęszczać na lekcje religii. Sęk w tym, że muszą. Są nieletnie i decyzja w tej sprawie należy do rodziców. Jedna dziewczyna podobno opuściła kiedyś salę, trzaskając drzwiami- było to wtedy, gdy ksiądz zapytał ją, czy rozpoczęła już współżycie. Według opowieści kolegów, jej rodzice zostali wezwani do szkoły i musiała przeprosić nauczyciela.

Rodzice chcą, by ich dzieci uczęszczały na lekcje religii, ponieważ uważają, że świadczy to o normalności rodziny, z jakiej się wywodzą. Nie zwracają uwagi na to, czego właściwie dzieci są uczone, w jaki sposób przekazuje im się wiedzę. „Ksiądz wie, co robi, złego przecież nie uczy”- twierdzi Alicja, matka jednego z gimnazjalistów. Innego zdania są natomiast niektórzy księża. Arkadiusz, młody duchowny, twierdzi, że lekcje religii prowadzone w sposób chaotyczny, często przez osoby niekompetentne, dają często odwrotny od zamierzonego efekt. „Młodzi zwyczajnie się buntują, nie chcą słuchać bzdur”- komentuje ksiądz. Zdaje sobie jednak sprawę z faktu, że szkoły w sprawie katechetów mają niemalże związane ręce, gdyż według ustaleń konkordatu, to Kościół decyduje o programie nauczania oraz powoływaniu i zwalnianiu nauczycieli religii. Zdaniem duchownego, uczniowie jednak mogą – i powinni – reagować, gdy księża lub katechetki wypaczają obraz Boga i Kościoła.

Jednak, czy wielu jest chętnych do walki z wiatrkami..?

***

Nadal uważam, że lekcje religii nie powinny odbywać się w szkołach. Przede wszystkim jednak powinni prowadzić je bardzo wykwalifikowani i empatyczni katecheci. Młodzi ludzie jakoś wytrzymają te dwie godziny w tygodniu, które często stanowią popis niekompetencji katechety, ale… do kościoła na pewno z własnej woli nie pójdą.

Continue Reading

Bić czy nie bić? Wychowawcze dylematy a nauka Kościoła

Katolwica: Klaps jest ciągle popularną metodą wychowawczą. Według badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, do jego stosowania przyznaje się 26 procent rodziców, ponad jedna czwarta. Co jest tego przyczyną?

Ks. Arkadiusz Lechowski: Bardzo trudno określić jednoznacznie powód takiego zachowania. Niewątpliwie jednym ze źródeł może być nieodpowiedzialne powielanie własnych doświadczeń. Wiele osób mówi, że „ja dostałem w skórę i wyrosłem na porządnego człowieka, to i moje dziecko może dostać…” Oczywiście jest w tym olbrzymia nieodpowiedzialność i brak empatii. Myślę również, że dość istotnym czynnikiem jest fakt, że ludzie często nie radzą sobie z emocjami i własne frustracje rozładowują na innych. Niestety czasami są to dzieci. Takiego zachowania nie da się usprawiedliwić.  Jest to typowa postawa nakręcająca międzypokoleniową przemoc i nie jak nie można pogodzić jej z chrześcijaństwem.

K: Nie da się? Przecież tłumaczenie przemocy wobec dzieci tym, że rzekomo zachęca do tego Biblia, jest całkiem powszechne. W Starym Testamencie znajdują się przecież niemalże „wezwania” do stosowania kar fizycznych wobec dzieci…

Ks. A.L.: Takie powoływanie się na Biblię, świadczy o jej nieznajomości i dość instrumentalnym wykorzystywaniu Słowa Bożego. W Biblii nie znajdziemy żadnego przykład bicia dzieci, choć autorzy przedstawiają wiele brutalnych scen odnoszących się do wojen, ludzkiego cierpienia i krzywdy. Owszem w starożytnym świecie istniał pogląd, że dzieci –szczególnie chłopców- należy wychowywać w karności, to jednak nie znajdziemy takiego przykładu na łamach biblii w relacjach ojca i syna. Pokazuje to, że przysłowie było zaczerpnięte ze starożytnej kultury i jest typową „semicką przesadą”. Podobnymi metaforami posługiwał się Chrystus, mówiąc w Kazaniu na Górze o wyłupaniu oka, czy odcięcia sobie ręki. Nikt jednak o zdrowym rozsądku nie potraktuje tych zdani, jako zachęta do samookaleczania.

K: Episkopat i księża często mówią o ochronie życia dzieci nienarodzonych. W swoim życiu nie słyszałam natomiast nigdy kazania, które dotyczyłoby tego, jak należy traktować te dzieci, które już przyszły na świat. Czy myśli Ksiądz, ze to się kiedyś zmieni?

Ks. A.L.: Trudno mi oceniać treści kazań innych. Oczywiście nie dobrze jest jeśli można wydobyć z nich podobne wnioski. Jeśli tak jest, to ufam, że będzie to ulegało przemianie. Jednak warto zauważyć, że kazania na ogół powinny być komentarzem do Słowa Bożego, które mówi o miłości Boga do człowieka, oraz potrzebie budowania miłości międzyludzkiej. Prawda o wzajemnym szacunku i miłości dotyczy zatem również dzieci, choć może rzeczywiście nie zawsze jest to eksponowane wśród mówców.

K: Czy zdarza się, że wierni spowiadają się ze złego traktowania swoich dzieci?

Ks.A.L.: Tak. Podobnie jak zdarza się, że dzieci –również dorosłe- spowiadają się ze złego traktowania rodziców.

K: Sama jestem mamą pięciomiesięcznego niemowlęcia. Opieka nad nim jest piękna, ale z drugiej strony konieczność nieustannego zaspokajania jego potrzeb bywa frustrująca. Domyślam się, że rodzice starszych dzieci (zwłaszcza nastolatków), mają o wiele trudniejsze zadanie. Jak sobie zatem radzić z trudnymi wychowawczo sytuacjami?

Ks. A.L.: Zawsze musimy chyba pamiętać, że nie jesteśmy idealnymi rodzicami, jaki nikt z nas idealnych rodziców nie miał. Natomiast powinniśmy starać się być na tyle dobrymi rodzicami, na ile jesteśmy wstanie. Myślę, że ta prawda uczy nas pokory. Jako duchowny mogę dodać, że często nie dostrzegamy, że nasze braki możemy uzupełniać także w relacjach z Bogiem. Bóg nie jest obojętny na nasze trudności wychowawcze. Często stawia na naszej drodze osoby i sytuacje, które mogą nam pomóc, jak również działa na nas bezpośrednio dodając nam cierpliwości i umiejętności w budowaniu relacji z drugim człowiekiem.

K: A czy Kościół jako wspólnota ma propozycje dla rodziców, którym jest trudno? Czy nie jest tak, że są oni pozostawieni sami sobie?

Ks.A.L.: Rzeczywiście na tej płaszczyźnie jako społeczność –również Kościelna- mamy wiele do zrobienia. Kościół nie patrzy obojętnie na problem wychowania dzieci, choć wiele inicjatyw wypływających z kręgów kościelnych nie są mocno medialne. Osobiście sądzę, że powinniśmy bardziej skoncentrować się na pomocy w budowaniu relacji w małżeństwach. Dzisiaj wielu rodziców jest zabieganych i często zapomina, że budowanie tych relacji jest ciągłą pracą. Jeśli rodzice darzą się rzeczywistym szacunkiem i miłością nawzajem, oraz jednocześnie potrafią kształtować swoje relacje z Bogiem, to nie wierzę, aby nie darzyli tą miłością i szacunkiem własnych dzieci. Zatem kochający się rodzice są dla dzieci największym darem.

Ksiądz Arkadiusz Lechowski – wikariusz w parafii św. Anny w Łodzi. Nauczyciel w  XXIII LO w Łodzi im. ks. prof. Józefa Tischnera. Kapelan harcerski. Zaangażowany w organizację kursów Alpha, inicjator projektu TGN – Tell the Good News. Od lat jest związany z klubami „Tygodnika Powszechnego”.

Continue Reading

Poza błękitem i infantylnym uśmiechem. Moja droga do Maryi

#mojaMaryja
Moja relacja z Tą, którą kobiety śpiewające majowe nazywają „Królową dziewic”, a prawosławni, wykonujący Akatyst do Najświętszej Marii Panny „raną bolesną zadaną demonom”, układała się bardzo różnie. I chyba dopiero niedawno udało mi się odkryć i zrozumieć Maryję po swojemu, integrując poznawczo i emocjonalnie różne fragmenty maryjnej układanki…
Niewieście problemy z Niewiastą obleczoną w słońce
Kiedy zaczynamy budować z kimś relację, to zwykle na początku chcemy wiedzieć, jak się do tej osoby zwracać. Jest to oczywiście zależne od tego, kim ta osoba jest – swojemu szefowi będziemy „panować”, a nowo poznanemu kumplowi możemy mówić „stary” (ja akurat mówię tak nawet do niektórych znajomych płci żeńskiej, ale to kwestia naszego specyficznego poczucia humoru…). To właśnie stanowiło dla mnie przeszkodę w budowaniu relacji z Maryją – kiedy moje dziecięce wyobrażenia o Niej straciły na aktualności, to nie wiedziałam, w jaki sposób mam się do Niej zwracać, jak się do Niej zbliżyć, jak „ugryźć” temat maryjnej pobożności. Z napotykanych przeze mnie wyobrażeń i opisów Maryi wyłaniał się Jej obraz jako Kogoś, kto łączy w sobie elementy chrześcijańskiego odpowiednika bogini-matki oraz infantylnego dziewczęcia, które nie miało żadnego wpływu na swoje życie. Ludowy kult Maryi nierzadko wiązał się też z teologicznymi błędami – na przykład fragment pieśni „Serdeczna Matko”: ” Bo kiedy Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy kto się do Matki uciecze”, sugeruje, że miłość Maryi do ludzi jest większa od miłości samego Boga… Oczywiście, w tym wszystkim dominował męski punkt widzenia Maryi – stare modlitwy i teksty rozważań podejmują głównie wątki Jej pokory, czystości oraz piękna. Moja feministyczna (choć nie w sposób oszalały) dusza buntowała się przeciwko takiemu pojmowaniu Miriam – nie mogąc znaleźć „swojego” fragmentu maryjności, na jakiś czas zwyczajnie odpuściłam temat.
Katofeminizm na pomoc
W końcu nadszedł jednak w moim życiu czas, kiedy zauważyłam, że zamykając się na maryjność, powoli dryfuję w stronę protestantyzmu – a przecież nie zamierzałam zostać konwertytką. Nie mogąc się jednak odnaleźć w pobożności kapliczkowej – choć jest ona dla mnie fascynująca i szczerze mnie wzrusza – postanowiłam „obwąchać się” z pojmowaniem Maryi, jakie proponują katolickie feministki. I to był strzał w duchową dziesiątkę. Rewolucję w moim życiu zapoczątkowało przeczytanie książki „Kościół kobiet” Zuzanny Radzik, dzięki któremu odkryłam obraz Maryi, jak sądzę, bliższy prawdzie – jako silnej kobiety, idącej na przekór patriarchalnym zasadom. Wypowiedzi Ewy Kiedio pomogły mi przyjąć, że to, że nie utożsamiam się z maryjnością mainstreamową, nie oznacza, że coś jest ze mną nie tak. Swoje „cegiełki” dołożyli też o. Adam Szustak oraz hipsterkatoliczka – Jola Szymańska. Nieco później zafascynował mnie temat ikon – teologiczna głębia szczegółów, jakie znajdziemy na tych „oknach ku wieczności”, po prostu rozkładała mnie na łopatki. Dotarło do mnie, że z Maryją na serio da się być blisko. I że z całą pewnością warto!
<Matka, która wszystko rozumie…
Jednak tym, co pozwoliło mi autentycznie i głęboko (jak sądzę) zbliżyć się do Maryi, nie były żadne mądre książki, rekolekcje czy artykuły na katolickich portalach. Ja Maryję odkryłam „dla siebie” dzięki własnemu doświadczeniu ciąży i macierzyństwa. Tak się złożyło, że doskonale wiedzieliśmy z Mężem, że nasza córka pojawi się na świecie w okresie Bożego Narodzenia. Adwent był dla nas zatem czasem „podwójnego oczekiwania” – czekaliśmy na narodziny Jezusa, a także na pojawienie się na świecie naszej pierworodnej. Perspektywa zostania matką uruchamiała zaś we mnie chyba wszystkie możliwe emocje – od euforii, po lęk i niepewność, jak ja to w ogóle ogarnę – w końcu w swoim życiu nigdy nie zajmowałam się niemowlęciem! Byliśmy też zwyczajnie ciekawi, jak nasza pociecha będzie wyglądała, jaki będzie miała temperament, co będzie lubiła robić… Z każdym dniem docierało do mnie, że ponad dwa tysiące lat temu pewna Dziewczyna z Nazaretu miała podobne rozterki. Przez wiele miesięcy zachodziła w głowę, jakie będzie Jej Dziecko, jak będzie przebiegał poród, no i oczywiście – jak Ona poradzi sobie z samym byciem matką, a do tego ogarnie… bycie Matką Boga?! Obecnie często nawiedza mnie myśl, że przecież Maryja przystawiała do piersi Alfę i Omegę, była świadkiem pierwszych kroków Początku i Końca, całowała na dobranoc Słowo Wcielone. To jest fascynujące, ale jednocześnie gdy podejmuję taką refleksję, to czuję, że mój ludzki mózg zwyczajnie wysiada, że to przekracza moje możliwości rozumienia rzeczywistości. Maryja jawi mi się jako postać do bólu autentyczna, ludzka, ale też niezwykle stabilna emocjonalnie i dojrzała – parafrazując wspomniany już prawosławny Akatyst, poznała Ona Niepoznawalne – i przy tym wszystkim pozostała Sobą.
Dla jasności – absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że brak posiadania dzieci jest przeszkodą w zbliżeniu się do Matki Boga (zawsze miałam alergię na tekst „będziesz mieć własne dzieci, to zrozumiesz”). Każdy z nas posiada inną wrażliwość i każdy kroczy własną drogą do Boga – wiem, że brzmi to bardzo górnolotnie, ale tak to właśnie działa.
Rzecz w tym, że maryjność każdy z nas musi oswoić – czasami przeoczamy, że pod warstwą maryjnych dogmatów (których, oczywiście, nie podważą), archaicznych modlitw oraz figurek „Maryjkowych”, ocierających się często o kicz, kryje się wspaniała, dzielna Osoba, której ziemskie życie było bardziej niezwykłe, niż losy bohaterów jakiegokolwiek beletrystycznego utworu czy filmu akcji.

PS O tym, dlaczego Maryję uważamy za Mamę idealną, pisaliśmy tutaj: https://katolwica.blog.deon.pl/2017/06/17/boski-parenting-czemu-maryja-jest-mama-idealna/
Chcemy uczyć się od Niej trudnej sztuki rodzicielstwa – i często prosimy Ją o to, by w tym aspekcie nas wspomagała. Efekty naszych starań poznamy jednak najwcześniej za kilkanaście lat.

Continue Reading

Homofobia – czy w Kościele jest na nią miejsce?

Parę dni temu, bo dokładnie 17. maja, obchodziliśmy Światowy Dzień Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii. Data ta nie została wybrana przypadkowo – otóż 17. maja 1990 roku homoseksualizm został wykreślony z Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób. Od strony medycznej więc homoseksualizm został uznany za normę – nie można od tej pory, będąc uczciwym lekarzem czy psychologiem, „leczyć” homoseksualizmu.

I my, katolicka wspólnota, mamy z tym faktem niemały problem.

Znajdujemy się w sytuacji dysonansu – z jednej strony, lekarze i psycholodzy mówią, że homoseksualizm jest po prostu rodzajem orientacji seksualnej, która w niczym nie jest „gorsza” od bycia hetero. Z drugiej – Kościół naucza, że akty (czyli seks) homoseksualne są grzechem – i to jednym z tych, które nazywa się „wołającymi o pomstę do nieba”. Jednocześnie, coraz więcej osób homoseksualnych decyduje się na coming-out – wiele takich osób nie chce już żyć w ukryciu. To sprawia, że wielu z nas zna jakiegoś geja, lesbijkę czy osobę biseksualną osobiście – i nierzadko darzymy te osoby zwykłą, ludzką sympatią. Jak zatem się z tym zagadnieniem „ułożyć”, jak być wiernym nauce Kościoła, ale jednocześnie nie zamykać się na to, co mówi współczesna nauka…?

Sądzę, że błędem popełnianym przez ogromną liczbę katolików, jest podważanie ustaleń WHO. Mnóstwo wierzących osób ten konflikt „rozwiązuje” w sposób pozornie prosty: twierdzi, że homoseksualizm z listy chorób skreślono za sprawą „gejowskiego lobby”. Że to spisek. Głosowanie było demokratyczne, ale ustawione. Więc bycie gejem czy lesbijką jest po prostu chorobą, której przyczyny tkwią w wychowaniu oraz uleganiu homopropagandzie.

Takim osobom warto przypominać, że Kościół nie zajmuje się diagnozowaniem chorób i określaniem zdrowia. To jest zadanie środowisk medycznych. Papież i biskupi mają za zadanie przekazywać nauczanie moralne, a nie wyrokować, co jest zaburzeniem, a co nie. Zresztą teoria, jakoby homoseksualizm wynikał z posiadania nadopiekuńczej matki i nieobecności ojca, nigdy nie potwierdziła się w badaniach empirycznych. Teorie spiskowe nie powinny zatem rozlewać się po naszych umysłach.

Osoby homoseksualne nie są chore. I nie powinniśmy ich tak traktować. Jak zatem katolik powinien odnosić się do do gejów czy lesbijek? Katechizm stawia sprawę jasno:

„Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi ona trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji” (KKK, 2358)

Oznacza to, że katolik absolutnie nie powinien być homofobem. O ile pierwszą część tego fragmentu (o moralnym nieuporządkowaniu) wszyscy doskonale znamy, to drugą – wzywającą do delikatności i unikania dyskryminacji – zdarza nam się „przeoczyć”. Tłumaczymy to sobie „sprzeciwem wobec cywilizacji śmierci”, „upominaniem grzeszników” etc. Sądzę jednak, że nie ma w Polsce (a być może i w całej Europie) geja, który nie wie, że zachowania homoseksualne są wg KK grzechem. Często więc stosunek katolików do osób niehetoroseksualnych i ataki na te osoby wynikają po prostu z lęku – przed innym, przed nieznanym, przed tym, że świat po prostu się zmienia  – i pewnych tematów nie zamiata się już pod dywan.

Osobom homoseksualnym (czy to z wyboru samotnym, czy żyjącym w związkach), należy się szacunek i tolerancja. Musimy też pamiętać o tym, że Kościół nie wartościuje samej orientacji – ona po prostu istnieje. Za grzech uznawane są wyłącznie homoseksualne akty – jeśli więc ktoś odczuwa pociąg do osób tej samej płci (i nie współżyje), nie popełnia grzechu. Popełnia go natomiast ten, kto homoseksualistom ubliża, miesza ich z błotem, kto – łamiąc VIII Przykazanie – przypisuje im na przykład zapędy pedofilskie. Jeżeli więc pouczamy gejów i lesbijki o konieczności życia w czystości, to tak samo pouczajmy homofobów, którzy ludziom (bo, wbrew poglądom niektórych, są to przede wszystkim ludzie) homoseksualnym niszczą życie.

Zdajemy sobie sprawę, że homoseksualizm nie jest łatwym zagadnieniem – musimy przecież takim osobom powiedzieć, że choć nie są chore, to Kościół wymaga od nich dożywotniej abstynencji seksualnej. Pojawia się tutaj wiele pytań: czemu zatem Bóg pozwala, by niektórzy ludzie stawali przed tak wielką trudnością (zwłaszcza jeśli okaże się ponad wszelką wątpliwość, że orientacja jest uwarunkowana biologicznie)? Co dzieje się po śmierci z gejami i lesbijkami, którzy żyli przez dziesiątki lat w wiernym związku, opartym na szacunku? Jaką drogą powinny podążać osoby nieheteroseksualne, skoro nie mogą ani zawrzeć małżeństwa, ani wstąpić do zakonu czy seminarium?

Nie udaję, że znam odpowiedzi.

 

Continue Reading

Abp Jędraszewski o dyskryminacji gejów i lesbijek? Ta wypowiedź Cię zaskoczy!

Obchodzimy dzisiaj Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii. 💥
W Katechizmie Kościoła Katolickiego znajdziemy informację, że Kościół, choć uznaje akty homoseksualne za grzech, to jednocześnie sprzeciwia się przejawom niesłusznej dyskryminacji względem gejów i lesbijek.
Czy oznacza to, że istnieje „słuszna” dyskryminacja?
To pytanie zadałam kilka lat temu abp. Jędraszewskiemu podczas „Dialogów w katedrze”.
Zobaczcie, co odpowiedział!
😁😁😁

Continue Reading

Gdzie ci duchowni, pokorni tacy…?

Jak nazywa się system, w którym mężczyźni mówią kobietom, jakie powinny one być, bo uważają, że mają prawo (lub uświęcony obowiązek) kształtować je według swoich upodobań?

Taki stan rzeczy nazywamy patriarchatem.

A czy chrześcijanin powinien taki ustrój wspierać i wzmacniać?

Otóż nie. Uczniowie Chrystusa wierzą w to, że wszyscy ludzie rodzą się równi (co nie znaczy tacy sami), a kobiety nie są przedmiotami, których rolą jest zadowalanie mężczyzn. Taki tok rozumowania był właściwy dla niektórych religii pierwotnych oraz ustrojów, które niby flirtowały z chrześcijaństwem, ale ich rdzeń pozostał twardy, nieugięty wobec postulatu uczłowieczenia niewiast, który głosił sam Chrystus. 

W Kościele męski głos wciąż jest dominujący – i do pewnego momentu można się do tego przyzwyczaić i okazać wyrozumiałość. W końcu przez wieki to mężczyźni (biali i nieżonaci) uprawiali naukę i opisywali świat oraz Boga, a swój punkt widzenia przekazywali – czasami wręcz narzucali – innym. Wiadome jest zatem, że musi minąć trochę czasu, zanim kobiety zostaną w Kościele dostrzeżone, duchowieństwo zacznie wreszcie dostrzegać ich potrzeby (bo, z całym szacunkiem, nie dotyczą one tylko macierzyństwa i tego, jak przekonać chłopaka do życia w czystości przedmałżeńskiej).

Zdarzają się jednak sytuacje i wypowiedzi, na które nie można patrzeć przez palce, które wręcz „ociekają” absurdem. Jedną z nich jest kazanie ks. dr. Pawła Murzińskiego, który wyraził zaniepokojenie postępującą emancypacją dzisiejszych kobiet. Owo zepsucie i upadek kobiecości wyraża się między innymi w tym, że współczesne panie noszą spodnie. Można się z tego wystąpienia śmiać, można się wściekać, można pewnych cytatów użyć do produkcji antykościelnych memów. Ja jednak w związku z tym filmem czuję przede wszystkim głęboki niepokój. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że mężczyźni, którzy głoszą tego rodzaju reakcjonistyczne teorie, zwykle po prostu nie mają pojęcia o kobietach. Mają w głowie urojony obraz dawnych (cokolwiek to znaczy) niewiast, które były pokorne i serca cichego, w wolnych chwilach oddawały się nabożnej modlitwie i zbieraniu ziół, a czyniły to zawsze boso i w białych, zwiewnych sukienkach. Gdy dostrzegały mężczyznę, rumieniły się i chowały niczym Aurora ze „Śpiącej królewny” na widok księcia, a każda z nich marzyła jedynie o tym, by pewnego dnia móc powić syna. Takie wyobrażenia o dziewczynach i kobietach z dawnych epok nie mają, rzecz jasna, zbyt wiele wspólnego z prawdą – jest to jedynie projekcja marzeń niektórych mężczyzn, którzy pragnęli mieć przy boku partnerkę słabą i uległą – bo przecież, jak pisał o naszym gatunku Tolkien „ludzie ponad wszystko pożądają władzy”. Jeżeli takie rewelacje wypowiada duchowny Kościoła katolickiego – i to w stopniu doktora! – to jest to znak, że być może wielu księży i duchowych przewodników o kobietach, czyli połowie ludzkości, wie tyle, co nic. To z pewnością nie zachęca pań do bycia sobą we wspólnocie Kościoła.

Po drugie, z tego kazania wyziera wręcz przemoc i opresyjny stosunek do kobiet – kolejny raz mądry, postępujący moralnie mężczyzna uczy niemądre i zepsute kobiety, jak powinny żyć, aby… podobać się mężczyznom (czyli właściwie podmiotowi mówiącemu). To naprawdę nie jest sprzyja rozwojowi Kościoła, że jego pasterze tak bardzo osadzeni są w patriarchalnym stylu myślenia. Jezus głosił przecież ponadczasowe zasady moralne, a nie zalecenia dotyczące mody – dzięki temu Jego Słowo wciąż pociąga ludzi i potrafi zmieniać rzeczywistość. Kościół, który skupia się na zagadnieniach związanych z podziałem ról płciowych i zewnętrznych formach wyrazu męskości lub kobiecości (które nieustannie się zmieniają), ryzykuje zepchnięciem na margines. Za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat antyklerykałowie będą przemówienia ks. dr. Murzińskiego używać jako dowodu na to, że KK to instytucja, która była i jest wroga kobietom. Przemoc względem kobiet to przecież nie tylko bicie za „zbyt słoną zupę”, ale także wywyższanie się, emocjonalny szantaż „na dawne, lepsze czasy”, brak pokory. To smutne, że ks. dr Murziński (i pewna część duchowieństwa) jest wciąż dotknięta tą chorobą.

Po księdzu z doktoratem można się także spodziewać znajomości Pisma i wiedzy, które fragmenty są obowiązującym nas Prawem, a które stanowią zapis zwyczajów żydowskich sprzed tysięcy lat. Powoływanie się na Księgę Kapłańską w celu „udowodnienia”, że mamy dziś do czynienia z upadkiem kobiecości, jest nieporozumieniem. Ks. Murziński nie jest w swoim żonglowaniu cytatami odosobniony – czyni to wielu katolików, którzy albo nie mają wiedzy, jaką przekazują nam bibliści, albo też ich lęk przed zmianami zachodzącymi w świecie jest tak wielki, że wolą z fragmentów Biblii uczynić sobie schron – nawet za cenę merytorycznych klap. A przecież zwyczaje, styl życia czy ubioru zmieniał się zawsze i będzie się zmieniał, dopóki ziemia istnieje. To, w jaki sposób ludzie wyrażają swoją przynależność do określonej płci i jakie obowiązki mają kobiety i mężczyźni, również nie jest niezmienne. Należałoby się z tym pogodzić. Swoją drogą, ks. Murziński mówiąc o kryzysie kobiecości, sugeruje jakoby, że kobiecość może „obumrzeć”, „zniknąć” – a przecież krytycy „ideologii” gender (do których ksiądz ten również się zalicza) twierdzą, że płeć jest niezmienna, że wiara w to, że męskość i kobiecość są płynne, to urojenia wrogich Kościołowi „genderystów”… Wyczuwam tutaj zatem pewną niespójność.

Film z kazaniem ks. dr. Murzińskiego po raz kolejny przypomniał mi o pewnej ważnej prawdzie: cokolwiek czytamy, oglądamy czy słyszymy, musimy zachowywać czujność. Nawet to, że ktoś jest ubrany w sutannę, posiada tytuł naukowy i do udowodnienia swoich tez używa cytatów z Pisma Świętego, nie oznacza wcale, że jego słowa są prawdziwe i zgodne z nauczaniem Kościoła katolickiego czy zdrowym rozsądkiem. Duchowni, znane autorytety, a nawet wielcy święci czasami mówią rzeczy, które są zwyczajnie irracjonalne – przykładem może być wypowiedź św. ojca Pio, który twierdził, że kobiety ubrane w spodnie powinny mieć zakaz wchodzenia do kościoła…

Obecność tego rodzaju wystąpień duchownych w Internecie jest wyzwaniem dla naszego intelektu – bo musimy niejako „przecedzać” przez sito rozumu i naszej wiedzy ich wypowiedzi. Sądzę, że jest to także sprawdzian naszej wiary oraz… miłości – bo przecież musimy (i chcemy!) wytrwać w wierności Kościołowi. Nawet wtedy, kiedy personel tej instytucji mówi rzeczy absurdalne – bo przecież jesteśmy tutaj przede wszystkim ze względu na Założyciela naszej wspólnoty, który odznaczał się przecież łagodnością, rozwagą oraz Boską mądrością.

I, w odróżnieniu od wielu współczesnych duchownych, umiejętnością wygłaszania doskonałych przemówień.

Continue Reading

Rodzina, w której nie brak różnorodności. Za co kocham Kościół?

Pod ostatnim postem – który był jednocześnie tematem miesiąca na Deonie – pojawiły się komentarze mówiące o tym, że następnym razem dobrze by było przeczytać o tym, co w Kościele jest dobrego. W pełni się z tym zgadzam – kiedy mówimy o czymś, co jest dla nas ważne (czyli na przykład o rodzinie), powinniśmy zachowywać równowagę – wskazaujemy na braki, wady, defekty, ale nie możemy pomijać także zasobów, mocnych stron – tę zasadę stosuje się na przykład wtedy, kiedy na konsultację czy terapię zgłasza się rodzina – a Kościół jest taką właśnie, pełną różnorodności, rodziną.

Nie będę pisała o tym, że Kościół daje nam sakramenty, jest widocznym znakiem Chrystusa na ziemi etc. – to jest oczywiste i stanowi rdzeń naszej wspólnoty. Chciałabym wymienić kilka rzeczy bardziej „zewnętrznych”, które urzekają mnie w naszym „jednym, świętym, powszechnym i apostolskim Kościele”. Oto one:

  1. Działalność charytatywna. Kiedy pisałam pracę magisterską na psychologii (dotyczyła ona wpływu duchowości i religijności na emocjonalne funkcjonowanie osób opiekujących się umierającymi w hospicjach), moja promotor jakby z automatu skierowała mnie do hospicjum Caritasu. Później ja sama wgłębiłam się w temat – i doszłam do niby oczywistego wniosku, że ilość inicjatyw (lub po kościelnemu „dzieł”), jakie Kościół podejmuje na rzecz potrzebujących, jest po prostu niesamowita. Nie będę teraz pisała o poszczególnych aktach pomocy – clue stanowi to, że – jak mówi raport ISKK – Kościół jest największą po państwie instytucją pomocy potrzebującym w Polsce.
  2. Pielęgnowanie tradycji i kultury. W podróżowaniu nieustannie zachwyca nas to, że zwykle, kiedy wejdziemy do małego, niepozornego kościółka, możemy tam znaleźć prawdziwe skarby – nigdy nie wiadomo, czy w małej świątyni na uboczu nie znajduje się piękny, barokowy obraz. Kościół przechowuje i broni piękna, a także je tworzy. W Muzeach Watykańskich, które odwiedziliśmy parę lat temu, możemy cieszyć oczy (i ducha!) nie tylko perłami sztuki sakralnej, ale przedchrześcijańskiej.
  3. Wspaniałe media katolickie. Niestety, w żadnym silnych bodźców świecie prasa ulega tabloidyzacji – na kartach dzienników czy na portalach internetowych znajdziemy tanią sensację, opatrzoną „szokującym” zdjęciem. Ale pewnych mediów katolickich to nie dotyczy. Na rynku nie brak jest tygodników czy miesięczników, a także kanałów na YouTube czy portali, które kierują się zasadami etyki dziennikarskiej i opisują rzeczywistość w całej jej złożoności.
  4. Stałość i przewidywalność. Jak pisała autorka powieści obyczajowej „Żelbeton” (pozdro dla kumatych ;)) „Nowa polska rzeczywistość jest kolorowym straganem idei”. I łatwo jest się między tymi straganami pogubić. Co i rusz w mediach pojawiają się nowi idole-celebryci, genialne pomysły na życie, subkultury czy filozofie. Współczesny człowiek, który chciałby za tym wszystkim podążać, jest zatem niezwykle pogubiony. Tym, co jest stałe i zasadniczo niezmienne, jest Kościół i jego nauczanie, którego „esencja” jest taka sama od przeszło 2 tysięcy lat. Sama uwielbiam uczęszczać na Mszę trydencką – lubię myśleć sobie, że tymi samymi słowami modlili się ludzie kilkaset lat wcześniej, w miejscach oddalonych o kilkaset kilometrów. To naprawdę robi wrażenie. I daje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji.
  5. Obecność wspaniałych działaczy świeckich  i duchownych. Szymon Hołownia. Siostra Chmielewska. Ksiądz Boniecki. Jola Szymańska. Można by wymieniać jeszcze długo, bo lista osób, które robią w świecie fantastyczne rzeczy – a swoje wartości „osadzają” w chrześcijańskim światopoglądzie – naprawdę nie kończy się na kilku nazwiskach. Wcale nie są to ludzie oderwani od rzeczywistości, żyjący w mnisich celach – raczej osoby, które wychodzą naprzeciw światu i potrzebom jego mieszkańców. O naszych ulubionych katocelebrytach pisałam resztą kiedyś osobny post: https://katolwica.blog.deon.pl/2017/08/09/siedmiu-wspanialych-lista-naszych-ulubionych-katocelebrytow/

Sądzę, że teraz, po opisaniu tego, co mnie (i nie tylko mnie!) w Kościele pociąga i urzeka, obraz jest pełniejszy. Z drugiej strony, chciałabym „zgłosić” pewną uwagę: nie powinniśmy, jako ludzie Kościoła, obawiać się krytyki naszej Wspólnoty. To nie jest tak, że każdy, kto dostrzega w nim na przykład obecność kiczu lub retoryczne nadęcie, jest antychrystem i sprzyja lewackiej dżęderideologii. Zdrowe rodziny, pewne swoich więzów i wartości, nie mają problemu z przyjmowaniem krytyki na swój temat lub na temat zachowania jej poszczególnych członków. Zazwyczaj im bardziej rodzina „oporuje”, tym poważniejsze i głębsze skrywa problemy. Nie powinniśmy więc żyć w przekonaniu, że krytyka Kościoła jest równoznaczna ze zdradą (lub spiskiem). Gorzkie słowa mogą wynikać z troski i chęci dokonywania zmian na lepsze. W końcu, jak twierdził Jerzy Turowicz: „Jeśli Kościół kochasz, krytykujesz.”

A przecież nie sposób jest go nie kochać.

Continue Reading

Tezy na drzwiach bloga, czyli co mnie wkurza w Kościele

#łobuzywkościele

W ubiegłym roku (ku rozpaczy katolickich tradycjonalistów) obchodziliśmy 500-lecie Reformacji. Momentem, który wielu historyków uważa za początek podziału, jest przybicie przez Lutra do drzwi katedry w Wittenberdze 95 tez, które – w jego pojmowaniu – miały pomóc w naprawie Kościoła. I choć z katolickiego – a więc i naszego – punktu widzenia część z nich była teologicznie błędna, to jednak postanowiliśmy się nieco Lutrem zainspirować, przygotowując własne „tezy”, czyli dzieląc się tym, co nas we współczesnym Kościele wkurza. Spokojnie – jest ich zdecydowanie mniej, niż 95 – i to równo o 90!

  1. Retoryka oblężonej twierdzy. „Są w dzisiejszych czasach tacy, którzy…”, „Niestety, współczesny świat zapomina o tym, że…”, „Nowoczesne ideologie wmawiają nam…” – brzmi znajomo? Pewnie tak – w końcu w listach episkopatu, kazaniach czy katolickich mediach nieustannie jest mowa o osobach, instytucjach i ideologiach, które zagrażają naszej wierze. Kościół w Polsce został, niestety, zainfekowany chorobą lęku – boimy się islamizacji, Zachodu, przemian kulturowych i wielu innych. Oczywiście, nie należy bagatelizować tego, że zło istnieje i działa we we współczesnym świecie – ale jednak warto dbać o odpowiednie rozłożenie akcentów. Chrystus powiedział przecież, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła – sądzę więc, że możemy spać spokojnie.
  2. Dominacja męskiego punktu widzenia. O kobietach w Kościele mówi się z męskiej perspektywy – jako o żonach i matkach. Nawołuje się nas do pokory, łagodności, poświęcenia – oczywiście rodzinie. Uosobieniem rodzaju ludzkiego dla części kleru i episkopatu wciąż jest wyłącznie mężczyzna – kobieta jest dodatkiem lub „darem”. Przykład? Proszę bardzo: temat spotkania młodych w Lednicy w roku 2010 brzmiał „Kobieta – dar i tajemnica”. Jest to wpisywanie się w patriarchalny model myślenia, w którym „płeć piękna” jest przedmiotem, zaś mężczyzna – podmiotem. W duszpasterstwach dla kobiet i dziewcząt mówi się wiele o czystości, skromności i odpowiedzialności za życie – a przecież w chrześcijaństwie VI i IX przykazanie dotyczy obu płci! Także postać Maryi jest wciąż w Kościele rozumiana „po męsku” – mówimy wiele o jej pięknie, matczynej miłości oraz dziewictwie, a nie akcentujemy odwagi oraz siły.
  3. Wszechobecność kiczu. W swoim życiu nie widziałam ani jednej brzydkiej cerkwi, natomiast podróżując po Polsce i Europie, wiele razy miałam ochotę zasłonić oczy, by nie musieć patrzeć na kościoły, które przypominają rakiety lub… kury (zainteresowanym polecam fanpage „Kościoły, które udają kury” na Facebooku).  Niektóre nasze pieśni religijne, obrazy świętych lub misteria (jak chociażby inscenizacja zamachu na św. Jana Pawła II) nie tylko są pozbawione teologicznej głębi, ale też ranią uczucia estetyczne. A przecież obecność Boga wyraża się także poprzez piękno!
  4. Fiksacja na sprawach dotyczących seksu. Gender. Antykoncepcja. Seks przed ślubem. Akty homoseksualne. Czy jest ktoś, kto nie zna stanowiska Kościoła na temat którejś z tych spraw? Nie sądzę – w końcu w katolickich rozgłośniach czy prasie tematy okołoseksualne są nieustannie numerem 1. Tymczasem, kiedy na różnych katolickich grupach przytaczamy fragmenty społecznej nauki Kościoła (na przykład związanej z wartością pracy lub sprawiedliwym podziałem dóbr), bywamy nazywani… komunistami. Przyczyną tego stanu rzeczy jest brak wiedzy na ten temat u osób wierzących. Katecheci wolą przecież w nieskończoność opowiadać o tym, w jaki sposób użycie prezerwatywy niszczy więź małżeńską, niż zagłębić się w inne – nie mniej ważne! – aspekty nauczania Kościoła.
  5. Miałkość kazań. Chyba żaden aspekt nauki w seminarium duchowym nie intryguje mnie tak, jak zajęcia z homiletyki. Być może w sposobie ich prowadzenia kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego dobre, inspirujące do zmiany życia kazanie jest w większości polskich kościołów rzadkością. Na pewno ma na to także wpływ zubożenie języka całej nasze generacji – w końcu księża pochodzą z ludu. Profesor Jan Miodek sugerował kiedyś, że polscy duchowni obmyślają kazania przy goleniu. My idziemy o krok dalej – sądzimy, że znaczna część księży nie obmyśla kazań w ogóle. Skutkiem tego są nieustanne powtórzenia, wypowiedzi ogólnikowe, niezwiązane z Ewangelią, wypowiedziane monotonnym głosem. Jako polonistka i osoba, która zajmuje się pisaniem, cierpię niewyobrażalne męki, gdy słucham tego rodzaju „księżomowy”.

Nasze „tezy” nie będą przybijane do drzwi żadnego z kościołów (co najwyżej „przypniemy” ten post na fanpage’u naszego bloga). Jednak, co najważniejsze, nie dążymy do żadnej schizmy. Nie chcemy się od Kościoła odłączać. Owszem, zależy nam na tym, by stał się on bardziej „katoludzki”, jak pisze prymas Wojciech Polak. Jeżeli jednak wierzymy w to, że Kościół jest rodziną, to musimy zaakceptować fakt, że niektórzy członkowie tej rodziny nie żyją tak, jak się nam podoba. W końcu każdy posiada w swojej familii wuja, który głosuje nie tak, jak byśmy chcieli, ciotkę, która wiecznie się na wszystkich obraża czy kuzyna, który jest fanem teorii spiskowych.

I wszystkich tych krewnych musimy nauczyć się kochać.

Continue Reading

Chrzest dzieci czy wolność wyboru?

No to Franciszek znowu włożył kij w mrowisko – powiedział, że z chrztem nie należy czekać, aż człowiek będzie dorosły i sam dokona wyboru, ale by nie zapominać o chrzcie naszych pociech. Ojciec Święty powiedział:

” Niektórzy myślą: »ale po co chrzcić dziecko, które tego nie rozumie? Poczekajmy, aż dorośnie, zrozumie i samo poprosi o chrzest«. Ale to oznacza brak ufności w Ducha Świętego”.

I jak to pogodzić z miłością do dziecka, która powinna być bezwarunkowa oraz opierać się na wzajemnym szacunku, zaufaniu i bliskości, a nie na przymusie?

Nie chcę rozwodzić się nad tym, że Konstytucja gwarantuje rodzicom prawo do wychowania dzieci zgodnie z ich własnymi przekonaniami. Nie jest więc niczym dziwnym, że wierzący rodzice chcą, aby ich dzieci – jak to się mówi po kościelnemu – wzrastały w wierze. Tak jest i już.

Sęk tkwi w czymś innym. Otóż osoby – wierzące i nie – opowiadające się za zwlekaniem z chrztem dziecka do czasu, aż ono samo wyrazi taką chęć, zdają się nie zauważać, że nie istnieje coś takiego, jak neutralne światopoglądowo wychowanie potomka. Owszem, dziecko można (i, jak sądzimy, należy) wychowywać do otwartości na świat i nie ukrywać przed nim, że obok nas żyją ludzie wyznający inną religię, mający inny system wartości. W wychowaniu katolickim nie chodzi o zamknięcie dziecka w katoenklawie (ani o życie na katolickim osiedlu, jakie powstaje pod Krakowem…). Tak czy inaczej, wychowujemy dziecko w jakimś systemie przekonań. Jeśli rodzice są naprawdę wierzący (a nie tylko chodzą do kościoła ze „święconym”), to siłą rzeczy przekażą dziecku religijne wartości – chociażby chodząc w niedzielę do kościoła i tłumacząc, czemu to robią. Jeżeli natomiast są niewierzący lub „wierzący niepraktykujący”, to również taki model duchowości przekazują swojemu dziecku, bo ono przecież prędzej czy później zapyta, czy Bóg istnieje i czy w niego wierzymy. Wychowanie neutralne światopoglądowo wymagałoby, aby w takiej sytuacji odpowiedzieć „nie odpowiemy Ci na to pytanie, musisz sam odnaleźć odpowiedzi”, ale… przecież widzimy, że to brzmi absurdalnie.

Sam chrzest nikomu nie robi krzywdy. Jeżeli rodzice w znaczenie tego sakramentu nie wierzą i niosą dziecię do świątyni w białej szacie tylko po to, by później na chrzcinach wypić kielicha z wujem Mirkiem i ciotką Halinką, to dla dziecka wydarzenie to nie będzie miało dużego znaczenia – chyba, że samo postanowi zbliżyć się do Kościoła w przyszłości. Nie są znane przypadku poparzenia głowy na skutek kontaktu z wodą święconą. Fleischer twierdził, że „wszystko jest komunikacją” – jeżeli więc o Bogu nie mówimy, nie podejmujemy tematu duchowości, to wychowujemy dziecko w przekonaniu, że nie są to sprawy istotne. I to również nie jest wychowanie światopoglądowo neutralne.

Z drugiej strony – jeżeli decydujemy się ochrzcić dziecko, bo coś to dla nas oznacza, to bierzemy na siebie ogromną odpowiedzialność: musimy dołożyć starań, by wychować je w wierze, ale niepolegającej na straszeniu piekłem za niezjedzony obiad czy wmawianie latorośli, że „przeklinanie to wbijanie Panu Jezusowi gwoździ”. Taki styl wychowania to quasi-religijna tresura, która nie pomaga w budowaniu głębokiej duchowości, a co najwyżej nerwicy eklezjogennej. My sami musimy więc troszczyć się o swój rozwój duchowy, by w przekazie o Bogu być autentycznym.

A gdzie w tym wszystkim otwartość? Otóż każdy rodzic – także głęboko wierzący i uduchowiony – powinien zastanowić się, co zrobi, jeśli jego dziecko w przyszłości stwierdzi, że w Boga nie wierzy (lub wierzy inaczej, niż byśmy chcieli). Może się zdarzyć tak, że w okresie burzy i naporu, który pojawia się zwykle, gdy dziecko ma naście lat, latorośl zacznie manifestacyjnie ziewać w kościele, a na rodzinnych imprezach rzucać cytatami z Dawkinsa. Inna wersja wydarzeń to ta, kiedy dziecko w pełni dorosłe świadomie decyduje się na „rozwód” z Kościołem. Jasne, można z potomkiem pogadać, zachęcić, ale nie można go zmusić do wiary.

Bo przecież własne dzieci kochamy niezależnie od ich światopoglądu.

 

 

Continue Reading