Dziegieć i miód, czyli refleksje w dniu drugiej rocznicy ślubu

Będzie trochę osobiście, ale okazja temu jest nie byle jaka! 

Dokładnie dziś mijają dwa lata, odkąd – nieco zestresowani i wystraszeni wszystkim, co działo się wokół – przekroczyliśmy próg kościoła, by opuścić go już nie jako obcy sobie ludzie, ale mąż i żona 👰🤵.
Z samej uroczystości ja – Angelika – nie pamiętam zbyt wiele; napięcie zrobiło swoje. W mojej pamięci (a także wszystkich obecnych) utkwiło to, że roześmiałam się podczas wypowiadania słowa „Mężu” przy wymianie obrączek. Bo to rzeczywiście szok – nazywać w ten sposób mężczyznę, z którym „buja się” już od ośmiu lat… 🙈
Od tamtej pory zmieniło się bardzo, bardzo dużo. Dwa lata temu, kiedy zostaliśmy małżeństwem, ja byłam tuż przed ukończeniem psychologii (na obronę wróciliśmy z jednego z wyjazdów podczas miesiąca miodowego, kiedy to rozbijaliśmy się po Europie, po czym kontynuowaliśmy wojaże , i na IV roku polonistyki, a moja sytuacja zawodowa była, delikatnie mówiąc, niestabilna. Kacper miał stabilną pracę i niestabilny emocjonalnie samochód, kupiony „na szybkości” po tym, jak konkretnie uszkodziłam poprzedni. Próbował też gorączkowo wykończyć mieszkanie, które otrzymaliśmy w ślubnym prezencie (to, co elegancko nazywa się „stanem deweloperskim”, to przecież zwykłe, białe ściany, które trzeba „urozmaicić” wstawieniem łóżka, prysznica czy zmywarki…). Oboje bardzo tego ślubu chcieliśmy, ale jednocześnie było w nas mnóstwo obaw – czy uda nam się naprawdę dorosnąć? Może trzeba jeszcze poczekać? Ogarnąć swoje życie i dopiero brać się za zabawę w dom? Ale jednak klamka zapadła – przyrzekliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość. Wyrażenie „miłość do grobowej deski” nabrało nowego, realnego wymiaru.
Nie powiem, że nie było się czego bać. Było. Podczas codziennego życia warzymy koktajl z cierpliwości, wyrozumiałości, zachwytu sobą nawzajem, a czasem również wściekłości na rzeczywistość, frustracji wywołanej przyziemnymi sprawami. Czułe patrzenie sobie w oczy trzeba połączyć z ogarnianiem logistyki codzienności.
Dziś, dwa lata od jednego z tych najważniejszych dni w naszym życiu, jesteśmy bogatsi o kilka odbytych podróży, parę stłuczek samochodowych, ukończone studia (jedno i drugie moje studiowanie zostało uwieńczone tytułem magistra 👩‍🎓), psa, którego nie jesteśmy w stanie czegokolwiek nauczyć, studia podyplomowe moje i Kacpra (in progress), wieczny bajzel w mieszkaniu, moją pracę w zawodzie psychoterapeuty i moje wieczne gubienie wszystkiego, Kacpra awans i kilka spalonych garnków, moją wydaną książkę i wydawanie zbyt dużej ilości pieniędzy, Kacpra chęć do rozpoczęcia przygody z blogowaniem i niechęć do aktywności fizycznej. No i, przede wszystkim, o naszą wspaniałą córkę, która „jest podobna do ojca, ale oczy ma po matce”, jak pewien znany uczeń Hogwartu  🤱👨‍👩‍👧
Dwa lata temu nasza decyzja o ślubie mogła się wydawać nieco szalona. Ale szaleństwo jest przecież wpisane w istotę miłości. Egzaltacja? Nie. Najprawdziwsza prawda!
W naszym życiu jest zarówno miód, jak i dziegieć. Ale jedno i drugie pijemy razem.
I za to dziękujemy codziennie Szefowi. 🙏

Continue Reading

Braterstwo to poczucie wspólnoty

Kto był harcerzem (a właściwie jest nim nadal, bo harcerzem jest się do końca życia), temu nie trzeba przypominać, że obchodzimy dziś Dzień Myśli Braterskiej – święto skautów z całego świata, które jest także dniem przyjaźni. Kto nie był – z pewnością wiele stracił, ale… może zainteresuje go rozmowa na temat duchowości, braterstwa i działalności harcerskiej, jaką przeprowadziliśmy z autorką bloga Harcerka od Pana Boga (https://harcerkaodpanaboga.blogspot.com/). Tak – napisaliśmy wspólny post!

 

 

W jaki sposób harcerstwo pomogło Ci rozwijać się duchowo?

Harcerka od Pana Boga:

Myśląc o rozwoju duchowym aktualnie myślę o tych pięciu grupach aktywności, które są wpisane w harcerski system wychowania: rozwijanie wewnętrznej dyscypliny i trenowanie ducha, włączanie się w działalność na rzecz społeczeństwa, próba zrozumienia otaczającego nas świata, przyczynianie się do tworzenia bardziej wrażliwego i tolerancyjnego społeczeństwa, odkrywanie potrzeby modlitwy i czynnego udziału w życiu społeczności religijnych.

Harcerstwo na pewno pomogło mi w rozwoju duchowym poprzez stopnie i sprawności. Konkretne zadania, które motywowały mnie do uczenia się różnych rzeczy np. obierania ziemniaków. Moja mama bardzo się z tego cieszyła, bo podczas trwania próby co niedzielę musiałam je obierać. Zadania, które układałam z opiekunem (a trochę tego było) pozwalały mi trenować silną wolę np. poprzez regularne bieganie. Niektóre zadania pozwoliły mi na pogłębienie mojej relacji z Bogiem przez rekolekcje.

Prowadząc drużynę włączaliśmy się w działania na rzecz społeczeństwa przez Szlachetną Paczkę. Mam bardzo dobre wspomnienia! Będąc właśnie w ZHP uczyłam się rozmawiać z różnymi osobami, niekoniecznie praktykującymi katolikami, a przez starałam się słuchać ludzi i dowiadywać się dlaczego myślą, tak a nie inaczej. Światopogląd nie był jednak przeszkodą w świetnej współpracy. Z perspektywy czasu bardzo sobie cenię właśnie to doświadczenie.

W drużynie zawsze braliśmy udział w życiu Kościoła, czy to przez zbiórki o tematyce religijnej, czy to przez odbywanie warty przy grobie Pana Jezusa. Pierwszą katechezę przeprowadziłam właśnie w swojej drużynie!

Moje indywidualne zadania w ramach prób na stopnie też nawiązywały do tego tematu: właśnie modlitwy, rekolekcji, poszukiwania wspólnoty w Kościele. Dzięki harcerstwu była okazja do tego, żeby podejmować ważne życiowe tematy.


Katolwica & Mąż:

Harcerstwo na pewno pomogło nam pojąć, czym w ogóle jest duchowość. Wiele osób nie rozróżnia pojęć „duchowość” i „religijność” – a choć mają one sporą część wspólną, to jednak nie są tożsame. Dzięki harcerstwu mieliśmy okazję, aby spotykać się z osobami różnych wyznań, wyznającymi różne wartości – była to lekcja tolerancji, wzajemnego szacunku, ale jednocześnie motywacja do określenia samego siebie, własnych poglądów i przekonań. W czasie „burzy i naporu”, czyli w okresie dojrzewania i zadawania pytań, mieliśmy szansę spotkać mądrych ludzi, którzy pomagali nam odnaleźć wartości, jakimi chcemy kierować się w życiu. Wraz z hufcem, do którego należeliśmy przed laty, spędziliśmy niemało czasu na uroczystościach w kościołach – była to motywacja do tego, by zadać sobie pytanie o własne miejsce w Kościele. „Obstawianie” różnych wydarzeń było motywacją, by wyruszyć na samodzielne poszukiwania. Tak zwane „harcerstwo pomnikowe” wyszło nam na dobre! Później przyszła służba instruktorska, prowadzenie drużyny, gromady, a w końcu – Zespołu Wychowania Duchowego i Religijnego ChŁ ZHP. To była ważna lekcja odpowiedzialności – skoro zachęcamy innych do rozwoju duchowego, to sami też musimy mieć na ten temat rozległą wiedzę. Organizując spotkania, debaty czy konferencje i zapraszając na nie przedstawicieli różnych grup wyznaniowych, artystów czy animatorów kultury, sami staliśmy się religioznawcami-amatorami, staliśmy się bardziej otwarci.. Na własnej skórze doświadczyliśmy też, czym są owocne działania ekumeniczne.

Czym jest dla Ciebie braterstwo?
K&M:

„Braterstwo” wywodzi się od słowa „brat” – a brat to członek rodziny. W rodzinach, jak wiadomo, różnie bywa – rodzeństwo często się ze sobą nie zgadza. Czasami osoby z jednej rodziny wybierają zupełnie inne drogi życia, ale w dobrej, kochającej się rodzinie, nadal się o siebie troszczymy i wspieramy. Tym właśnie jest dla nas braterstwo- byciem blisko drugiej osoby, towarzyszeniem jej i przede wszystkim życzeniem jej dobrze. Nawet wtedy, kiedy ta osoba ma zupełnie inne poglądy, inaczej widzi świat. Swoją drogą, w hackerstwie to właśnie jest magiczne – ludzie, którzy często bardzo się między sobą różnią, potrafią wspólnie działać – bo przecież, poza różnicami, jest cos, co nas łączy. Braterstwo to także bycie przy kimś bez względu na trudności, problemy – tak, jak ma to miejsce we wspierającej się rodzinie.

HoPB:

Braterstwo to dla mnie poczucie wspólnoty. W harcerstwie to się odczuwa, że jesteśmy braćmi i siostrami. Zawsze podobało mi się, jak harcerze i harcerki mówili do mnie „druhno”. Ostatnio spotkałam mamę mojego już pełnoletniego harcerza, a ona cały czas mówi do mnie „druhno”. Dla mnie jest to miłe.

Braterstwo wiąże z tym, że możemy na siebie liczyć, tak jak w rodzinie. Szczególnie dało się to odczuć na zakończenie zbiórki, czy jakiegoś wyjazdu, stawaliśmy w kręgu i śpiewaliśmy „Bratnie słowo sobie dajem, że pomagać będziem wzajem…” Dało się poczuć taką wspólnotę. Zresztą te przyjaźnie, które zaczęły się w harcerstwie trwają do dzisiaj, a już nie mamy, że tak powiem nic razem do zorganizowania oprócz spotkania, na którym możemy wspólnie pograć w planszówki.

Jakie zasady wyniesione z harcerstwa są dla Ciebie szczególnie ważne?

HoPB:

Wydaje mi się, że takie poczucie odpowiedzialności za powierzone zadania i ludzi. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak zaufał młodemu człowiekowi, jak dzieje się to w harcerstwie. A to się wielokrotnie działo przez prowadzenie zastępu drużyny, czy zorganizowanie samodzielnie biwaku w wieku 16 lat.

Harcerstwo „nauczyło mnie” także dobrze organizować sobie czas. Ten kto prowadził drużynę dobrze mnie rozumie. A ten kto prowadził 40 osobową drużynę rozumie jeszcze bardziej. Po prostu trzeba dobrze rozdzielić czas. Trzeba też dobrze rozdzielić obowiązki, nauczyć się prosić o pomoc, co też łatwe nie jest. Ale razem możemy zrobić naprawę więcej dobrych rzeczy. Dzięki Bogu miałam dobrą kadrę! (Pozdrawiam!)

Trzecia sprawa to nie skreślać innych. Zawsze starałam się mieć takie podejście w myśl świętego Jana Bosko: „Bycie dobrym nie polega na tym, że nie popełnia się żadnego błędu: bycie dobrym polega na posiadaniu woli poprawy.” Trzeba towarzyszyć. Tyle.

K&M:

Twoje wartości wyniesione z harcerstwa są bardzo podobne do naszych. Także prowadziliśmy drużynę i zastęp, co poskutkowało potrzebą lepszego organizowania sobie czasu. Wielu ludzi uważa, że nie można powierzyć 16-latkowi żadnego poważnego zadania – harcerstwo zmienia ten pogląd, tutaj dzieją się rzeczy niezwykłe, gdzie 16-latkowie są w stanie sami zorganizować grę terenową czy – tak jak powiedziałaś – są w stanie podołać organizacji biwaku.

Do Twojej listy dodalibyśmy tylko lepszą pogodę ducha, harcerstwo jednak jej uczy i przez zabawę pokazuje, że często nauka nowych rzeczy także może być zabawna. Oprócz uśmiechania się z powodu zabawy, także należy wspomnieć o uśmiechu do drugiego człowieka. Harcerstwo uświadomiło nam jaką moc może mieć prosty uśmiech skierowany do drugiej osoby – to od razu wpływa lepiej na nastrój i samopoczucie obu stron. Bez wątpienia nauczyliśmy się także odpowiedzialności za własne słowa i decyzje – w końcu „Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy”.

Czy kierujesz się nimi w swoim życiu, w swojej działalności blogerskiej?

K&M:

Tak. Bloga prowadzimy wprawdzie dla hobby (nie zarabiamy na tym ;)), ale staramy się, aby teksty, które publikujemy, były rzetelne, aby nikogo w nich nie obrażać. Staramy się także poruszać ważne kwestie społeczne oraz inspirować innych w zakresie duchowości. Kto wie, może nasze doświadczenie Boga, nasze spojrzenie na otaczającą rzeczywistość będzie dla kogoś pomocne? My sami mamy z tego dużo radości, często, aby nie minąć się z prawdą, musimy coś sprawdzić, doczytać. Zasada „drużynowy też się bawi” obowiązuje także przy prowadzeniu bloga!

HoPB:

Myślę, że raczej tak. Chociaż częstotliwość tekstów jest jaka jest. Trudno mi to w obecnym momencie mojego życia przeskoczyć. Są rzeczy ważne i ważniejsze. O! I tego też nauczyłam się będąc w harcerstwie, że są rzeczy ważne i ważniejsze, a harcerstwo nie może być na pierwszym miejscu. To usłyszałam mając 13 lat i pamiętam do tej pory. W sumie będąc w harcerstwie dowiedziałam się, co jest dla mnie naprawdę ważne.

Harcerka od Pana Boga (Ania) – jej życie związane jest z teologią i pedagogiką. Była drużynową 13 Gdyńskiej Drużyny Harcerskiej „Drapieżne Ptaki” im. Jana Pawła II. Aktualnie jest instruktorem Związku Harcerstwa Polskiego (przewodniczka, Harcerka Rzeczypospolitej). Stara się w każdym człowieku, i w każdej sytuacji znaleźć dobro. Nie zawsze jest to proste i nie zawsze jej wychodzi, jednak nie chce w tym ustawać. Uwielbia pić dobrą kawę, najbardziej na świecie capuccino.

Continue Reading

Przede wszystkim dać im szansę

O porzucaniu psów, kupowaniu ich jako prezentów świątecznych oraz adopcji i innych formach pomocy rozmawialiśmy z Katarzyna Rezler, współautorką projektu adopcyjnego „ Projekt Kanapa – z klatki do chatki”, wolontariuszką, inspektorem do spraw zwierząt.
Jest taka scena w „Zakochanym kundlu”, kiedy z pudełka ustawionego pod choinką pani wyjmuje szczeniaczka – małą suczkę Lady. Warto odtwarzać tę scenę w prawdziwym życiu, obdarowując kogoś pieskiem?
Pies nigdy nie powinien być prezentem, decyzja o kupnie lub adopcji zwierzaka powinna być podjęta świadomie i nie pod wpływem impulsu. Obdarować można prezentem, kuponem na zakupy, ale nie zwierzakiem, który żyje często kilkanaście lat i nie będzie można oddać go do sklepu jak nietrafionego prezentu. Szczeniaki, kociaki rosną i za rok będą już dorosłymi zwierzętami. Nie powinniśmy ich traktować jak prezentów, a jako członków rodziny z którymi będziemy na dobre i na złe. Nie powinniśmy też robić komuś niespodzianek i uszczęśliwiać na siłę psem lub kotem, może to doprowadzić do wielu nieporozumień, a także doprowadzić do dramatu samego zwierzaka.
Niedawno do naszej rodziny dołączył nowy pies. Poprzedni opiekun zabrał go ze schroniska, ale potem wyrzucił z domu. Co można zrobić – jako osoba prywatna i jako schronisko lub fundacja – aby takie sytuacje się nie zdarzały?
Przede wszystkim należy sprawdzić czy pies naprawdę był wyrzucony i czy czasem ktoś go nie szuka. Znajdując psa czy kota zawsze powinno poinformować się o tym schronisko, gminę i ogłosić ten fakt w formie ogłoszeń papierowych, olx, fb… Podstawowym narzędziem do spadku bezdomności zwierząt jest ich czipowanie. Zwierzak nie powie nam do kogo należy, ale jego zarejestrowany w ogólnodostępnej bazie danych mikroczip jak najbardziej. Dlatego zawsze trzeba sprawdzić czy zwierzę nie ma mikroczipa. Należy również konsekwentnie reagować na porzucenia zwierząt i jeżeli wiemy kto był poprzednim właścicielem zgłaszać ten fakt – porzucenie to forma znęcania się nad zwierzętami. I co najważniejsze należy sterylizować i kastrować zwierzaki, tylko w ten sposób zapobiegniemy bezdomności – brak szczeniaków, kociaków to brak porzuceń, ale o czym również warto pamiętać – zmniejszenie populacji zwierzaków w schroniskach.
Czasami w pełni świadomie decydujemy się na psa – wiemy, że będziemy musieli z nim spacerować i zabierać na szczepienia. Po jakimś czasie okazuje się jednak, że pies ma „ognisty” temperament, jest agresywny albo sprawia inne problemy, z którymi nie umiemy sobie radzić. Co wtedy?
Trzeba postarać się znaleźć przyczynę problemu – czego nie jesteśmy w stanie zwykle sami precyzyjnie ocenić. W takim przypadku zawsze warto skorzystać z rad licencjonowanego behawiorysty – który na miejscu oceni sytuację, pokaże jak reagować i jak korygować zachowania zwierzaka, ale również własne.
Mamy wrażenie, że na świecie obecne jest pewne rozdwojenie – z jednej strony psy (zwłaszcza rasy labrador) i małe kotki obecne są w reklamach , bo wywołują ciepłe uczucia. Można by pomyśleć, że Polacy kochają zwierzaki. Z drugiej – schroniska pełne są porzuconych psów i kotów. Skąd się bierze ten rozdźwięk?
Myślę, że brak czipowania i rejestracji zwierząt prowadzi do braku odpowiedzialności ich właścicieli. Przykładem może być Aleksandrów Łódzki w którym bezpłatnie zaczipowano i zarejestrowano ponad 4000 zwierząt właścicielskich w ciągu 1,5 roku. Po tym czasie nie ma praktycznie zwierząt bezdomnych. Problemem jest również nieumiejętne poszukiwanie swoich czworonogów. Ludzie nie wiedzą gdzie ich szukać. Schroniska są często oddalone o kilkaset kilometrów od danego miasta lub gminy. Brakuje informacji gdzie zwierzak trafi. Warto o tym pomyśleć, ponieważ duża część zwierząt w schroniskach ma swoich właścicieli, którzy nie potrafią ich jednak odszukać.
Idą Święta. Zapewne, mimo wielu apeli (także ze strony znanych osób), wiele zwierząt trafi po nich na ulice i do schronisk. W jaki sposób można pomóc tym zwierzakom?
Przede wszystkim dać im szansę, pomóc je ogłaszać , promować i zamiast kupić zwierzaka rasowego iść do schroniska i zdecydować się na adopcję.
Dajmy na to, że wiem, że mój sąsiad porzucił psa. Zwyczajnie miał go dość, albo też nie potrafił się nim zająć. Czy mam prawo się wtrącić?
Porzucenie zwierzęcia lub złe jego traktowanie to forma znęcania się nad zwierzętami. Zawsze należy poinformować o tym odpowiednie służby lub organizacje pro zwierzęce.
Continue Reading

Tajm tu sej gudbaj. Kilka rzeczy, które zabierze Ci wolontariat

Obchodzimy dziś Światowy Dzień Wolontariusza. Piękna sprawa. Zaangażowanie w wolontariat daje naprawdę mega dużo – zarówno nam samym, jak i osobom, którym pomagamy. Oboje z Mężem mieliśmy okazję tego doświadczyć – byliśmy wolontariuszami w różnych miejscach, ale najdłuższa i najważniejsza dla nas jest nieodpłatna praca na rzecz innych w harcerstwie. Niezaleznie jednak od tego, w jakiej organizacji działamy, jaki mamy zakres zadań (wolontariatem może być fizyczna praca w schronisku dla zwierzaków, ale także pisanie artykułów dla portalu, który pomaga np. chorym), musimy się także liczyć ze stratą pewnych rzeczy. Zanim więc w ramach adwentowego postanowienia zaangazujesz się w nieodpłatną pracę na czyjąś rzecz, uświadom sobie, że niektóre rzeczy po prostu pożegnasz. Być może raz na zawsze.

Poczucie, że Twoje problemy są najpoważniejsze na świecie.

Bo prawdopodobnie nie są. I nie chodzi tu o podbudowywanie się cudzym nieszczęściem, albo upajanie tym, że „inni mają gorzej”. Absolutnie nie – jeśli mamy poważne troski w życiu, to najpierw powinniśmy sami się ogarnąć, a dopiero potem ruszać do hospicjum czy fundacji. Wolondatiat nie może być ucieczką przed kłopotami. Pomoc innym uświadamia nam jednak, że większość naszych problemów da radę rozwiązać, a nasze życie wcale nie jest do bani.

Nieustanne skupienie na sobie.

Jeśli tylko nie traktujesz wolontariatu narcystycznie, jako okazji do pokazania, jak bardzo jesteś altruisyczny i wyjatkowy, to on na serio może zmienić Twoją perspektywę. Pomagając innym, powoli uwalniamy się od tego krępującego ruchy egoizmu, który sprawia, że jesteśmy napuszeni, a często także przewrażliwieni na swoim punkcie i samotni.  Wolontariat naprawdę uczy pokory, a także dystansu do samego siebie.

Nadmiar wolnego czasu.

Człowiek nie został stworzony do obijania się – już w Księdze Rodzaju Bóg każe Adamowi „czynić ziemię sobie poddaną”, czyli pracować. Wielogodzinne scrollowanie fejsa czy wylegiwanie się przed telewizorem nie służy ani naszemu zdrowiu, ani wyglądowi, ani samopoczuciu. Człowiek chronicznie znudzony to po prostu człowiek nieszczęśliwy. Zaangazowanie się w pomoc potrzebującym zdjemie z Ciebie to okropne brzemię.

Nieznajomość siebie.

Moja ukochana poetka Szymborska pisała, że „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Wolontariat jest niepowtarzalną okazją do tego, by sprawdzić swoją odpornoć na stres i umiejętnosć organizowania czasu. Angażowanie się w pracę non-profit pozwala też odkryć własne talenty, pasje i możliwości. Kiedy wiemy dużo o sobie, wiemy zwykle również, w którym kierunku w życiu chcemy podążać – a przecież brak odpowiedzi na pytanie „co mam dalej robić ze swoim życiem?” jest w pewnym wieku prawdziwym problemem.

Brak perspektyw zawodowych.

Co mam wpisać w CV, skoro dopiero skończyłem studia i niewiele umiem? Jesli byłes lub jesteś wolontariuszem, prawdopodobnie nie będziesz miał z tym trudności. Wolontariat może być wspanialym „rozbiegiem” przed pracą zawodową, okazją do nabrania doświadczenia oraz… początkiem kariery. Wiele osób jest przecież zatrudnianych w miejscach, w których wcześniej „pracowały za darmo”. Sami mamy wpisane do CV kilka kursów i umiejętności, które zdobyliśmy dzięki ZHP.

A Wy jakie macie doświadczenia w tym temacie? 🙂

Continue Reading

Poślubienie pisarki? Całkiem niezły pomysł ale licz się z tym że…


Moja małżonka niedawno wydała swoją pierwszą powieść obyczajową z podszyciem psychologicznym “Żelbeton” (będącą jednocześnie drugą książką w jej literackiej karierze). Ludzie mają wiele talentów. Niektórzy mają lekkie pióro inni, zaś głowę do przedmiotów ścisłych. Jeżeli zdarzy się wam kandydatka na żonę – kobieta która lubi i potrafi pisać, to zdradzę wam na co musicie się przygotować:

  1. Nigdy nie wiesz, czy twoje zachowanie nie zostanie opisane w jej książce.
    Tak to już jest, że jak ktoś pisze, to wzoruje się chociaż trochę na własnych doświadczeniach. Uważaj więc mężu co mówisz i robisz w obecności swojej Żony! A nuż Twoje zachowanie zostanie przypisane czarnemu charakterowi…
  2. Ataki weny zdarzają się niespodziewanie i są nieprzewidywalne.
    Według (miejskiej) legendy, J.K. Rowling pisała “Harrego Pottera” na serwetkach – czemu później zaprzeczyła. Moja Żona wprawdzie uznaje zdobycze cyfryzacji, ale czasem niespodziewanie potrafi usiąść do komputera, bo właśnie wpadła jej do głowy koncepcja ciekawego dialogu.
  3. Kilka razy w tygodniu będziesz musiał odbyć korepetycje z literatury.
    Rynek książki cały czas się zmienia, a aby pisać trzeba przede wszystkim czytać. W końcu nawet E.L. James przeczytała “Zmierzch” zanim napisała swoje Opus magnum :P. Zatem twórca także musi przeczytać wiele pozycji zanim zacznie tworzyć. Przy okazji ja również słyszę całkiem sporo na temat literatury – zarówno tej najnowszej, jak i tej sprzed wieków. Jeżeli “korki” odbywają się przed północą, to jest całkiem spoko :).
  4. Będziesz musiał podszkolić się jako barista.
    Jak przyjdzie wena, nic na to nie poradzisz. Żona siada i pisze. A jak wiadomo mózg po dawce kofeiny pracuje znacznie wydajniej. Kiedy św. Franciszek Salezy lub Św. Katarzyna Aleksandryjska pomoże Żonie z weną, potrafi przesiedzieć całą noc przy kawie i pisać swoje powieści.
  5. Nie wiadomo kiedy przywiązujesz się do bohaterów.
    Kiedy Żona postanawia któregoś z nich uśmiercić, ty masz ochotę przyodziać żałobę i rwać włosy z głowy.

 

Ogólnie rzecz ujmując, bycie mężem kobiety z zacięciem literackim jest wspaniałym doświadczeniem. Możesz poszerzyć swój zasób słownictwa. Możesz być obecnym przy kreowaniu nowego świata. Dodatkowo, masz zawsze pod ręką książkę lub artykuł do przeczytania (nierzadko Żona napisze coś na fanpage “Żelbetonu, na który serdecznie zapraszamy https://www.facebook.com/zelbeton.book/ lub bezpośrednio na bloga https://zelbeton.com.pl/).

A kiedy czytasz pozytywne recenzje, wszystkie “niedogodności” zostają wynagrodzone. Po prostu pękasz z dumy.

“Żelbeton” można zamówić między innymi tutaj: https://zaczytani.pl/ksiazka/zelbeton,druk.
Jeśli chcesz sprawić komuś prezent, który pobudzi kogoś do refleksji, warto wybrać właśnie “Żelbeton”!

Continue Reading

„Ale rybkę zjesz?” Jak być wege i przeżyć Święta

Świątecznych reklam jest coraz więcej, w rozgłośniach radiowych inne piosenki są jedynie przerywnikami do puszczanego nieustannie „Last Chritmas”, a dziwnie wyglądający Mikołaje czają się za każdym rogiem centrum handlowego. Idą Święta. Już za chwilę usiądziemy przy stole z rodzicami, dziadkami, wujkami i ciociami – niektórych mamy ochotę szczerze wyściskać, innych być może mielbyśmy okazję udusić. Wiesz, że podczas wigilii na stole będzie królował zabity własnoręcznie przez wuja Stefana karp, a w pierwszy dzień Świąt ciotka Halina z dumą wniesie na stół wołową pieczeń. Wszystko super… chyba, że akurat jesteś wegetarianinem. Na podstawie własnych doświadczeń przygotowaliśmy krótki poradnik, jak przetrwać świąteczną biesiadę , gdy jest się egzemplarzem zielskożernym.

  1. Poinformuj wcześniej, co jesz, a czego nie. Niby sprawa jest prosta – wegetarianie nie jedzą mięsa, zaś weganie – żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego. Tyle, że – według tradycji – ryba jest daniem postnym, a zatem w mniemaniu niektórych cioć i babć – wegetariańskim. Nierzadko przy wigilijnym stole życzliwe babunie są niezmiernie zdziwione, gdy odmawiamy nałożenia sobie na talerz karpia lub śledzika – przecież „rybka to nie mięso”! Aby zapobiec niezręcznym sytuacjom, warto ponformować gospodarzy wcześniej, których dokładnie potraw nie będziemy jeść – zwłaszcza, jeśli zrezygnowaliśmy z mięsa niedawno. Warto zwrócić uwagę także na mniej oczywistą kwestię ciast – nierzadko obecna jest w nich żelatyna wieprzowa.
  2. Zaproponuj przywiezienie czegoś swojego. Jeśli Twoja rodzina należy do wyjątkowo mięsożernych (a takich w naszym kraju nie brakuje), możesz swoimi „fanaberiami” narobić gospodarzom kłopotu – wiele osób nie wyobraża sobie drugiego dania bez kotleta, a zupy bez mięsnej wkładki. Nie byłoby dobrze, aby osoba, która zaprasza nas na Święta, czuła się przyparta do muru – dlatego dobrze jest szczerze z nią porozmawiać. Jeśli masz wrażenie, że konieczność przygotowania bezmięsnego dania powoduje u niej przerażenie i palpitacje serca, zaproponuj, że przywieziesz coś pysznego. Kto wie – może wege jedzenie podbije serca współbiesiadników…?
  3. Przygotuj się na pytania i komentarze. Większość wegetarian przynajmniej raz usłyszy przy świątecznym stole komentarz dotyczący ich diety – wuj Janusz powie, że „bez mięsa nie spłodzisz zdrowych dzieci”, kuzynka Hanka zapyta „co Ty w takim razie jesz”, a dziadek dorzuci, że „kiedyś ludziom nie w głowie były takie głupoty”. Pamiętaj, że nikt nie ma prawa Cię obrażać – krewni muszą uszanować Twój wybór. Odpowiadaj nieagresywnie, ale stanowczo, np. „Podjąłem taką decyzję i nie zamierzam jej zmieniać”.
  4. Nie nawracaj nikogo na wege (zbyt nachalnie). To oczywiste, że skoro jesteśmy wrażliwi na cierpienie zwierząt, chcielibyśmy przyczynić się do ograniczenia ich cierpień na świecie – na przykład zachęcając innych do rezygnacji z jedzenia mięsa. Musimy jednak pamiętać, że nazywając popisowe mięsne danie gospodyni „padliną”, a na pytanie, czy chcemy obejrzeć „Kevina samego w domu”, odpowiadamy, że lepiej zobaczyć film z rzeźni i wyciągnąć wnioski, nikogo do wegetarianimu nie przekonamy – a wręcz mozemy zniechęcić. Wegetarianie i tak mają często opinię freaków – lepiej jest nie wzmacniać tego stereotypu.
  5. Nie koncentruj się na sprawach okołojedzeniowych. Rodziny wegetariańskie są w naszym kraju nieliczne – i jeśli Twoja do nich nie należy, sprawy diety i etyki żywienia mogą Was bardzo poróżnić. Na pewno jest jednak wiele rzeczy, które Was łączą – w końcu jesteście rodziną i spotkaliście sie po to, by spędzić razem wyjątkowy czas. Spróbujcie skupić się na nich. A jeśli mimo wszystko jakoś nie możecie się porozumieć – pomyśl o tym, że już niedługo któś z krewnych powie „Święta, Święta i po Świętach”!
Continue Reading

Codzienność z domieszką Halloween

Oboje z Mężem mamy na fejsiku zalajkowanych całkiem sporo stron katolickich. Kiedy więc odpalam swoją tablicę (a z racji pewnego unieruchomienia, o którym za jakiś czas napiszemy, robię to z nudów dość często), nieustannie rzucają mi się w oczy nagłówki stanowiące parafrazę słów „Halloween to wymysł szatana” oraz obrazki demonicznie uśmiechającej się dyni. Macie już dość tekstów na ten temat? To to proszę – zafundujemy Wam jeszcze jeden.

Otóż my, lewaccy katole, większych problemów z Halloween nie mamy. Nie dostrzegmy „zagrożenia duchowego” w wyjściu do knajpy, gdzie motywem przewodnim dekoracji jest wydrążona dynia i nietoperz. Nie boimy się, że Zły wyskoczy na nas z creepy lampionu, wykonanego z bibuły i czarnego kartonu. A kiedy nasze dziecko przyjdzie już na świat i w jego szkole będzie odbywała się halloweenowa, przebierana dyskoteka, pomożemy mu przygotować fajny strój, zamiast wysyłać je do egzorcysty. Powody? Prozaiczne: oczywiście wierzymy, że Szatan istnieje, że świat realny to nie tylko ten, który da się zbadać za pomocą „szkiełka i oka”, ale jednocześnie jesteśmy przekonani, że wielkie zło wybiera inne drogi dostępu do człowieka, niż nagłe wynurzenie się z dyni i skok do gardła. Banie się Halloween i zwalczanie go jest bardzo atrakcyjne – bo jest proste i wymowne. Łatwiej jest przecież jest wrzucić mem „Jestem katolikiem, nie obchodzę Halloween” i obwiniać udział w imprezie urządzanej z tej okazji o czyjeś opętanie, anieżeli mówić o skutkach, jakie niesie pogarda dla drugiego człowieka, zaniedbywanie rozwoju duchowego, wywyższanie się, nienawiść, skąpstwo, czynienie z religii zakładnika dla naszych lęków i absurdalnych przekonań. Dowodzenie, ż zagrożeniem duchowym może być nieudzielenie pomocy potrzebującej wsparcia koleżance z pracy nie ma takiej siły rażenia, jak opowieści o zniewoleniu przez diabła kogoś, kto kiedyś zrobił sobie dyniową dekorację w pokoju. Tak naprawdę niektóre z tych opowieści mają przecież to samo zadanie, co popularne ghost stories – zaspokojenie ludzkiej potrzeby doświadczania strachu.

Ludzie od zawsze lubili się bać, od zawsze fascynowała ich śmierć. Jest to przecież doświadczenie najbardziej tajemnicze, nieznane, a jednocześnie nieodwołalnie powszechne. Wszyscy obrócimy się w proch – nie zmieni tego ani postęp medycyny, ani to, że o śmierci nie chcemy na poważnie rozmawiać (o czym  nieco później). Nic dziwnego, że każdy lud, każde plemię, próbowało (i próbuje nadal) śmierć obłaskawić. Halloween, Dziady czy Dzień Zaduszny mają za zadanie przypomnieć nam, że przecież, poza naszą ziemską „strefą komfortu”istnieje Nieuchronne, z którym trzeba się jakoś ułożyć, jakoś radzić sobie ze świadomością śmiertelności własnej i bliskich osób. Nie oznacza to oczywiście, że zabawa halloweenowa ma nas „pogrążyć w kulcie śmierci”. Nie. To tylko ludowe, prześmiewcze danie wyrazu frazie „memento mori”.

Pewnie, że Halloween jest kiczowate. Trudno jest przecież, patrząc na trupie mejk-apy, jakie nakładają miłośnicy grozy, dochodzić do poważnych, egzystencjalnych przemyśleń. Drążone dynie, czarne koty ze steropianu czy „straszne” papierowe pająki są przeciez trywialne. Jednak… tak samo niewyszukane są przecież zabawy karnawałowe, weselne (te balansują często na granicy dobrego smaku) czy kinderbale.  Halloween nie jest żadnym wyjątkiem i nie musi być oznaką „znieczulenia się” na śmierć, ból, gorycz odchodzenia. Śmierć jest w naszym społeczeństwie zepchnięta na margines – nie rozmawiamy o niej,rzadko jestesmy świadkami czyjegoś odchodzenia – ludzie coraz rzadziej umierają przecież w domach, a do „ostatniej drogi” przygotowują zmarłych pracownicy zakładów pogrzebowych. Osobom, które nie należą do wąskiego grona pracowników hospicjów, szpitali czy domów pogrzebowych, śmierć znana jest z niezbyt ambitnych horrorów, kryminałów czy wiadomości, gdzie staje się ona jednak tylko statystyką. Być może Halloween wpisuje się jakoś w ten nurt „rozumienia” śmierci – jesli tak własnie jest, to nie same halloweenowe imprezy stanowią problem, lecz naiwne myślenie na temat przemijania w ogóle. Nasza pozornie odarta z tajemnicy codzienność zawiera w sobie domieszkę halloweenowego podjeścia do śmierci – bo przecież mimo wszystko fascynuje nas to „coś więcej”, nawet, jeśli nie wierzymy w duchy i zmory.

Sądzimy, że Halloween nikomu nie zagraża, jeśli oczywiście nie jest związane z realną fascynacją okultyzmem czy praktykowaniem czarnej magii. Zagraża nam brak myślenia o smierci, nieodwracalności starzenia się, wypieranie istnienia ciężkich chorób. Mamy wrażenie, że także w naszych kościołach za mało mówi się o eschatologii, o zbawieniu i dążeniu do Wiecznosci – zbyt łatwo ulegamy pokusie koncentrowania się na sprawach doczesnych, jak np. polityce. Starajmy się podejmować refleksję na te tematy, a halloweenowym imprezom pozostawmy status igraszek… z kiczem. Bo igraniem z ogniem (piekielnym) można nazwać inne, niegodne katolika postawy i zachowania.

PS Nie jest naszym celem namawianie kogokolwiek o udziału w Halloween party. Każdy z nas ma inną wrażliwość. Jeśli czujesz, że to nie dla Ciebie – nie rób nic na siłę. Nie warto jednak dyni z trójkątynymi oczami uważać za puszkę Pandory w wersji 2.0.

Continue Reading

Do szkoły już czas!

Dzisiaj rozpoczyna się rok szkolny, dlatego też postanowiliśmy złożyć życzenia wszystkim tym, którzy już uprasowali swoje białe koszule, przywdziali czarne spodnie/spódnice i z większą lub mniejszą radością maszerują w kierunku przybytku oświaty.

Niech wasze szkoły będą NAPRAWDĘ wolne od przemocy. Nauczyciele niech zwracają się do Was z szacunkiem a słowa „jesteście klasą debili” niech nigdy nie przejdą im przez gardła. Mamy nadzieję, że w tym roku szkolnym starsi uczniowie będą odnosić się do młodszych z troską i szacunkiem a nie pogardą.

Owocnych lekcji religii, życzymy Wam aby wasi katecheci przychodzili do swojej pracy solidnie przygotowani i opowiadali Wam prawdę o Bogu, a nie przelewali na Was swoje leki osobiste oraz osobiste problemy. Ogólnie życzylibyśmy Wam i (naszemu dziecku, które za około 7 lat pójdzie do szkoły ;)) aby katecheza odbywała się w sali katechetycznej kościoła (niebawem wyjaśnimy dlaczego), ale skoro jest jak jest to niech lekcje religii nie zniechęcą Was do wiary.

Przetrwajcie reformę w spokoju. Dorośli są niereformowalni nadal wierzą w magiczną moc reform systemu edukacji. Chcielibyśmy aby udało się Wam przejść przez te zmiany w miarę bezboleśnie. Oby chociaż na kilkanaście lat zapanował spokój.

Rodzice niech będą dla Was prawdziwym wsparciem. To wielkie nieszczęście kiedy mama albo tata tylko pytają o oceny i stawiają wysokie wymagania. Życzymy Wam aby w waszych relacjach z rodzicami panowało ciepło i koncentracja na rzeczach ważniejszych niż średnia ocen.

Abyście wy i Wasi rodzice pamiętali, że szkoła to nie wszystko. Życzymy Wam posiadania bogatego świata wewnętrznego, wielu nienarzuconych zainteresowań oraz marzeń, które nie podlegają ocenie i do których nauczyciele nie mają dostępu – no chyba, że sami ich zaprosicie.

Wszystkiego dobrego w nowym roku szkolnym!

Continue Reading

Nie taka ciężka sprawa – 7 rzeczy, które zmienia ciąża w życiu mężczyzny

Spodziewamy się dziecięcia i ostatnio zacząłem się zastanawiać, co się zmieniło w moim życiu w czasie oczekiwania.  Dlatego też stworzyłem listę siedmiu rzeczy, które się podczas oczekiwania na potomka ulegają zmiaie. W końcu pojawienie się dziecka to także męska sprawa!

  1. Organizacja czesu
    W tym okresie zacząłem organizować sobie lepiej czas. Dlaczego? Ponieważ mam go mniej – badania z Żoną, konsultacje lekarskie, wędrówki po internetowych straganach z rzeczami dla dzieci oraz rozmowy z dzieckiem. Tak, drodzy mężczyźni – do dziecka, już w życiu płodowym, trzeba mówić – buduje to relację, a dziecko będzie rozpoznawać głos taty (mimo że na początku wydawało mi się to dziwne, mówię do kogoś kogo nie widzę i mi nie odpowiada… ale o tym w następnym punkcie :)).
  2. Wizualizacja kogoś, kogo nie widzisz
    Jak napisałem wcześniej, mówienie do brzuszka jest bardzo ważną częścią stawania się tatą. Spotkałem się z wieloma opiniami, że przecież „ono Ci nie odpowie ani cie nie słyszy”, jednak badania potwierdzają, że maleństwo na początku słyszy bardzo niewyraźnie, a później radzi sobie z tym znacznie lepiej. My, mężczyźni często wykonujemy zawody związane z operacjami na przedmiotach konkretnych (ma oczywiście na to wpływ czynnik kulturowy: chłopcom daje się samochód i klocki a dziewczynkom każe się pozować do obiektywu i przewijać lalki – ja nie popełnię tego błędu). „Rozmowa” z kimś, kogo nie widać, jest wspaniałym treningiem interpersonalnym i abstrakcyjnego myślenia.
  3. Docenienie feminizmu
    Ciąża to piękny czas, ale też trudny. Kobieta czuje się inaczej niż zwykle, niektórych rzeczy jej nie wolno i częściej sypia. Trudno mi sobie wyobrazić, że gdybyśmy żyli z Żoną 200 lat temu, prawdopodobnie z racji obowiązujacych norm społecznych nie towarzyszyłbym jej na tej trudnej drodze. Sam wiele bym przez to stracił.
  4. Pregnancy broadness your mind
    Kiedy kobieta jest w ciąży, musi trochę inaczej sie odżywiać. Dzięki ciąży dowiedziałem się w jakich potrawach znajdują się spore ilości żelaza, jak zrobić aby było lepiej wchłaniane, co to znaczy trymestr (no, może bez przesady :P) itp. Ciąża poszeża Twoje horyzonty i sprawia, że czytasz więcej.
  5. Częściej zajmujesz się domem
    Oczywiście, w małżeństwie opiekujecie się sobą nawzajem, jednak podczas stanu błogosławionego, my mężczyźni musimy przejąć więcej obowiązków. Nasza towarzyszka nie może dźwigać, wdychać chemikaliów (jest: „wyjdź do drugiego pokoju” podczas odkażania) oraz piec się na słońcu. Musimy więc zakasać rękawy i wziąć się do pracy!
  6. Trenujesz się w sztuce ascezy
    Żona w ciąży nie może pić alkoholu, jeździć na dzikie wyprawy rowerem, latać samolotem ani podróżować w bardzo wysokie góry oraz wyjątkowo upalne miejsca. Rolą nas – mężczyzn – jest wspieranie jej w tym wszystkim. Dlatego ja na okres 9-miesięcy ja również zrezygnowałem  z alkoholu i niektórych atrakcji outdoorowych. Powoli, krok po kroku, ścieramy wówczas swój egoizm na proch. To naprawdę przybliża do Boga oraz drugiej osoby!
  7. Nauka cierpliwości
    Także do Żony :P. Żartuję. Oczywiście, chodzi głównie o oczekiwanie na upragnionego malucha. Bardzo chciałbym już go zobaczyć, przytulić usłyszeć jak mówi „tata” itp. Jednak wiem, że na niektórze rzeczy muszę poczekać jeszcze kilka miesięcy. Cierpliowść wszak to także chrzescijańska cnota ;).

A Wy co byście dodali ze swoich doświadczeń lub przemyśleń, na temat prenatalnego stadium ojcostwa?

Continue Reading

7 sposobów, jak spieprzyć sobie urlop

Jesteśmy wraz z Mężem w urlopowym rozkroku – jeden wyjazd jest już za nami i stanowi dość odległe wspomnienie, a na drugi przyjdzie nam jeszcze sporo poczekać. Na bazie obserwacji własnych oraz opowieści naszych znajomych postanowiliśmy więc napisać kilka wskazówek, jak uczynić swój urlop prawdziwym koszmarem.

  1. Nie wychodź poza granice plaży hotelowej. Pamiętasz, gdy w „Królu lwie” Mufasa pokazywał Simbie „to takie ciemne miejsce” i zabronił tam chodzić? Niech dla Ciebie tym zakazanym terenem będzie wszystko to, co nie należy do hotelu. Po co masz oglądać ciekawe miejsca w nowym mieście i obcować z lokalną kulturą? Przypiekanie się niczym skwarka w promieniach słońca (plus drinki w wersji all inclisive) są przecież wszystkim, czego Ci trzeba. A że po powrocie do domu raczej nie będziesz mieć ciekawych wspomnień ani zdjęć – tym lepiej! W końcu beznadziejny urlop jest tym, o czym marzysz!
  2. Gardź lokalnym jedzeniem. Jesteś w ciekawej, tętniącej życiem stolicy lub w małej, górskiej miejcowości? Takie miejsca słyną z pewnych dań, o których rozpisują się blogerzy kulinarni i których Ty… nie powinieneś próbować. Jeśli nagle zgłodniałeś, wybierz sie do McDonald’s. Będziesz miał pewność, że nie zaskoczy Cię żaden nowy smak!
  3. Stwórz długą listę „must do”,”must see” i „must PHOTO”. Zamień swój urlop w niekończące się udowadanianie sobie, jak wiele możesz i jakim jesteś wspaniałym fotografem. Pięć stolic w tydzień? Ekstra! Całodzienne bieganie po plaży, mimo poparzeń słonecznych i pęcherzy na stopach? Super! A może piętnaste selfie na tle czegoś fajnego? Idealnie!  W końcu nie przyjechałeś tu wypoczywać!
  4. Wybierz hotel słynący z brudu i niemiłej obsługi. Przygotowania do zmarnowania urlopu należy zaczać odpowiednio wcześniej. Jeśli odpowiednio się postarasz – masz szansę znaleźć pensjonat, domek lub hotel, w którym za dachówki robią kolejne wartwy pleśni, a zaczerpnięcie wody wymaga udania się do studni… którą wcześniej sam wykopiesz. Nie korzystaj ze stron, na których internauci oceniają poszczególne miejsca – bo jeszcze trafisz do ładnego, schludnego pokoju i… co wtedy?
  5. Unikaj rozmów z lokalsami. Obcy? A co on może mieć Ci do powiedzenia? Niech przemyślenia na temat swojej historii, tradycji i kultury miasta zachowa dla siebie. Podróże kształcą, to prawda. Unikając kontaktu z tubylcami, możesz temu jednak zapobiec!
  6. Porównuj swój wyjazd z wczasami innych. Jesteś nad Bałtykiem? Ale przecież Twój kumpel właśnie wyleguje się na plaży w Chorwacji, gdzie nie ma parawanów… A może poleciałeś do Portugalii? Zamiast się cieszyć, obczaj na fejsie zdjęcia znajomych, którzy surfują u wybrzeży Australii! Porównywanie się z innymi to jeden z najlepszych sposobów na zepsucie urlopu sobie, swojej rodzinie oraz… nabawienie się kompleksów.
  7. Olej sferę duchową. Iść do kościoła w nowym miejscu? Ale po co? W końcu katolikiem jesteś przez większość roku. Pomyśleć nad swoim życiem na plaży, wśród szumu fal? Po kiego grzyba, skoro można pójść na bazarek i kupić plastikowy rupieć do swojego pokoju? Chwila medytacji? Przecież nie za to płacisz! Im bardziej bezrefleksyjny, nastawiony jedynie na konsumpcję wszystkiego, co możliwe wyjazd, tym większa szansa na… zmarnowany urlop.

A Wy, co dodalibyście do tej listy?

Continue Reading