Kilka pytań, które (chyba) trzeba sobie zadać przed chrztem dziecka

TAK, ZROBILIŚMY TO.

W poprzednią niedzielę zanieśliśmy naszą ubraną na biało (choć strój ten wcale nie pochodził ze sklepu specjalizującego się w odzieży chrzcielno-komunijnej) córkę do kościoła, by została przez chrzest włączona do Kościoła katolickiego. Był to dla całej naszej rodziny wyjątkowo ważny moment – od teraz jesteśmy już nie tylko katomałżeństwem, ale i rodzicami katodziecka – liczącą 3 (nieśmiertelne) dusze katorodziną.

Organizacja tego wydarzenia od strony logistycznej została ogarnięta w stylu Mironiukowym – parę elementów (no dobra, trochę więcej) było zostawionych na ostatnią lub prawie ostatnią chwilę. Nie oznacza to jednak, że wcześniej tym wydarzeniem nie żyliśmy i że nie zostało ono przez nas przedyskutowane i omówione podczas paru wieczorów i nocy (tę porę wyjątkowo upodobaliśmy sobie na snucie życiowo-egzystencjalno-religijnych pogawędek). Musieliśmy też sobie nawzajem i sobie samym odpowiedzieć na kilka istotnych pytań, które – jak sądzimy – powinny pojawić się w głowie każdego rodzica, który świadomie decyduje się ochrzcić swoje dziecko. Oto i one:

Po co w ogóle chcę ochrzcić dziecko? Czy wynika to z tego, że wierzę w moc tego sakramentu i chcę, by na duszy mojego pacholęcia pojawiło się niezatarte znamię (piękna metafora, prawda?), czy raczej traktuję to jako tradycję, za której złamanie obrażą się na mnie rodzice lub dziadkowie? Wbrew pozorom, chrzest to nie tylko „nowa, świecka tradycja” i okazja do urządzenia zakrapianych „chrzcin”, lecz poważne zobowiązanie – i to podejmowane na oczach samego Szefa.

Co oznacza dla mnie „wychowanie w wierze”? Bo przecież do tego – jako rodzic – się zobowiązuję. Przed chrztem dobrze byłoby porozmawiać o tym, w jaki sposób będziemy przekazywać swojemu dziecku prawdy wiary na różnych etapach jego życia, co dokładnie będziemy robić, by przybliżyć mu Boga. Czy sięgniemy w tym celu po mądre książki, gry o charakterze religijnym, czy wyślemy je do katolickiego przedszkola i szkoły…?

Co zrobię, gdy dziecię się zbuntuje? W wieku dojrzewania często zdarza się, że dzieci kontestują wartości, które wpajali im rodzice. Zastanawialiśmy się, co zrobimy, jeśli pewnego dnia nasza pierworodna powie nam „Czytałam Dawkinsa (lub jakiegoś innego ateistycznego celebrytę, który będzie wówczas na topie) i wiem, że Boga nie ma!”. Albo jeśli rozpocznie młodzieńczy flirt z katolicyzmem uzbrojonym w nacjonalizm i ksenofobię? Jedno jest pewne – krzykiem i awanturami niczego nie zdziałamy. Ale może miłość, cierpliwość i słowa „akceptujemy Cię i kochamy, choć nie zgadzamy się z Twoimi przekonaniami” pomogą nam przetrwać te trudne chwile…?

Kim ma być chrzestny? Bogaczem? Osobą, z którą świetnie mi się imprezuje? A może jednak potraktować tę sprawę poważnie i wybrać na chrzestnego osobę, która rzeczywiście będzie dla dziecka przewodnikiem po sprawach wiary, która wytłumaczy mu zawiłości dogmatyczne, ale przede wszystkim własnym życiem pokaże maluchowi, że życie z Bogiem jest ciekawe, twórcze i wartościowe? My zdecydowaliśmy się na opcję numer trzy – wiemy, że od osób, które poprosiliśmy, by zostały „kumami”, Ala raczej nie otrzyma z okazji komunii nowego iPhone’a czy quada, ale… o to właśnie nam chodziło.

Czy dziecko, biorąc przykład z nas, będzie dobrym katolikiem? Chrzest dziecka to nie tylko rytuał i piękna ceremonia, ale także wyzwanie – od teraz my musimy naprawdę dołożyć starań, aby – wybaczcie, proszę, eklezjalny żargonik – być świadkami Chrystusa. Okazjonalnie wypowiadane słowa o nieskończonym miłosierdziu Boga mają niewielką wartość, jeśli wiążą się z postawą obojętności na krzywdę drugiego człowieka, a w codziennym życiu rodziny „nie ma czasu” na wspólną modlitwę lub rozmowę o tym, kim w ogóle jest Pan Jezus, który spogląda na nas z nabożnych obrazów i ikon.

Katechizm mówi, że sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej jest bierzmowanie. Sądzimy, że to, na ile rzeczywiście udało nam się dojrzeć w wierze, weryfikuje wychowanie religijne własnego dziecka.

Trzymajcie kciuki (może być na różańcu), byśmy tę hiperważną weryfikację przeszli pozytywnie.

Continue Reading

Windą do piekła. Kiedy ślub nie jest dobrym pomysłem?

Sezon ślubny trwa w najlepsze – w końcu czerwiec (a następnie sierpień i wrzesień), to miesiące, w których nazwie znajduje się literka „r”, a jak wiadomo – zaślubiny w takowym miesiącu mają moc zamiany życia państwa młodych w cud, miód i unoszenie się nad ziemią ze szczęścia. Sęk w tym, że ani ta wyjątkowa litera, ani coś błękitnego, pożyczonego czy kosztującego miliony monet nie sprawi, że będziemy w małżeństwie szczęśliwi, jeśli zawieramy je z niewłaściwych powodów. W jakich sytuacjach zatem lepiej jest trzymać się z dala od ślubnego kobierca?

Kiedy małżeństwo ma umożliwić ucieczkę z domu. To chyba najgorsza z motywacji do zawarcia małżeństwa. Często młodzi ludzie, którzy wywodzą się z patologicznych lub przemocowych rodzin, próbują odciąć się od rodziny, zakładając własną „podstawową komórkę społeczną”. Wydaje im się, że dzięki miłości uda im się wyleczyć traumę, jaką był pijący ojciec czy bijąca matka. Z moich (i nie tylko moich) doświadczeń w pracy z pacjentami wynika jednak, że w małżeństwach, które miały być ucieczką… zwykle powtarza się stare schematy. Traumy z dzieciństwa czy nawet zwykłe rodzinne konflikty można leczyć – ale robi się przy pomocy terapii, a nie zawieranego w popłochu małżeństwa!

Kiedy chcemy to zrobić, bo „wszyscy inni są już zaobrączkowani”. Tak, wiemy – łatwo nam mówić, bo „hajtnęliśmy się” w wieku 23 (Angelika) i 27 lat (Kacper), otwierając wysyp ślubów wśród kuzynów i przyjaciół. Ale wierzcie nam, doskonale rozumiemy ludzi, którym doskwiera samotność i którzy marzą o pięknej miłości (i równie pięknym ślubie). Pragnienie założenia rodziny jest dla większości osób czymś zupełnie naturalnym, podobnie jak niechęć do życia w pojedynkę – ale desperacja zdecydowanie nie jest dobrym doradcą. Małżeństwo zawarte tylko dlatego, by nie być już singlem, to pierwszy krok do… samotnego życia z obrączką na palcu.

Kiedy przez ślub chcesz się odegrać na byłym lub wyleczyć złamane serce. Znamy taki przypadek. Pewna piękna dziewczyna była do szaleństwa zakochana w przystojnym mężczyźnie – jednak ich związek przypominał bardziej relację włoskich kochanków, niż spokojną miłość Ligii i Matka z „Quo vadis?”. Po jednej z wielu kłótni ona postanowiła zakończyć ten związek, mimo gotujących się w niej uczuć – niedługo później z zemsty na byłym wyszła z mąż. On, gdy się o tym dowiedział, zrobił to samo. Więcej się już nie spotkali – ona dość młodo zmarła na raka (przed śmiercią zdążyła jednak odejść od swojego niekochanego męża), on zaś, dowiedziawszy się o tym, porzucił hulaszczy tryb życia (rozwodził się kilka razy, zdradzając wszystkie panie, z którymi próbował żyć) i wypłakiwał oczy pod krzaczkiem, pod którym niegdyś razem siadywali. Ona natomiast, jak się później okazało, do śmierci nosiła w portfelu jego zdjęcie. Romantyczne to i cholernie smutne. Nie wiadomo, czy udałoby im się założyć szczęśliwą rodzinę – być może nie. Ale ucieczka z jednego związku z małżeństwo z inną osobą zawsze kończy się źle – chwila satysfakcji nie jest przecież warta cierpienia przez całe życie. Wychodząc za mąż/ żeniąc się na złość komuś, robi się na złość samemu sobie – a także mężowi czy żonie, którzy to w takiej sytuacji są traktowani przedmiotowo. Po zawodzie miłosnym trzeba się powoli „wylizać”, przejść żałobę (bo rozstanie niekiedy boli tak, jak śmierć bliskiej osoby!), a dopiero później układać sobie życie na nowo.

Kiedy przed ślubem zakładasz, że on/ ona się zmieni (a Ty mu w tym pomożesz). „Teraz pije, bo namawiają go koledzy, ale po ślubie będę go pilnować i przestanie”, „ona nie chce wychodzić z domu i nie lubi ludzi, ale pokażę jej, że to jest fajne”, „nie chce mieć dzieci, ale na pewno go/ją przekonam”… Takie twierdzenia wynikają z naiwności oraz potrzeby nadania swojemu życiu sensu – marzymy o tym, że dzięki nam ktoś się zmieni i – daj Boże! – będzie nam wdzięczny za pomoc, a w ramach „zapłaty” obdarzy dozgonną miłością. Często też spragnione miłości osoby chcą wierzyć w poślubną metamorfozę człowieka,  z którym są w związku, bo boją się samotności oraz… podjęcia ewentualnej decyzji o odwołaniu ślubu. Rzecz jednak w tym, że decydując się na małżeństwo wybieram tę drugą osobę taką, jaką jest – przed ołtarzem mówię „tak” całej jej osobowości. Jasne, każdy posiada wady – to normalne, jeśli chcielibyśmy, by nasza druga połówka pracowała nas sobą. Ślub zawierany z intencją zmiany ważnych elementów czyjejś natury jest jednak chybionym pomysłem. Takie nierealistyczne myślenie wzmacnia też popkultura – Ana z „50 shades of Grey” nauczyła Christiana kochać, a Bella odmieniła serce Bestii. W prawdziwym życiu takie związki są jedynie skazywaniem siebie na bezcelowe cierpienie – a takie nikogo jeszcze nie uszlachetniło.

Kiedy chcesz uratować Wasz związek. Tak, w dobie bardzo długiego „chodzenia ze sobą” przed ślubem już nie tylko poczęcie dziecka jest powszechnie stosowanym sposobem na „naprawę” związku – bywa nim także samo zawarcie małżeństwa. Niektórym młodym osobom wydaje się, że fakt, że będą miały wspólne nazwisko, konto i garść pięknych wspomnień z dnia zaślubin, na nowo je do siebie zbliży i ponownie rozpali żar uczuć. Jednak ślub – choć jako sakrament ma moc umacniania i uświęcania miłości – nie jest zabiegiem magicznym. Jeśli czujecie, że to, bo było między Wami się wypaliło – i nie jest to chwilowy kryzys lub przytłoczenie codziennością – z szacunku do tego, co kiedyś Was łączyło oraz do siebie samych, nie myślcie o ślubie.

W Kościele od paru lat – dokładnie od 2016 roku, kiedy ukazał się kontrowersyjny dokument „Amoris laetitia”papieża Franciszka – toczy się dyskusja na temat możliwości udzielania Komunii rozwodnikom żyjącym w ponownych związkach. Teolodzy są w tej kwestii bardzo podzieleni – nie wiem, czy w ciągu najbliższej dekady uda się wypracować powszechnie akceptowane stanowisko. Sądzimy jednak, że tematem, przed którym Kościół nie może w tej sytuacji uciekać, jest odpowiednie przygotowanie młodych (albo i niemłodych) ludzi do małżeństwa. Jeżeli ludzie, którzy zamierzają się pobrać w kościele, będą naprawdę świadomi, z czym wiąże się chrześcijańskie małżeństwo, to zapewne zawieranych ślubów będzie mniej, ale małżeństwa takie będą trwalsze. Podczas nauk przedmałżeńskich powinno mówić się nie tylko o tym, co trzeba załatwić, aby wziąć ślub, ale także jak właściwie przygotować się duchowo i emocjonalnie do życia w małżeństwie oraz o tym, że są sytuacje (jak te wyżej wymienione), w których lepiej jest jednak ślubu nie brać.

Umiejętność powiedzenia „nie” w odpowiednim momencie czasem jest jedynym sposobem na uchronienie się przez bezmiarem cierpienia w przyszłości.

Continue Reading

Z TARCZĄ CZY NA TARCZY (ZEGARA)?

Mamy dziś Światowy Dzień bez Śmiecenia.
W języku angielskim jego nazwa brzmi World non-waste Day. To ciekawe, ponieważ „waste” oznacza także „tracić”, „marnować” – na przykład w kontekście czasu.
O ile każdy katolik wie (lub wiedzieć powinien), że wyrzucanie do lasu worków pełnych odpadów czy wrzucanie do pieca starych opon jest o grzechem, o tyle często nie zastanawiamy się, jak bardzo zaśmiecamy swój czas.
To prawda, że dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie są bardzo zapracowani – kiedy nie ma się umowy o pracę (a wśród młodego pokolenia jest to powszechne), to często trzeba pracować w wielu miejscach na raz. Do tego dochodzą kursy, szkolenia, studia podyplomowe – i zwykle na to się powołujemy, tłumacząc, że „nie mamy czasu”.
Ale jest też druga strona medalu – setki tysiące zmarnowanych godzin. Czas, który przecieka nam przez palce, którego nie umiemy sensownie wykorzystać. Zaśmiecamy sobie swój czas scrollowaniem fejsa czy insta, oglądaniem filmików z kotami, narzekaniem na cały świat, włóczeniem się po centrach handlowych, choć tak naprawdę nie potrzebujemy zakupów i nie interesuje nas moda. A później padamy na kanapę, z poczuciem wyczerpania i myślą, że to „coś” na co czekamy, chyba nigdy nie nadejdzie.
Wielu z nas wolnego czasu nie celebruje, lecz go zabija. Łejstje. Maruje, zaśmieca. Nawet wtedy moglibyśmy cieszyć się chwilą i ćwiczyć bycie tu i teraz (czyli w języku psychologicznym „uważność”) – na przykład podczas spaceru z psem – sięgamy po smartfon. W efekcie nie wykorzystujemy minut, które mogłyby być przyjemnie zwyczajne. Ze swojego czasu robimy prawdziwe wysypisko śmieci.
A gdyby tak zadać sobie trzy ważne pytania:
– co zazwyczaj robię, kiedy „nic nie robię”?
– jak często po prostu chłonę otaczającą mnie rzeczywistość?
– gdyby ktoś znienacka przyszedł do mojego domu, kiedy nie pracuję ani nie jestem zajęty obowiązkami, to na czym by mnie zastał?
Sądzę, że szczera odpowiedź na te pytania może pokazać nam, czy my też mamy problem z zaśmiecaniem swojego czasu.
Często słyszymy, że powinniśmy szanować lasy, ponieważ kurczą się one w zastraszającym tempie.
A przecież, jeżeli chodzi o czas, to być może zostało go nam mniej, niż nam się wydaje.
Continue Reading

Druga rocznica śmierci ks. Jana Kaczkowskiego

Dziś mijają dwa lata od śmierci ks. Jana Kaczkowskiego.
Naszym zdaniem jest on bez wątpienia godnym kandydatem na ołtarze.
Był najlepszym na świecie katokołczem. Nigdy nie spotkaliśmy go osobiście, ale on i tak nauczył nas kilku ważnych rzeczy:
👉można być człowiekiem wierzącym, ale jednocześnie napotykać na swojej drodze wątpliwości,
👉można być wymagającym, a przy tym ciepłym i wyrozumiałym,
👉można być poza schematami (na przykład kochać tridentinę, ale nie deklarować się jako trads),
👉można zmienić swoje życie, ale nie wypierać się błędów przeszłości,
👉nie można być draniem.
 
Mamy nadzieję, że spotkanie face to face, choć nie wypaliło na tym świecie, dojdzie do skutku po drugiej stronie. W sumie to warunki na pewno będą bardziej komfortowe.
A Wy, za co kochaliście ks. Jana?
Continue Reading

Pięć lat prostoty. Czego nauczył nas papież Franciszek?

#DziękiFranciszku

Sami nie wiemy, kiedy to się stało, ale… faktem jest, że jutro minie pięć lat, odkąd nieznany Polakom kardynał z antypodów został wybrany na następcę św. Piotra. Paradoksem całej tej sytuacji było to, że większą „sensacją” od wyboru nowego papieża był w świecie katolików (i nie tylko!) fakt abdykacji Benedykta XVI. Styl bycia Franciszka sprawił jednak, że media szybko zaczęły się nim interesować (w końcu, czy jakikolwiek inny duchowny doczekał się „świeckiej kanonizacji”, czyli otrzymał tytuł Człowieka Roku Magazynu „Time”…?). I, choć jest zdecydowanie za wcześnie, aby pisać ambitne podsumowania pontyfikatu Franciszka, to jednak pokusiliśmy się o podzielenie z Wami refleksją nad tym, co zachwyca nas w pontyfikacie i stylu bycia papieża Franciszka – i za co jesteśmy mu wdzięczni:

  • Prostota i wyrazistość w mówieniu o wierze. Cenimy pisma i homilie Jana Pawła II czy Benedykta XVI, ale musimy przyznać, że przebrnięcie przez nie było wcale łatwe (jedną stronę „Pamięci i tożsamości” czytałam czasem kilka razy). Franciszek wypowiada się konkretnie i prosto, a do tego posługuje się porównaniami, które jest w stanie zrozumieć każdy człowiek – również prosty, nienadążający za retorycznymi zawijasami i nieczujący się pewnie w meandrach teologii.
  • Podjęcie na nowo tematów związanych z ochroną środowiska. Dla nas to kwestia bardzo osobista – od dawna angażujemy się w pomoc zwierzakom, jesteśmy wegetarianami, jeździmy na rowerach (tu powinnam wstawić „emotikon wink”) i uwielbiamy wypoczywać na łonie natury. W encyklice „Laudato si” Franciszek przypomina nam, że „czynienie ziemi sobie poddanej” nie oznacza wcale bezmyślnego niszczenia i tłumaczy, że nadmierna eksploatacja naturalnych dóbr odbija się na zdrowiu i życiu zwłaszcza ludzi ubogich – na przykład mieszkańców Afryki.
  • Zwrócenie uwagi na problem ubóstwa. Choć nie pławimy się w luksusie, to jednak trzeba przyznać, że jako młodzi, zawsze syci Europejczycy nie do końca byliśmy sobie w stanie wyobrazić, jak żyje się wtedy, kiedy nie wiadomo, czy następnego dnia będzie co włożyć do garnka (a być może nie rozumiemy tego nadal). Ojciec Święty nieustannie kieruje wzrok chrześcijan na problemy tych, którzy nie mogą kupić sobie designerskiej torebki z popularnej sieciówki, lecz w pocie czoła te torebki szyją – często za głodowe stawki. Taka zmiana optyki naprawdę uczy wrażliwości i… wdzięczności za to, co sami posiadamy.
  •  Świadomość, że nie każdemu musi się podobać to, co robimy. Franciszek jest bez wątpienia „katolickim celebrytą”- mnóstwo ludzi go uwielbia i powołuje się na jego słowa, ale z drugiej strony – nie brak osób (przeważnie konserwatywnych bądź wręcz bliskich lefebrystom), które się z nim nie zgadzają, a nawet posądzają o „wprowadzanie do Kościoła ducha modernizmu”. Franciszek chyba niespecjalnie się tym przejmuje – po prostu realizuje cele, jakie przyjął na początku pontyfikatu. W dobie  „lajkofilii”, czyli palącego społeczeństwo dążenia do zdobycia uznania (nie tylko w mediach społecznościowych), taka stałość i pewność własnych dążeń naprawdę robi wrażenie!

A Wy, za co podziękowalibyście Franciszkowi?

Continue Reading

Wojna postu z walentynkami, Kaczmarski i garść banałów

Twórczość Kaczmarskiego towarzyszy mi, odkąd zaczęłam – nazwijmy to – samodzielnie myśleć. I choć większość jego utworów optymizmem raczej nie napawa, to jest to jeden z tych artystów, wśród którego twórczości można znaleźć wiersz chyba na każdą okazję. Jest więc (bo jakże inaczej!) utwór na dzień dzisiejszy: walentynki i środę popielcową w jednym. Mam oczywiście na myśli utwór „Wojna postu z karnawałem”, który to zresztą został zaispirowany obrazem Bruegela o tym samym tytule.

I rzeczywiście, trudno nie dostrzec tutaj punktu zapalnego, pretekstu do wojny, do przeciwstawienia poważnemu, wymagającemu wyrzeczeń popielcowi nieco kiczowatego w swojej oprawie dnia zakochanych. W końcu jest to jakiś sprawdzian naszego religijnego zaangażowania – czy wybierzemy się na romantyczną kolację i będziemy słuchać piosenek z komedii romantycznych przy szampanie z truskawkami, czy zdecydujemy się pościć o chlebie i wodzie. Ale z drugiej strony, być może jest tak, że jesteśmy zbyt przeładowani (w znacznej mierze dzięki retoryce naszych polskich duszpasterzy) militarnymi odniesieniami, doszukiwaniem się „znaku czasów” i „walk duchowych”? Bo przecież para zakochanych katolików może świętem swojej miłości uczynić także początek Wielkiego Postu. Każda relacja, każdy bliski związek czasami przechodzi przecież przez okres karnawału, ale zdarzają się się także momenty, kiedy nasze wspólne życie przypomina raczej maraton pokutny. Bo – posłużę się teraz truizmem – takie jest życie.

Dziwny miks walentynek i popielca może być okazją do tego, aby wspólnie doświadczyć jakiegoś wyrzeczenia, wspierać się w rezygnacji z czegoś (z mięsa, z kolacji przy świecach, z posiłku w wersji de luxe). Pewnie, można próbować to wszystko pogodzić – i jako jedyny posiłek do syta, który nam dziś przysługuje, potraktować kolację we włoskiej knajpie, w której główne miejsce zajmie łosoś i czerwone wino – ale jednak czujemy, że jest to po prostu nieautentyczne, niezgodne z ideą postu ścisłego (która – naszym zdaniem – jest bardzo słuszna i potrzebna w czasie szalonej konsumpcji). Może więc warto, by wierzące pary udały się razem do kościoła, pozwoliły posypać sobie głowy popiołem i spędziły ten dzień raczej w ciszy? To nie tylko wspaniały duchowy „trening”, ale i okazja do bycia razem w sposób głębszy, bardziej dojrzały – bo jeśli określamy się jako wierzący, to dojrzałość wiąże się z wykonywanem obowiązków religijnych, wynikających z danej wiary.

Przecież darzyć się wzajemnym uwielbieniem można także wtedy, kiedy nie jesteśmy syci i wesołkowaci, gdy – jak śpiewał Mistrz – nie roi się pstrokate mrowie i nie roi się wśród zgiełku.

Continue Reading

Słodkie fraczki

O tym, że kochamy święta nieformalne, już Wam kiedyś pisaliśmy. Na pewno ucieszycie się więc, gdy powiemy Wam, że dziś jest kolejny dzień, którego nie sposób nie obejść –  Dzień Wiedzy o Pingwinach. Czyż te zwierzątka nie są wspaniałe? Mimo że są nieporadne na lądzie, świetnie sobie radzą w wodzie, w której spędzają mnóstwo czasu. Przygotowaliśmy dla Was kilka ciekawostek na temat tych uroczych ptaków – raz, że warto popularyzować wiedzę o zwierzakach (nawet jesli nie ma się głosu Krystyny Czubówny), a dwa – wierzymy, że otaczająca nas flora i fauna może – przy odpowiednim levelu wrażliwości – pomóc nam w duchowym wzrastaniu. Startujemy!

1. Pingwiny nie mają zębów, więc muszą połykać pokarm w całości – aby go rozdrobnić, muszą także połykać kamienie, które im to ułatwiają. Tak robi wiele ptaków i nie jest to nic wyjątkowego, jednak w przypadku pingwinów kamyki te są także potrzebne do nurkowania na większą głębokość. Na ogół nie jadam kamieni (mimo zamiłowania do kulunarnych eksperymentów, tego składnika na próżno szukać w naszej kuchni), ale sądzę, że nie jest to przyjemne uczucie i że pozornie może się to wydawać bezsensowne – w końcu ptaki nie najadają się kamieniami. Jednakże, w naszym życiu duchowym także nie brak przecież sytuacji, kiedy coś wydaje się nieprzyjemne lub bezsensowne – wielu katolików ma na przykład problem z pryzjęciem zasadności piątkowej wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych lub powstrzymania się od niekoniecznej pracy w niedzielę.A jednak te wymagania, te „przełykane kamyki” przynoszą wiele dobrego – także dla naszego zdrowia. Kiedyś na pewno rozwiniemy ten temat 🙂

2. Kolejną cechą tych ptaków jest ich stadność. Oznacza to że najlepiej czują się w grupie – razem pływają, jedzą oraz się bawią. Niektóre stada mogą liczyć do dwóch milionów osobników! Człowiek jest także zwierzęciem stadnym – również nasza duchowość najlepiej rozwija się wtedy, gdy mamy wokół siebie wspólnotę (gwiazdka: nie dotyczy to pustelników). Może zatem warto zorientować się, jakie fajne duszpasterstwa działają w naszej okolicy…?

3. Pingwiny lubią ślizgać się na brzuchu – jak ustalili naukowcy, daje im to radość, ale także pomaga pokonywać długie dystanse na lodzie. Wniosek? No bardzo proszę: przyjemne jest pożytecznym o wiele częściej, niż nam się wydaje. Czasami nawet obejrzenie głupiego filmu lub przeczytanie złej książki (ot tak, dla fanu, nie z konieczności) może sprawić, że w głowie zaświta nam jakaś genialna myśl, godna zacnego teologa. Bo gdyby tak miało nie być – to czemu czytanie o pingwinach i oglądanie zdjęć pingwinich rodzin jest tak wciągające? 😉

 

 

Continue Reading

Adoracja nie tylko na froncie

https://img5.dmty.pl//uploads/201001/1264603499_by_Sanchezo_600.jpg

Jak kanistry jaramy się świętami nietypowymi. Dziś na przykład wypada Dzień Wzajemnej Adoracji! Cieszycie się? Bo my bardzo! Oczywiście oznacza to, że jako mąż będę musiał swojej kochanej Katolwicy wyrazić uczucia w nieszablonowy sposób – może to jest właśnie najlepszy sposób na celebrowanie tego dnia…?

Intrygująca jest historia powstania tego święta: otóż dzień ten został „powołany”podczas pierwszej wojny światowej, aby odwrócić uwagę wszystkich od sytuacji na froncie i umożliwić im skupienie się na osobach, na których im zależało. Jest w tym coś głęboko poruszającego – uwidacznia się tu ludzkie pragnienie relacji i ciepła, nawet wtedy, kiedy wokół dzieją się straszne rzeczy. Ludzie, którzy byli świadkami śmierci kolegów i miesiącami (a niekiedy latami) nie widzieli swoich bliskich, mieli tego jednego dnia przywołać ich obrazy i dobre wspomnienia. Sądzę, że to dobra okazja, by dziś zastanowić się, jak wiele dobra dostaliśmy od innych osób. Nie czekajmy na wojnę, rozłąkę lub cokolwiek innego, by docenić naszych bliskich. Myślmy o nich ciepło już dzisiaj – i oczywiście dajmy coś od siebie. Spieszmy się adorować!

No dobra, ale przecież „adoracja” brzmi romantycznie (bo „adorator”) albo kościelnie (bo adorujemy także Najświętszy Sakrament). Ale przecież adoracją może być także telefon do przyjaciela, z którym jakoś ostatnio nie mieliśmy czasu pogadać. Może to być obdarowanie uśmiechem drugiej osoby. Mały gest może poprawić nastrój osobie, którą spotykasz. Warto też tego dnia zastanowić się, co przeważnie przekazuję innym od strony emocjonalnej: czy jest to radość i serdeczność, czy może ludzie mają powody do tego, by postrzegać mnie jako chmurę burzową?

Wspaniałego Dnia Wzajemnej Adoracji!

Continue Reading

Gadasz z Bogiem? Nie kokietuj!

#mojamodlitwa

Sytuacja pierwsza:

Jesteś mega wkurzony na szefa. To, co powidział lub zrobił Ci dziś w pracy, było naprawdę słabe. Masz ochotę podpalić siedzibę firmy, a szefowi rozwalić auto. Masz jednak świadomość, że za takie rzeczy grozi kryminał – no i jesteś katolikiem. Wracasz więc do domu, jesz obiad, oglądasz film. W końcu przychodzi czas na sen, a przed nim – wieczorną modlitwę. I chociaż wciąż kipisz złością, wewnątrz Ciebie niemal buzuje jad, to czujesz, że Bogu o trudnych emocjach (takich jak wściekłość) się nie mówi. Zaczynasz więc tkać słowa misterne jak koronka, odmawiasz pacierze w intencji pokoju na świecie, zachowując powagę godną Oleńki Billewiczówny. Po modlitwie jesteś już nie tylko wkurzony, ale i zmęczony. Cóż…. przynajmniej wypełniłeś obowiązek.

Sytuacja druga:

Choć bardzo prosiłeś Boga, aby rozwiązął Twój problem, dziś spotkała Cię prawdziwa tragedia. Ktoś znajomy – mimo modlitwy i postu – nie został uzdrowiony, w rodzinie dzieje się coraz gorzej albo właśnie otrzymałeś wymówienie z pracy, choć odmówiłeś Pompejankę w intencji stabilizacji zawodowej. Chce Ci się wyć, szlochać, masz ogromny żal do Boga. Czujesz się przez Niego opuszczony. Podczas modlitwy jednak pilnujesz, by żal z Ciebie nie wyciekł, nie wylał się poza Twój umysł – próbujesz więc Bogu pokazać, że mimo wszystko trwasz przy Nim w pokorze. Po odłożeniu różańca, długo jeszcze łkasz w poduszkę. W poczuciu zupełnej samotności.

Wspólny mianownik? Próba „zabłyśnięcia” przed Bogiem, który przecież jest Światłością. Próba kreowania się na kogoś, kim się nie jest, przed Osobą, która zna wszystkie nasze myśli. Chęć zaimponowania Komuś, kto tak bardzo ceni pokorę. Że to bez sensu? No pewnie. Bo modlitwa (choć nigdy się nie „marnuje”) przynosi owoce przede wszystkim wtedy, kiedy jest szczera i płynie z głębi serca.

Dopóki żyjemy na tym „łez padole”, w naszym życiu będzie obecny i ból, i lęk, i wściekłość. Będziemy targani różnymi emocjami. Nieraz poczujemy żal do Boga, wiele razy to, co na nas ześle, będzie dla nas trudne, przygniatające, niezrozumiałe. Dlaczego wiec w modlitwie nie mielibyśmy Mu o tym wszystkim powiedzieć? Czemu nie potrafimy modlić się tak, jak Jezus konający na krzyżu – „Boże Mój, czemuś Mnie opuścił?”.

Sądzimy, że wynika to przede wszystkim z wychowania (w wielu domach nie ma przecież przyzwolenia na okazywanie na przykład złości) oraz fałszywego obrazu tak zwanej bojaźni Bożej. W byciu w kontakcie z Jezusem nie chodzi przecież o budowanie swojego duchowego PR-u, o kokietowanie, jacy to nie jesteśmy pobożni i usłużni – chodzi o szczerość. Czasami dobrze jest powiedzieć Bogu, że nie podoba nam się to, co dla nas przygotował, albo że mamy dość swojej roboty. Któż zrozumie nas lepiej, niż Bóg, który przyszedł na świat także po to, by dzielić nasze doświadczenia, by być podobnym do nas…?

Wydaje nam się, że w znacznej mierze uwolniliśmy się już od chęci „bycia świętszymi od papieża” w zakresie modlitwy. Najczęstszym wyobrażeniem na ten temat jest uklęknięcie, złożenie rączek i odklepanie “kanonu” paciorka – „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, Wyznanie wiary i prośba do Anioła stróża. Otóż my modlimy się w zupełnie inny sposób. Kiedy leżymy wspólnie w łóżku żegnamy się, bierzemy się za ręce i zaczynamy gadać z Bogiem. O czym gadamy? O tym, o czym można rozmawiać z najlepszym przyjacielem: mówimy, że dziękujemy za dzisiejszy dzień, za to, że nadal możemy się cieszyć sobą. Ale nierzadko zdarza nam się powiedzieć także coś w stylu:”Boże zrób coś z tym, bo już nie dajemy rady”, albo „Boże, dlaczego nas ostatnio nie wysłuchałeś?!”. Taka modlitwa może się wydawać niekonwencjonalna, ale taka właśnie nas (bo mówimy o swoim doświadczeniu) przybliża do Boga, pomaga choć trochę zrozumieć, czym jest życie z Bogiem, traktować religijność nie jako ludowy element wystroju osobowości, ale jako element życia, które – o czym wszyscy wiemy – potrafi człowiekowi dopiec. Jeśli sami odsuniemy Boga od naszych trudnych emocji, od zawirowań, nie będziemy z Nim szczerzy – to sorry, ale raczej nie uda nam się zbudować z Nim sensownej, trwałej relacji. Być może przy pierwszym kryzysie wszystko się rozleci i nasza wiara albo umrze całkowicie, albo stanie się wydmuszką.

Żeby było jasne – nie jesteśmy żadnymi mistrzami duchowości. Nie mamy nawet teologicznego wykształcenia. Inspiruje nas jednak chociażby fragment Starego Testamentu – a dokładniej z  Księgi Jeremiasza, kiedy to Jeremiasz gorzko krytykuje Boga za posługę, do jakiej został powołany (Jr 20,7-18). Nawet ma do Niego pretensje o  fakt własnego urodzenia! Przecież on był prorokiem, osobą oświeconą – dlaczego więc aż tak mocne słowa padają z jego ust? Ponieważ w tym fragmencie zostało nam pokazane coś szalenie ważnego – BĄDŹ SZCZERY, NIE KOKIETUJ!

PS Dodatkowo, chcielibyśmy polecić Wam film, w którym ks. Piotr Pawlukiewicz kapitalnie wyjaśnia istotę „ostrej” rozmowy z Bogiem. https://www.youtube.com/watch?v=Hej9KhkALTY.

Continue Reading

Kolczasta teologia. Czego o Bogu dowiemy się od jeża?

Tak, dzisiaj swoje święto obchodzi kolczasty i przesympatyczny mieszkaniec lasów – jeż! 10. listopada wypada bowiem Światowy Dzień Jeża. Z tej okazji może niekoniecznie chciałabym składać życzenia wszystkim jeżykom (nie mam informacji, by jakiekolwiek tu zaglądąły). ale jednak nie będę tej wyjątkowej okazji pomijać.

Ktokolwiek chodził do przedszkola, zapewne pamięta, jak z okazji jesieni dostawaliśmy do kolorowania obrazki z jeżem, który na swoich kolcach niósł jabłko. Czasami taki jeżyk pojawiał się też w szkolnych książkach – przeważnie był uśmiechnięty, jego oczy były duże i wyraziste (wiadomo – postać obdarzona dużymi oczami wydaje się bardziej słodka, sweet, kawaii), a jabłko na jego grzbiecie było duże, czerwone i dorodne. Moja znajoma z lat dziecinnych miała nawet jeża z jabłkiem wyszytego na ogrodniczkach (dla niewtajemniczonych: ogrodniczki to takie spodnie na szelkach).

Nie przypominam sobie lekcji przyrody, czy później biologii, na których byłoby wspomniane o coś na temat stosunków jeży do jablek. Znaczna część dzieci niezwruszenie trwałą więc w przekonaniu, że jeże gustują w tych owocach, a zatem pewnie generalnie lubią owoce.

Jeża nie obchodzą jednak nasze przekonania. Na przekór naszym wyobrażeniom jeż postanowił być mięsożerny. Nie ma też w zwyczaju nosić pokarmu na kolcach – te służą mu jedynie do obrony.

Jakiś czas temu wraz z Mężem opiekowaliśmy się jeżem. Znaleźliśmy go przy ruchliwej ulicy, dlatego postanowiliśmy wziąć go do domu, by następnie (po obserwacji) wypuścić go do lasu. Nadaliśmy mu nawet tymczasowe imię – Teofil. Dowiedziawszy się, że jeże jabłek nie jedzą, karmiliśmy go psim jedzonkiem oraz obalaliśmy przekonania mojej mamy, jakoby jeże miały roznosić wściekliznę (zdarza się to baaaaaardzo rzadko, ale trudno jest obalić pokutujący mit). Jeż wrócił do lasu, a my miło wspominamy chwile, które spędził u nas w domu. Ale zostawmy wspominki – wróćmy do tematu głównego.

Dieta jeża stawia przed nami intelektualne wyzwanie: co jeszcze z jego, co przyjmujemy za pewnik (niczym dietę jeża opartą na jabłkach), jest ściemą? Oczywiście, z racji duchowej zajawki, pytanie to odnoszę do naszych wyobrażeń na temat Boga i ogólnie niebiańskiej rzeczywistości. Które z naiwnych obrazków z katechizmu dla dzieci, które przekazy od rodziców, własne pomysły na to, jaki Bóg jest, nie mają nic wspólnego z prawdą…?

Edukacja teologiczna katolików leży i szlocha. Ludowa teologia, mówiąca na przykład, że przeklinanie to grzech, że bycie świętym to bycie bez żadnego grzechu, że Maryja była tylko „naczyniem” dla mającego przyjść na świat Jezusa, niejednoktornie oddala nas od Prawdy – a więc od Boga. Znam osobiście dorosłych ludzi, którzy pozostali przy swoim dziecinnym wybrażeniu „Bozi”, a przed każdą spowiedzią symbolicznie wbijają się w pierwszokomunijny garnitur. Taka postawa hamuje rozwój duchowy, niekiedy przyczyniając się do odejścia od Kościoła – bo przecież „Bozia jest dziecinna”.

Jasne, nie wszystko jestesmy w stanie objąć rozumem – dlatego czasami idziemy na łatwiznę, pozostawiając sobie w głowie wyobrażenie np. anioła takie, jakie znamy z obrazków, jakich pełno w dziecięcych pokojach (smukłego blondyna z zaróżowionymi policzkami). Rozwój chrześcijanina powinien się jednak wiązać także ze stawianiem pytań, pogłębianiem swojej wiedzy, a czasem – obracaniem w proch swoich przekonań, gdy okazują się nieprawdziwe.

Może warto pewnego wieczoru usiąć w domowym zaciszu z kartką papieru i wypisać swoich 10 (lub więcej) skojarzeń i przekonań na temat Boga, a potem zastanowić się, skąd je wzięliśmy? Zapytać siebie „skąd to wiem”, „kto mi tak powiedział”, a następnie zweryfikować te informacje?

Wnioski mogą być być zaskakujące, a nawet kłujące jak jeżowy kolec. Chciałbyś się nimi podzielić…? 😉

Continue Reading