Recenzja recenzji macierzyństwa, czyli „Mamy” Kubryńskiej

Zapewne, gdybym tę książkę przeczytała rok lub dwa lata temu, nie odebrałabym jej tak emocjonalnie, jak teraz. „Mama” poruszyła mnie chyba najbardziej ze wszystkich książek, jakie miałam okazję przeczytać w tym roku, z pewnego prostego powodu – to ja jestem główną bohaterką tej brawurowej powieści.

Matka Polka biedująca

Zdradzę Wam pewien sekret: od paru tygodni jestem zaangażowana w nową działalność. Kiedy uda mi się położyć Alę spać, a w domu robi się cicho, prowadzę lajwy dla grupy początkujących pisarzy. Ich celem jest, rzecz jasna, pomoc ziomkom po piórze w udoskonaleniu własnego warsztatu. Pewnego razu temat lajwa dotyczył konstrukcji bohatera literackiego (czyli jak tworzyć postać, która zapadnie nam w pamięć). Rzecz jasna, niemal od razu zaczęłam mówić o tym, że postać, która zostaje zapamiętana przez czytelników, to taka, która wywołuje silne emocje i jest wielowymiarowa. I pierwszą postacią z polskiej literatury najnowszej, jaka przyszła mi do głowy, była właśnie tytułowa Mama z książki Kubryńskiej. Wobec tej kobiety nie da się być obojętnym: budzi ona litość i współczucie (zachodzi w ciążę z nieodpowiedzialnym kolesiem ze studiów, który nie nadaje się do roli ojca, a do tego zmaga się z biedą), ale też gniew i politowanie (gdy wyżywa się na swoim dziecku, nie dostrzega jego problemów i bez sentymentu stwierdza, że ma osobowość borderline). Mama z „Mamy” jest bezimienna – macierzyństwo niemal kradnie jej tożsamość. Nie stać jej na hipsterskie produkty dla niemowląt – pampersy po spacerze suszy na grzejniku; stan błogosławiony jest dla niej przekleństwem (nienawidzi wówczas swojego ciała), a do tego otwarcie mówi o odczuwaniu niechęci wobec swojego uroczego i bardzo mądrego dziecka. Nie można przy tym powiedzieć, że Mama swojego dziecka nie kocha – ona po prostu nie jest mistrzynią w zakresie (jakże modnego dzisiaj!) rodzicielstwa bliskości. Sądzę więc, że tworząc taką postać, Kubryńska nie łamie tabu – ona ściera je na proch.

Mama – portrecistka Polski

Ale „Mama” to książka nie tylko o macierzyństwie. W moim odczuciu jest to także opowieść o przemocy, która w Polsce ma się świetnie, jest sposobem komunikowania się, który wpaja się nam od dziecka.  Autorka głosem Mamy opisuje wychowawczy terror w rodzinie jednego z głównych bohaterów, ukrywany pod płaszczem kompulsywnego przestrzegania dobrych manier, a także jego wpływ na późniejsze życie tegoż bohatera. Poznajemy pozbawiony empatii i przemocowy personel oddziału położniczego, na którym na świat przychodzi Piotruś, syn Mamy, a także przemoc społeczeństwa polskiego względem matek (rzekomo stojących w nadwiślańskim kraju na piedestale). Otoczenie Mamy chętnie raczy ją informacjami, jak powinna żyć i wychowywać swoje dziecko (potęgując przy tym jej poczucie winy) – niemal nikt natomiast nie garnie się do tego, by jej pomóc. Samotna, wystraszona Mama jest zatem coraz bardziej sfrustrowana, na czym cierpi jej relacja z synem… i koło się zamyka, mamy tkwią w klatce społecznych oczekiwań i lęku o swoją przyszłość. I ja – od niedawna również mama (albo Mama) – również zastanawiam się nad tym, jak tę cholerną klatkę rozpieprzyć. Wprawdzie nie jestem matką samotną, nie zmagałam się z poporodową depresją, a moja sytuacja zawodowa wygląda całkiem sensownie, ale…

… doskonale wiem, czym jest upokorzenie i rażący brak kompetencji personelu na polskich oddziałach położniczych (nawet w szpitalu, o którym mówi się, że posiada „IV stopień referencyjności”),

… otrzymałam dziesiątki (a może setki) idiotycznych rad dotyczących tego, jak powinnam zajmować się swoim dzieckiem, choć wcale o nie nie prosiłam – a raczej prosiłam o to, by pewne komentarze wygłosić do lustra, a nie do mnie,

… dowiedziałam się od pewnego „zatroskanego” pana, że jestem złą matką, ponieważ „nie żyję tylko dla dziecka”,

… choć naprawdę wspaniale czuję się w roli matki, to jednak bywam zmęczona, wściekła i przybita, gdy nie wiem, czemu moje dziecko płacze. I nie myślę wtedy o etosie matki i wbudowanym w niego poświęceniu, tylko o tym, że chciałabym wyjechać w Bieszczady.

Więc przyznaję – Mama to także mój opis. I, prawdopodobnie, większości matek w Polsce.

Macierzyństwo – pole wiecznej walki

Sądzę, że największym „osiągnięciem” autorki jest ukazanie trudów macierzyństwa w dwóch wymiarach: po pierwsze tym społecznym, związanym z obecną w Polsce trudną sytuacją młodych matek – zwłaszcza tych samotnych. Kubryńska zabiera nas w koszmarną podróż na polską porodówkę, pokazuje, jak beztrosko ojcowie dzieci podchodzą do obowiązku alimentacyjnego (i jak mało robi z tym państwo), pozwala podejrzeć, jak wygląda poszukiwanie pracy przez kobietę, która niedawno została matką. Z drugiej strony autorka opisuje wewnętrzne przeszkody i konflikty, z jakimi muszą radzić sobie matki: poczucie winy, chęć bycia najlepszą matką na świecie, lęk przed dorastaniem dziecka i jednocześnie chęć odpoczynku od niego. Te dwie rzeczywistości w „Mamie” nieustannie się przeplatają – brak pieniędzy popycha bohaterkę w ramiona poczucia bycia beznadziejną matką; jej samotność natomiast sprawia, że w pewnym momencie jest ona szczerze zdziwiona, że mogłaby w ogóle domagać się od ojca dziecka pomocy, która zwyczajnie należy się jej synowi.

Jestem przekonana, że w dobie pięknych i zadbanych instamatek, na których twarzach nie znajdzie się oznak zmęczenia, a raczej perfekcyjny makijaż, w epoce hipsterskich warsztatów dla mam dotyczących budowania więzi, promowania (niekiedy bardzo nachalnego) rodzicielstwa bliskości, ta książka jest jak otwarcie okna, jak przewietrzenie. Myśl „możesz choć trochę odpuścić” jest – również dla mnie – prawdziwie uwalniająca.

Continue Reading

Kiedy ojciec nie zasługuje na laurkę

W Dzień Ojca cały Facebook i Instagram były zapełnione „laurkami” dla ojców – mnóstwo moich znajomych (i nie tylko!) dzieliło się wtedy swoimi wspomnieniami związanymi z tatą oraz dziękowało im za to, co im dali.

Zdarza się jednak również tak, że przypada nam w udziale ojciec, któremu laurki wystawić nie sposób. Nie każdy od swojego taty otrzymuje lekcje odwagi, siły i wiary we własne możliwości – niektórzy przez lata muszą zmagać się z poczuciem krzywdy, którego źródłem jest ich chora, niszcząca relacja z ojcem. Dla takich osób 23 czerwca jest dniem trudnym – bo przecież każdy z nas marzy o posiadaniu dobrych, kochających rodziców, którzy dobrymi radami i troską prowadzą nas ku dorosłości. Konieczność przyznania, że nasz ojciec nawalił, spieprzył sprawę po całości, potrafi bardzo, ale to bardzo boleć. Kiedy więc dostrzegamy roześmiane twarze dzieci i ojców na facebookowych fotach, mamy ochotę zrobić z laptopem to, co Stefan Siara Siarzewski ze swoim telewizorem w jednym z fragmentów „Kilera”…

Poznajcie krótkie opowieści osób, które szczerze nienawidzą Dnia Ojca, które mogą wystawić swoim ojcom antylaurkę w uznaniu ich antyzasług. Pozwólmy wybrzmieć ich historiom.

Kamila, 27. Jestem zupełnie sama

Dzień Ojca jest dla mnie jednym z najgorszych w roku – to znaczy, po wigilii. Moja mama i siostry oczekują, że zadzwonię albo przyjadę do ojca z życzeniami, że będę udawała, że jest dobrze. Moja rodzina lubi udawać, że jest dobrze, że się kochamy i wspieramy – ale tak nie jest i nigdy nie było. Nie, mój ojciec nie pił. Nie bił mnie. On po prostu był, jak mówi moja mama, „temperamentny”. Oznacza to, że zdradzał ją na prawo i na lewo. Miał przelotne kochanki, a do tego jeden (lub więcej, ale nie wiem tego na pewno) długi romans… z kuzynką mamy. On nigdy się z tym szczególnie nie krył – ale mama nie chciała, by ktokolwiek się dowiedział. Sama płakała, używała nas, byśmy prosiły ojca, żeby nas nie zostawał – choć ja marzyłam o tym, by wreszcie zniknął z naszego życia. Mama tłumaczyła go, strasznie się bała, że bez niego sobie nie poradzimy, chociaż miała pracę i niezłe wykształcenie. Ojciec mówił, że te kobiety go uwodziły, podrywały, że nie chciał, ale stało się… Słyszałam wiele takich rozmów między rodzicami, których nie chciałam słyszeć. Mama uważała, że to kobieta ma się szanować, bo inaczej może komuś zabrać męża i ojca. Gdzie tu jest moja krzywda? Przede wszystkim w dzieciństwie, które było związane z ciągłym pocieszaniem mamy, zaprzeczaniem swoim uczuciom. Do tej pory nie potrafię zaufać żadnemu mężczyźnie. Kiedyś miałam chłopaka, ale zatruwałam go podejrzeniami. Oczami wyobraźni widziałam, że on zdradza mnie z koleżankami, nawet z kuzynką. Jestem zupełnie sama. Ale i tak nie chcę, aby w moim życiu był ojciec.

Bartek, 32. Był zawsze, ale nigdy go nie było

Mój ojciec zawsze był w moim życiu, jednak tak na prawdę nigdy go nie było. Co to znaczy? To znaczy, że zawsze ze wszystkim zgadzał się z matką (nieważne jaka byłaby to głupota), nigdy nie miał swojego zdania i wolał być obojętny. Pamiętam słowa matki „No powiedz mu coś”, co oznaczało, że ojciec powie po prostu „Słuchaj, co matka do Ciebie mówi” i na tym się kończyła jego rola wychowawcza. Nigdy nie potrafił stanąć po mojej stronie. Jednak ostatnio przepełniła się czara goryczy, gdy zapraszałem rodziców na urodziny syna, a ojciec powiedział, że nie może ot tak przełożyć sobie pracy (a pracuje na umowę o pracę, nie na żadnej śmieciówce), że przecież on musi na to wszystko zarobić. W tym momencie liczyłem na wsparcie mojego ojca, na jego obecność, których jednak nie otrzymałem.  To więcej niż obojętność – to po prostu odrzucenie, odcięcie się od roli ojca. Uzmysłowiłem sobie, że tak naprawdę to on nigdy nie był dla mnie tatą – praca była wymówką, by nie angażować się w sprawy domu i moje życie. Tego dnia rozstaliśmy się w złości i do tej pory nie dostałem od niego żadnego telefonu. Możliwe, że jest mu tak po prostu wygodnie. I ja, choć się tego wstydzę, też żyłem tak, by było mi wygodnie, ale… teraz nie chcę, by mój syn zrobił to samo.

Nikola, 23. Rozwiódł się ze mną

Pamiętam, jak w przedszkolu mieliśmy narysować swoje idealne wakacje. Narysowałam mamę i siebie, no i ciotkę. Wszyscy myśleli, że ciotka to tata, bo miała krótkie włosy. Kiedy powiedziałam, że nie mam taty, jeden chłopak powiedział, że widocznie moja mama się puściła. Potem zapytałam mamę, co to znaczy, a ona odpowiedziała „to znaczy, że Twój tata nie powinien pojawić się nigdy w moim życiu”. Tak naprawdę rodzice mieli ślub – i to nawet kościelny. Owszem, wzięli go, gdy mama była już w ciąży, ale przecież nie ona pierwsza i nie ostatnia była panną młodą z zaokrąglonym brzuszkiem (zresztą, jak widziałam na jedynym zdjęciu, które się zachowało, wyglądała wtedy bardzo ładnie).  Potem jednak coś poszło nie tak – kłótnie, brak pieniędzy i tata się wyprowadził. Rozumiesz? Wyprowadził się. Rozwiódł się z mamą i ze mną. Stwierdził, że jak nie jest już żonaty, to ojcem też już nie jest. Nie było go przy mnie wtedy, kiedy miałam komunię, gdy w podstawówce pobiłam się z koleżanką i miałam złamany ząb, gdy wygrałam zawody pływackie. Alimentów też nie płacił, bo po co? Założył nową rodzinę, wiem, że ma dzieci z drugą kobietą. Jestem pewna, że gdyby rozstał się też z nią, to ich dzieci też by porzucił, bo jak żona czy dziewczyna jest była, to dzieci też stają się eks. W sumie to jego nieobecność nie zniszczyła mi życia, normalnie gadam z chłopakami, chcę mieć dzieci, ale… zawsze będę pamiętała, jak fantazjowałam o tym, że on mnie znajdzie, przeprosi, przytuli. I nigdy tego nie zrobił.

Monika, 30. Taki strach, że nie możesz oddychać

Dzień Ojca? Dla mnie to dzień tyrana, bydlaka, który złamał mi życie. Jak mogę inaczej nazwać człowieka, który przez kilkanaście lat lał mnie za nieposłuszeństwo? To nie były tylko klapsy (też jestem im przeciwna i czytałam Twój tekst, w którym piszesz, że to i tak bicie; ja się z tym zgadzam), ale to było napierdalanie. Towarzyszył temu cały rytuał – ja musiałam przynosić mu pas, którym potem on bił mnie po plecach, po tyłku, po udach. Myślę, że sprawiało mu to przyjemność – on wreszcie coś wtedy znaczył, bo poza domem był nikim – urzędnik niższego szczebla, który nie był w stanie sięgnąć po więcej. Mojego brata kilka razy też uderzył, ale w moim przypadku to już zakrawało o obsesję. Kiedyś wieczorem, kiedy już prawie zasypiałam, wpadł do mojego pokoju żeby „sprawdzić”, czy posprzątałam. Było poukładane, ale w szafach chaos. Jak zaczął wyrzucać rzeczy, to ja tak jakby umarłam. Wiedziałam, że będzie bicie. Zeszczałam się w łóżko. On nawet tego nie zauważył – wyciągnął mnie z tego łóżka za włosy i tłukł. Matka udawała, że go uspokaja, mówiła „daj już spokój”. A powinna go wypieprzyć z domu! O tym, co się działo w moim „porządnym” domu, wie tylko mój narzeczony. Kiedyś zapytał, czemu nie uciekłam. Ale on nie rozumie, że to jest taki strach, że Ty nie możesz się ruszyć. Nie możesz oddychać.

 

Czy posiadanie ojca, który ze swojej roli się zupełnie nie wywiązał, oznacza, że nie ma się szans na szczęśliwe życie? Absolutnie nie. Przeszłość wymaga jednak przepracowania. Ofiary przemocy, obojętności oraz odrzucenia ze strony ojców potrzebują terapii, poczucia akceptacji, obecności ludzi, którzy nie rzucą tekstem w stylu „ciesz się, że w ogóle miałeś ojca”.

Ważna jest również sama możliwość opowiedzenia swojej historii. To, że ktoś tych słów słucha (lub je czyta) i daje im wiarę, pomaga zaakceptować trudną przeszłość i patrzeć przed siebie.

Continue Reading

Solidarni, ale z kim?

Zakończył się protest osób niepełnosprawnych. Moja Żona Katolwica już pisała na ten temat na Facebooku – sądzimy jednak, że temat nie został wyczerpany. W stosunku do ludzi słabszych – między innymi niepełnosprawnych – wyraża się to, jakim jesteśmy społeczeństwem. I dlatego ja (Katolwica oczywiście też) dużo na ten temat myślę…

Ja dzisiaj chciałem poruszyć temat solidarności i to nie tej historycznej Solidarności, która chyba porzuciła już swoje ideały, tylko solidarności pomiędzy nami Polakami. Jak to jest możliwe, że podczas protestu w Sejmie Polacy nie wyszli na ulice i nie poszli razem pod Sejm? Tak jest oczywiście wygodniej, przecież lepiej posiedzieć w domu niż się w coś zaangażować. Co ciekawe, w manifestacjach w całej Polsce „Jesteśmy i będziemy w Europie” wzięło udział około 240 tysięcy osób!  Jak to jest w takim razie możliwe, że w temacie – moim zdaniem – ważniejszym, w kraju, gdzie podobno jest 90 procent katolików, niewiele zrobiono, aby tym osobom pomóc?

Nasz rząd bez przerwy powtarza, że budżet państwa jest w wyśmienitym stanie – sam pan Premier Morawiecki mówił o tym na spotkaniu z osobami popierającymi obóz rządzący, mówiąc mniej więcej tak (cytat nie pokrywa się w 100%): „Wiele grup społecznych chciałoby abyście Państwo uwierzyli, że budżet jest w opłakanym stanie. Jednak to jest propaganda mediów, które nie są Polskie – proszę pamiętać, że jest ich około 80%”. Skoro tak ważna osoba zapewnia nas, że budżet jest w stanie idealnym mówi, że nie ma 500 złotych na niepełnosprawnych? Pan premier  ogłosił również w tym tygodniu, że rusza program „Mosty +”, a jedna z pań minister komentuje żądania protestujących, że budżet Państwa jest jak budżet domowy – jak są długi i nie ma już nic w budżecie to nikt nie wstawi sobie do domu złotych klamek bo będzie jeszcze bardziej na minusie. Poza kwestią niespójności w wypowiedziach dotyczących stanu budżetu, rażące jest tutaj porównanie postulatów niepełnosprawnych do „złotych klamek”, a więc kiczu i zbędnego blichtru. Panie i panowie rządzący – opieka nad niepełnosprawnymi to żadna złota klamka, to obowiązek państwa – tym bardziej takiego, którego elity tak chętnie powołują się na wartości chrześcijańskie. Cytaty rządzących na temat niepełnosprawnych można by było mnożyć – na uwagę zasługuje również wypowiedź, że są  oni zagrożeniem epidemiologicznym jednocześnie zamykając przed nimi prysznic…

Podsumowując te wszystkie wypowiedzi i traktowanie osób protestujących przez partię rządzącą, jestem zdziwiony, że do protestów nie dołączyły się organizacje takie jak KOD, Obywatele RP czy wreszcie KEP. Potrafimy dyskutować i robić marsze dotyczące abstraktów – przykładem niech będzie marsz „Jesteśmy i będziemy w Europie” gdzie szacunkowo wzięło udział 240 tysięcy osób! Gdyby tyle osób wyszło na ulice i zorganizowało marsz poparcia dla osób niepełnosprawnych, państwo musiałoby się zainteresować nimi, ponieważ przykułoby to uwagę światowych mediów. Jednak my uznaliśmy, że ta sprawa nas nie dotyczy – oczywiście wiele mediów mówi, że jest to temat najwyższej wagi – jednak tak na prawdę mało kto coś dla nich zrobił.

Nie chodzi nam tutaj o to aby KOD czy KEP pisali ustawy – bo nie jest to ich rolą. Chodzi o zwrócenie uwagi, że my jako demokraci czy my jako katolicy nie powinniśmy się zgadzać na przemoc – bo miała ona miejsce w naszym Sejmie. Właśnie dlatego, że jesteśmy katolikami (podobnie jak gros osób z PiS), powinniśmy pomóc osobom najbardziej potrzebującym, które nie mają siły walczyć takimi metodami jak górnicy czy rolnicy. Szkoda, że Konferencja Episkopatu Polski nie napisała na przykład listu na ten temat – nie chodzi tutaj, oczywiście, o to, by biskupi postulowali wprowadzenie dodatku określonej wysokości, ale by wspomnieli na przykład, że katolik nie powinien się zgadzać na takie traktowanie bliźniego. Rolą Kościoła jest troska o najsłabszych, bezbronnych – a takimi nie są wyłącznie dzieci poczęte… Oczywiście, nie oznacza to, że wśród ludzi Kościoła nie było takich, którzy się tematem zainteresowali i pomogli, jak mogli: niezawodny Szymon Hołownia czy „kobieta ogień” siostra Chmielewska byli na posterunku, za co jesteśmy im niezmiernie wdzięczni.

Niestety, kościelny mainstream milczał. Wiele osób powtarza, że protestujący wygrali – miejsce w debacie publicznej. Ale czy im potrzebne jest to miejsce w debacie czy realna pomoc? Z tym pytaniem zostawiamy Was do samodzielnego przemyślenia.

Continue Reading

Klaps to nie bicie? Spróbuj wymierzyć go swojemu szefowi

Dziś, z okazji Dnia Dziecka ja – Mąż – zadałem kilka pytań swojej kochanej Katolwicy, która z racji bycia psychologiem i psychoterapeutą, często spotyka się z osobami, które w dzieciństwie były ofiarami przemocy.

Mąż: Gdybym miał złożyć życzenia wszystkim polskim dzieciom z okazji ich święta, byłyby one fragmentem znanej piosenki: „Słodkiego, miłego życia, bez chłodu, głodu i bicia”. O ile z chłodem i głodem ma do czynienia coraz mniej malców, to bicie dzieci nadal jest rozpowszechnioną „metodą wychowawczą”. Czemu tak się dzieje?
Katolwica:
Powszechność stosowania przemocy wobec dzieci ma kilka przyczyn. Po pierwsze, frustracja i brak kompetencji rodziców, którzy zwyczajnie nie radzą sobie z sytuacją trudną wychowawczo, w jakiej postawiło ich dziecko. Rozładowują więc swoje emocje na dziecku – ono przecież nie stawia oporu – małe dzieci nigdy nie oddają rodzicom. A przecież, kiedy ma się dzieci, to sytuacje trudne zdarzają się nieustannie. Po drugie – panuje przekonanie, że bicie daje efekty – bo rzeczywiście, jeśli na przykład ktoś zleje dziecko za „pyskowanie”, to ono zapewne zamilknie. Oczywiście, w pakiecie otrzyma nerwicę, trudności w budowaniu relacji i wiele innych problemów – ale wymierzenie klapsa jest łatwiejsze, niż rozmowa z dzieckiem lub przyznanie, że sobie nie radzę, więc powinienem poszukać pomocy specjalisty. Dochodzi jeszcze kwestia powtarzania schematów – mnie bito, więc ja też biję. W Polsce dużo dyskutujemy o tym, od kiedy zaczyna się życie człowieka w kontekście aborcji – my, katolicy, wierzymy, że o człowieku mówimy od poczęcia. Ale przecież małe dziecko także jest już człowiekiem – i zasługuje na ludzkie traktowanie.
M: Właściwie, co jest złego w przylaniu gówniarzowi od czasu do czasu? Przecież tyle osób powtarza „mnie ojciec bił i wyrosłem na porządnego człowieka”…
K:
Ktoś, kto bije swoje dziecko, nie wyrósł na porządnego człowieka – porządny człowiek nie stosuje przemocy. Jest to zatem zdanie wewnętrznie sprzeczne. Jako psychoterapeuta często spotykam osoby, które niby zostały wychowane na „porządne” (na przykład nie siedzą w więzieniu), ale ich psychika jest przez to bicie trwale okaleczona. Przemoc powoduje nie tylko ból fizyczny i możliwość okaleczenia dziecka – na przykład poprzez wywołanie groźnego Syndromu Dziecka Potrząsanego (SBS), ale także cierpienie psychiczne. Ofiary przemocy ze strony rodziców żyją w ogromnym konflikcie: z jednej strony kochają swoich rodziców, a z drugiej – czują względem nich wściekłość za doznawane krzywdy. To prowadzi do zaburzeń nerwicowych, które dotykają aż jedną trzecią społeczeństwa!
M: Jakie inne problemy – poza nerwicą – „przypadają w udziale” bitym dzieciom?
K:
Depresja, zaburzenia lękowe, brak pewności siebie i niestabilny obraz własnej osoby. Często osoby takie cierpią one na zaburzenia osobowości – w przypadku skrajnej przemocy może to być na przykład zaburzenie osobowości z pogranicza, czyli borderline. Dzieci, które dorastały w rodzinach dysfunkcyjnych, kierują się często (oczywiście nie do końca świadomie) zasadą „trzech nie”, czyli „nie mów – nie ufaj – nie odczuwaj”. W dzieciństwie umożliwiają one „przetrwanie” w patologicznym domu. Te „zasady” idą z nami jednak w dorosłe życie, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie. Niemal wszystkie osoby, które cierpią z powodu zagubienia, lęków czy poważnych kłopotów z bliskością i zgłaszają się po pomoc psychologiczną do mnie czy ziomków po fachu, doznawały w dzieciństwie przemocy.
M: Osoby opowiadające się za dawaniem dzieciom klapsów często powołują się na fragment Biblii: „Karcenia chłopcu nie żałuj, gdy rózgą uderzysz – nie umrze. Ty go uderzysz rózgą, a od Szeolu zachowasz mu duszę”. (Prz 23,13-14) . Czy Bóg oczekuje zatem od rodziców, że będą bić swoje dzieci, a wychowanie bez przemocy to mrzonka lewaków?
K:
Niestety, duchowni niezbyt wiele mówią o konieczności poszanowania praw dziecka. Jednak, jak wiadomo, Biblia zawiera nie tylko Prawo, które musimy stosować, ale także żydowskie mądrości i przekonania – należy umieć oddzielić jedno od drugiego i odpowiednio czytać pewne fragmenty. Przecież nie wszystkie zdania zawarte w Piśmie rozumiemy dosłownie! Kluczem do rozumienia całości Pisma Świętego jest nauczanie Jezusa, który przecież szanował najmłodszych -kazał nam stać się podobnymi do dzieci i pozwalał im do Siebie przychodzić (choć zapewne wśród wesołej gromadki, otaczającej Go, były zarówno dzieci „grzeczne” jak i takie, które przypominały swoją postawą raczej Dennisa Rozrabiakę… Sądzę, że przepuszczone przez nowotestamentowy „filtr” fragmenty Starego Testamentu można odczytać jako nakaz wychowania dziecka przez rodziców, odpowiedzialności za nie, kształtowania jego charakteru, a nie przykaz stosowania „metody” jaką jest rózga. Modele wychowawcze, całe szczęście, zmieniają się. Chrześcijaństwo nie zwalnia nas z korzystania z Bożego dobrodziejstwa, jakim jest rozum. Dzięki rozumowi zaś rozwija się nauka, między innymi psychologia – skoro więc wiemy, jak destrukcyjne jest bicie dzieci, to my, katolicy, nie powinniśmy tego robić. Starajmy się raczej czytać, słuchać i oglądać, by być w stanie lepiej zrozumieć psychikę malucha. Dzięki temu stajemy się bardziej wyrozumiali i umiemy reagować na trudne sytuacje.
M: Ale Ty mówisz o biciu, o jakiejś przemocy… A zwykły klaps?
K:
Wszystkim, którzy twierdzą, że klaps to nie bicie, mówię, by spróbowali go wymierzyć własnemu szefowi. Owszem, klaps to także przemoc. Bite dziecko doznaje upokorzenia, bólu, lęku – nie chodzi tutaj o siłę uderzenia mierzoną w ilości newtonów. Chodzi o uczucie, że ktoś, kogo kocham, sprawia mi cierpienie. Poza tym, jeśli chcemy trzymać się tego, czy klaps boli czy boli tylko troszkę – dorosły jest większy i silniejszy, więc dziecko może nawet fizycznie czuć ból bardziej intensywnie, niż wielu się wydaje.
M: To co zamiast bicia? Postrach współczesnej epoki: „bezstresowe wychowanie”? Kary na komputer? A może szlaban?
K:
Cóż, zdaniem części konserwatystów „bezstresowe wychowanie” to przyczyna wszystkich nieszczęść na świecie. Jest to jednak oksymoron – wychowanie zawsze wiąże się z jakimś stresem. Rodzic powinien przecież stawiać dziecku wymagania. Podstawą wychowania powinien być jednak przykład własny (nie można karać dziecka za to, że kłamie, gdy sami oszukujemy je, że jedzie na plac zabaw, a my zabieramy je do przychodni…). Ważna jest też szczera rozmowa o naszych uczuciach, oczekiwaniach oraz emocjach, z jakimi mierzy się dziecko – czasami jego zachowanie jest wynikiem tego, że z czymś nie daje sobie rady. A przecież świat jest skomplikowany także dla dorosłych. Życie dziecka tym bardziej nie jest zatem łatwe – naszą rolą jest pomóc dziecku ogarnąć rzeczywistość, a nie czynić jego żywot nieznośnym. Kiedy zupełnie nie rozumiemy zachowania latorośli lub nie radzimy sobie z nim, nie wahajmy się udać do specjalisty – psychiatry lub psychologa dziecięcego.

Continue Reading

Niedoceniany Ojciec Polak. Czy jestem „tym gorszym” rodzicem?

Na początek kilka obserwacji:
Przewijaki dla dzieci w knajpach zawsze znajdują się albo w damskich toaletach, albo w pokojach „MATKI z dzieckiem”.
Położne i lekarze, którzy przychodzą na tak zwane wizyty patronażowe (czyli odwiedzają dzidziusia w domu po urodzeniu), o jego samopoczucie, wagę i apetyt pytają mamę – nawet wtedy, gdy tata siedzi tuż obok.
W reklamach pieluszek i zupek dla dzieci prawie zawsze przedstawiane są mamy, które opiekują się niemowlęciem. Tata co najwyżej bawi się super zabawkami z dzieckiem płci męskiej – ale tylko wtedy, gdy jest ono już starsze.
Społeczny i medialny przekaz jest jasny: ojciec to rodzic gorszy, mniej istotny. Ma prawo nie interesować się dzieckiem – bo na jego głowie są ważniejsze sprawy (choć ja sam jestem zdania, że nie ma nic ważniejszego, niż opieka nad własnym dzieckiem). Ojciec, który zajmuje się maluchem, może budzić podziw (bo przecież on, w przeciwieństwie do matki, „ma prawo” mieć dziecko w nosie), ale zdarza się, że także politowanie lub nieufność.
Jakiś czas temu byliśmy wraz z żoną i córką w poradni laktacyjnej. Wizyta przebiegała świetnie – pani pracująca tam bardzo nam pomogła, a atmosfera była serdeczna do czasu, gdy… Żona powiedziała, że w najbliższy weekend musi udać się do Krakowa na zjazd na studiach podyplomowych (są one dla niej ważne i w sumie to konieczne, by mogła odpowiednio wykonywać swój zawód psychoterapeuty). Położna (całkiem młoda!) nie była tym – delikatnie mówiąc – zachwycona. Była też zdziwiona, że ja, ojciec, zostanę w tym czasie sam z dzieckiem. Stwierdziła też, niby żartem, że będzie mi się „za to” należało duże piwo.
No tak – mężczyźnie za opiekę nad dzieckiem (które przecież powołał do życia) należy się nagroda. Matka dzieckiem zajmować się musi – to święty i powszechny obowiązek mam. Nieważne, że żona nie jedzie imprezować (do czego przecież też ma prawo), a się kształcić dla dobra własnego i naszej rodziny – powinna zrezygnować ze wszystkiego, by zostać z niemowlęciem w domu.
Pewna znajoma, kiedy usłyszała tę historię, stwierdziła, że żona jest „odważna” decydując się na zostawienie dziecka ze mną w domu. Bo przecież mogę nie mieć cierpliwości. Mogę nie umieć go nakarmić. Mogę nie poradzić sobie z arcyskomplikowanym zadaniem zmiany pieluszki. Kiedy słucham podobnych mądrości, mam ochotę krzyczeć:
JA, TATA, CHCĘ I POTRAFIĘ ZAJMOWAĆ SIĘ SWOIM DZIECKIEM.
Nie godzę się na lekceważenie ojców i jednocześnie zrzucanie całej odpowiedzialności na matki. Nie odpowiada mi rola jedynie „obrońcy” żony i córki – bo, Bogiem a prawdą, sytuacje, gdy trzeba zasłonić swoją rodzinę własną piersią, zdarzają się niezmiernie rzadko. Codzienna walka to dzisiaj raczej zmaganie się ze stereotypami. Wierzę w to, że Bóg, powołując mężczyznę do ojcostwa, „wmontował” to powołanie w codzienność – rolą faceta jest codzienna troska o małego człowieka, interesowanie się nim, okazywanie mu ciepła. Tego wymaga też miłość małżeńska, która ma stanowić odzwierciedlenie miłości Boga do ludzi – bycie mężem powinno oznaczać, że dzielimy się obowiązkami wychowawczymi.
Od wielu lat wiemy, jakie szkody wyrządza dziecku nieobecnosć ojca – dzieci, których ojciec był niedostępny, mają niższą samoocenę, trudniej jest im budować relacje, częściej podejmują ryzykowne zachowania. Znany psycholog, Wojciech Eichelberger, napisał na ten temat książkę „Zdradzeni przez ojca”, którą, naszym zdaniem, powinien przeczytać każdy, kto chciałby założyć rodzinę. Poza tym, przez taki model „zewnętrznego” ojca, tracą wszyscy: odtrącone dziecko, matka, która jest obciążona ponad miarę, a także sam ojciec, który z czasem staje się samotny i czuje się nieważny, w efekcie czego czasami sięga po alkohol… lub sznur.
Niektórym ojcom zapewne taka sytuacja (do czasu!) jest na rękę – bo przecież wygodnie jest „musieć zostać w pracy”, gdy dziecko płacze, ma biegunkę albo niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. W pokoleniu naszych rodziców takich „zapracowanych tatusiów” było bardzo dużo – czasem przychodzili oni na wywiadówki w szkole, a później karali lub nagradzali dziecko za wyniki. Tylko że to nie wychowanie, a tresura! Bóg jest przecież czułym Ojcem, który na kartach Pisma Świętego zapewniał nas o Swojej miłości – czemu my, ziemscy ojcowie, mielibyśmy być inni?
Ojcowie – tak samo jak matki – mają prawo i obowiązek opiekować się dziećmi. Nie rzucajmy więc dziwnych komentarzy, gdy widzimy, że to tata przyszedł z dzieckiem na szczepienie (on i tak cały drży, obawiając się krzyku potomka!). Nie dziwmy się, że tata karmi dziecko butelką w parku („a to co, mama cycuszków nie ma?”). Zaufajmy, że gdy tata mówi, że dziecko lubi marchewkę, a nie przepada za dynią, to mówi prawdę – i nie ma potrzeby dopytywać mamy, co dziecko chce zjeść.
Nie chcę – i odkąd zacząłem w ogóle myśleć o ojcostwie, nie chciałem – być ojcem, którego rola ogranicza się do przynoszenia do domu pieniędzy oraz ewentualnie wymierzania kary dziecku, gdy jest „niegrzeczne”. Chcę być obecny przy stawianiu przez moją córkę pierwszych kroków, chcę wiedzieć, jak podoba się jej w przedszkolu, jak ma na imię jej najlepsza koleżanka i za co ją ceni. Zależy mi na tym, by dla naszej pociechy być emocjonalnie dostępnym – ona zasługuje na to, żeby nie tylko wiedzieć, że bardzo ją kocham (bo tak mówi jej mama), ale też po prostu czuć tę zwyczajną, tacierzyńską miłość każdego dnia.

Continue Reading

Alfie, jesteśmy z Tobą

Sprawa #AlfieEvans, co zrozumiałe, budzi w nas wszystkich ogromne emocje. W sieci można znaleźć wiele niezweryfikowanych i niepotwierdzonych informacji, które mają nas utwierdzić w przekonaniu, że Alfie padł ofiarą zbrodniczej służby zdrowia (pojawiają się między innymi informacje o tym, że jego choroba jest konsekwencją szczepienia, że szpital, w którym przebywa dziecko, „słynie” ze sprzedaży organów itd.).
 
Ja nie wierzę w to, by lekarze po prostu dążyli do „wyeliminowania” małego pacjenta. Ale nie oznacza to, że wyrok brytyjskiego sądu przyjmuję ze spokojem.
Szpital od więzienia różni się tym, że człowiek może z niego wyjść, kiedy zechce – na własne żądanie. Nikt nie może poddać nas procedurom medycznym, na które nie wyrażamy zgody. W przypadku osób niepełnoletnich, sytuacja się komplikuje, bo osobami odpowiedzialnymi za dziecko są rodzice. Oni jednak również mają prawo zabrać dziecko ze szpitala (chyba, że zaniechanie leczenia zagraża jego życiu – wtedy słusznie lekarze oddają sprawę do rozpatrzenia sądowi).
Rodzice Alfiego nie chcą jednak wywieźć go do szamana, który twierdzi, że uzdrowi chłopca podawaniem witaminy C, lub że odtruje jego ciało po szczepionce. Mama i tata chłopca z Liverpoolu chcą, aby sąd wyraził zgodę na transport chorego do jednego z najlepszych szpitali dziecięcych w Europie, który zadeklarował chęć pomocy i opieki nad nim. Wiemy też, że Alfie otrzymał włoskie obywatelstwo – tym bardziej niezrozumiałe, niepojęte jest, czemu blokowany jest wylot dziecka do Rzymu.
 
Ja rozumiem, że współczesna medycyna (a także Kościół katolicki, o czym nie każdy wie), sprzeciwia się stosowaniu uporczywej terapii. Nawet św. Jan Paweł II prosił przecież o to, by pozwolono mu odejść. W przypadku Alfiego jednak nie jest łatwo ocenić, co jest uporczywą terapią – chłopiec przeżył przecież bez urządzeń wiele godzin, a do tego niektóre szpitale wyraziły chęć dalszej diagnostyki dziecka (co, być może, pozwoliłoby dowiedzieć się więcej o samej chorobie i w przyszłości tę wiedzę wykorzystać). Nie można więc powiedzieć, że przetransportowanie dziecka do Włoch to skazywanie go wyłącznie na cierpienie – zwłaszcza, że pielęgniarz, który miał brać udział w transporcie, czynników podwyższonego ryzyka się nie dopatrzył.
 
Anestezjolog dziecięcy, dr Marcin Rawicz, mówi, że umierający pacjent nie powinien czuć głodu, duszności, bólu, zimna i strachu. Bardzo chciałbym, aby lekarze i pielęgniarze ze szpitala Alder Hey zadbali o to, by tak właśnie było, jeśli dalsze leczenie przyczynowe ma nie przynieść skutków. Dziecko powinno być nawadniane, mieć podawany tlen, a jego rodzice – mieć możliwość nieustannego przebywania z synem.
Być może, na podstawie postanowienia sądu apelacyjnego, Alfie zostanie jednak przetransportowany do Rzymu.
Skoro o to proszą jego rodzice (mający pełnię praw rodzicielskich), w porozumieniu z włoskimi lekarzami, uważam to za najlepszą drogę w tej sytuacji.
Alfie, modlimy się za Ciebie i Twoją rodzinę 🙏🙏🙏
PS Wierzę, że najlepszym sprzymierzeńcem rodziny chłopca po drugiej stronie Nieba będzie ks. Kaczkowski, który przecież był jednym z największych autorytetów zakresie opieki nad nieuleczalnie chorymi. Prosimy więc go o wstawiennictwo w tej trudnej sprawie.
Continue Reading

Czas na program Głosowanie Plus!

Minister Gowin wpadł na pomysł, aby rodzice mogli głosować w imieniu swoich niepełnoletnich dzieci.
Rewelacja! To prawdziwy przełom w przedmiotowym traktowaniu dzieci i nowa jakość w lekceważeniu zasad
konstytucji  w sumie można to było przewidzieć – rodziny wielodzietne częściej popierają PiS (między innymi z uwagi na program 500+). A taki potencjał nie może się przecież zmarnować.
Nasza rodzina, jako że w jej skład wchodzę ja, Kacper oraz Ala, miałaby więc trzy głosy. No chyba, że partia rządząca uzna, że np. częściej głosują na nich ludzie, którzy mają psy (co jest akurat mało prawdopodobne). Wtedy może będziemy mogli głosować w imieniu naszych psów, co sprawi, że nasza rodzina odda w wyborach aż 5 głosów!
A jeśli rodzice mają różne poglądy polityczne, to głos będzie dzielony na pół. Proste.
Co w przypadku dzieci z domów dziecka lub dzieci, które mają własne dzieci? Kto za nich zagłosuje? Nie wiadomo.
Ale przecież nie ma co się rozmieniać na drobne. Zwycięstwo w wyborach nie musi się przecież wiązać z refleksyjnością i rozsądkiem.

Zdjęcie użytkownika Katolwica & Mąż.

Continue Reading

Smoleńsk. Pomiędzy patosem a szyderą

Dziś jest TA rocznica.
Upolityczniona, stanowiąca pretekst do politycznej gry i wykorzystywania tragicznej śmierci 96 osób do budowania swojego politycznego wizerunku – wciąż pamiętamy o „zdradzieckich mordach”, a dziś byliśmy świadkami powoływania się na nauczanie św. Jana Pawła II w celu potwierdzenia słuszności budowy pomnika smoleńskiego. W telewizji publicznej natomiast mogliśmy dziś cieszyć oczy najgorszym polskim filmem wszech czasów – produkcją stanowiącą nieudolne nawiązanie do „Człowieka z marmuru”,czyli „Smoleńskiem” Krauzego.
Z drugiej strony, nie brak jest drwin i szyderstw związanych z katastrofą TU-154. Ja sama widziałam dziś mnóstwo memów, których autorzy szydzą z „brzozy smoleńskiej” czy pilotów, którzy odpowiadali za lot.
Jak więc odnaleźć się między patosem i cynicznym graniem tym wydarzeniem w celu zbicia kapitału politycznego, z znieczulicą i szyderą?
Chyba całkiem prosto. Wystarczy spojrzeć na to nie oczami odpowiedzialnego za moralny kręgosłup narodu społecznego ortopedy, ale zwykłego Polaka (bo w Smoleńsku zginęła część polskiej elity) i człowieka (bo zginęli przede wszystkim ludzie, którzy opuścili żony, dzieci, przyjaciół).
Nie kotłujmy się w sprawie Smoleńska, nie biczujmy inwektywami. Nie dajmy się ponieść fali dziwnie rozdmuchanych emocji.
Tragedia sprzed ośmiu lat to ważna i bardzo smutna chwila w życiu naszego narodu. Żałoba minęła. Warto więc to wszystko przepracować, oswoić. Mówić o Smoleńsku bez agresji, bez lęku, z refleksją i szacunkiem wobec ofiar i ich rodzin. Czas zacząć mówić o tym normalnie.
Continue Reading

Światowy Dzień Zespołu Downa

Czy jesteśmy za tym, aby dzieci z zespołem Downa lub wszelkimi innymi poważnymi chorobami mogły przyjść na świat?
TAK.
Wierzymy, że ludzkie życie należy do Stwórcy – i tylko on ma prawo zdecydować, kiedy żywot każdego z nas się zakończy. Nie popieramy aborcji w przypadku płodów „uszkodzonych” (choć to określenie jest, według nas, odpowiednie raczej dla samochodu czy mebla, a nie człowieka w prenatalnym stadium rozwoju).
Ale też nie jesteśmy naiwni. Nie wierzymy w to, że zmiany w ustawie o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży sprawią, że nagle kobiety zdecydują się rodzić chore dzieci.
To nie jest tak, że osoby, które decydują się na aborcję w przypadku diagnozy poważnej choroby dziecka, to niezdolne do miłości potwory, które zaplanowały sobie, że ich dziecko będzie niebieskooką blond pięknością z wybitnym intelektem i nie chcą przyjąć do wiadomości, że mogłoby być inaczej. Nie. Chodzi tutaj przede wszystkim o lęk i niepewność, jak to nasze życie będzie wyglądało. Czy uniosę ten ciężar, czy partner mi pomoże (większość mężczyzn odchodzi, gdy w rodzinie pojawia się niepełnosprawne dziecko!). I z czego będziemy żyć.
Sposobem na umożliwienie chorym dzieciom przyjścia na świat nie jest zakazywanie-nakazywanie czy straszenie. Kobiety z pewnością częściej podejmowałyby decyzję o kontynuowaniu ciąży, gdyby wiedziały, że nie zostaną z ciężko chorym maluchem same. Że państwo wypłaci im świadczenia, których wysokość nie będzie żenadą, że znajdzie się dla ich dzieci miejsce w wyspecjalizowanym żłobku lub przedszkolu, że latorośle otrzymają za darmo odpowiednią pomoc medyczną. I, że w razie gdyby ojciec dziecka jednak „nie dał sobie z tym rady” i odszedł, to odpowiednie organy zmuszą go do płacenia alimentów.
Nie bez znaczenia jest też społeczny klimat wokół niepełnosprawności. Pomyślmy chociażby o postaci Maćka z „Klanu” (tak, wiem, że ten serial jest, delikatnie mówiąc, kiepski). Ile to memów i żartów niskich lotów powstało na jego temat…?
Dopóki przyszłe i obecne matki dzieci nieuleczanie chorych nie dostaną odpowiedniej pomocy, nie spadnie znacząco ilość aborcji wykonywanych z uwagi na ciężkie wady płodu. Kobiety będą po prostu kontynuowały wyjeżdżanie za granicę.
A i u nas przecież podziemie aborcyjne ma się całkiem nieźle.

Continue Reading

Społeczna pułapka na matki. Czy Matka Boża mogła mieć czasem dość?

Macierzyństwo to bez wątpienia jedna z najpiękniejszych przygód w życiu. Ale przygody mają to do siebie, że czasami powodują poczucie zagubienia, zmęczenie, a nawet chęć wycofania się. Przygoda to przecież zupełna odwrotność siedzenia w bujanym fotelu – to mnóstwo silnych, przeplatających się ze sobą emocji. Dlaczego więc bycie matką miałoby wiązać się jedynie z rozanieleniem, zachwytem nad każdym uśmiechem dziecka i chęcią bycia przy nim przez cały czas?

Matka Polka nie ma lekko. Z jednej strony musi być twarda, wytrzymała, samodzielna – społeczeństwo nie lubi matek „niezaradnych”. Nie lubi nawet matek, które chwilę po porodzie nie wyglądają jak Anna Lewandowska (tę kwestię próbuje odczarować między innymi trenerka Kasia Bigos, biorąc udział w kampanii „Fake Off”, mającej pokazać, że ciało po porodzie może wyglądać inaczej, niż ciała z okładek fitnessowych pism). Matka Polka powinna być w dobrej sytuacji materialnej – na mężu wisieć nie wypada, a w razie rozpadu związku – na alimenty nie ma co liczyć. Społeczna sieć wsparcia nie istnieje – matki, ciotki, kuzynki mieszkają daleko i pracują, więc dziecko i dom trzeba ogarnąć własnymi rękami. Trzeba też być gotową na szybki powrót do pracy – w końcu Polacy cenią wartości rodzinne i kochają dzieci, ale nie wtedy, kiedy rodzą je własne pracownice. Ale jednocześnie młoda matka musi być taka, jaką chce widzieć seksistowska tradycja przodków – wrażliwa, łagodna, wyprana z trudnych emocji. Nawet temat depresji poporodowej czy łagodnego baby bluesa budzi w Polsce niezrozumiałe kontrowersje – zakłada się, że jeśli matka kocha dziecko, to nie może ani przez chwilę pomyśleć „mam dość”, „nie udźwignę tego”, „czemu on się znowu drze?!”. Ojcom nie wypada się na dziecko nie gniewać – matki nie mają przyzwolenia na frustrację.

W uwalnianiu emocji matek nie pomagają wyobrażenia Matki Bożej z Dzieciątkiem, jakie znamy z kościołów. Maryja jest na nich zawsze uśmiechnięta, zapatrzona w Swojego Syna, lub ewentualnie zatroskana – na niektórych ikonach Miriam patrzy smutno w dal, przewidując przyszłe cierpienia Jezusa. Z pewnością Matka Boga była najlepszą z matek, której próg frustracji był o wiele wyższy, niż mój czy moich mających dzieci znajomych. Ale jestem przekonana o tym, że ona również co jakiś czas odczuwała bezsilność, wyczerpanie, chęć przespania chociaż pięciu godzin, nieprzerwanych krzykiem Dziecka. Bo, powiedzmy sobie szczerze, jest to po prostu wpisane w bycie matką – tak samo jak miłość do dziecka i gotowość opieki nad nim.

Było dla mnie totalnym zaskoczeniem, kiedy dowiedziałam się, że w sztuce minionych wieków Maryja była czasami przedstawiona podczas… karania Jezusa. I to nie matczynym upomnieniem, ale na przykład rózgą. Żeby było jasne: absolutnie nie popieram przemocy wobec dzieci i uważam, że nic, żadne zachowanie potomka nie jest powodem do zadawania mu bólu. Ale fakt istnienia wizerunków tego rodzaju jest może stanowić swoisty detoks na łagodną formę szantażu emocjonalnego, jakim jest ukazywanie Miriam jako Matki niezłoszczącej się, niemającej potrzeb fizjologicznych – a więc odczłowieczonej.

Matki, wściekajmy się. Mówmy otwarcie o tym, że bycie nieustannie potrzebną dziecku bywa nie tylko uskrzydlające, ale też potrafi doprowadzić do szału. Że czasami nie mamy ochoty przez kilka godzin tulić dziecka do piersi, a raczej miałybyśmy ochotę wyjść z domu i wrócić nad ranem. Po kilku piwach lub chociaż niezłej komedii w kinie. Że macierzyńska schizofrenia (bądź twarda-bądź łagodna) obecna w Polsce powoduje poczcie winy. To, że nie okazujemy wściekłości, żalu, nie mówimy o tym, jak bardzo chcemy spędzić kilka godzin bez dziecka nie sprawia, że te emocje znikają – po prostu znajdują ujście gdzie indziej, na przykład w cichej rywalizacji z dzieckiem, w emocjonalnym odrzuceniu, wbijaniu w poczucie winy („wszystko dla ciebie poświęciłam, a ty tak się odwdzięczasz…?!).

Lepiej dla naszych dzieci będzie więc, jeśli nie będziemy się bały prosić o pomoc. Możemy czasami przekazać drącego się niemowlaka jego ojcu i powiedzieć „teraz ty go uspokój”. Możemy chcieć wyjść z domu bez wózka czy chusty. Mamy prawo odczuwać złość, zniecierpliwienie, przygnębienie. I możemy – a nawet powinnyśmy! – te emocje werbalizować.

I wcale nie oznacza to, że swoich dzieci nie kochamy.

Continue Reading