To wolna niedziela, z handlem się rozstajemy…

https://wtemacie24.pl/wp-content/uploads/2017/09/725a.jpg

Witajcie w pierwszej niedzieli wolnej od handlu! Jak spędzacie ten czas?

Piotr Duda, prezes Solidarności, powiedział, że „Niedziela powinna być dla Boga i rodziny”. Oczywiście, że się z tym zgadzamy, jednak czy na pewno osiągniemy to poprzez akty prawne? Przecież jest wiele branż, które mogą dzisiaj działać na starych zasadach – stacje benzynowe, kawiarnie i bistra, sklepy z dewocjonaliami, kina czy teatry. Dlaczego zatrudnieni tam ludzie mają nie mieć wolnej niedzieli dla „Boga i rodziny”? Ponadto, w dzisiejszych czasach czasem trudno jest określić, co jest pracą konieczną, a co nie – i co jest pracą w ogóle. Czy pisanie postu na bloga to praca, czy realizowanie hobby? A co, jeśli na tym zarabiamy? A prowadzenie zajęć w klubie fitness przez fit freaka? No i co ze studentami zaocznymi i ich wykładowcami? Poza tym, nie wiadomo, czy żarty o Orlenie, który otworzy stoiska z nabiałem, nie staną się rzeczywistością. Albo czy sieciówki odzieżowe nie wprowadzą nagle do sprzedaży łańcuszków z podobiznami Jezusa – w końcu sklepów z dewocjonaliami ustawa nie obejmuje… Sprytni przedsiębiorcy zapewne znajdą wiele sposobów, aby zakaz obejść. Poza tym, w czym „gorsze” są kelnerki od kasjerek? One przecież „obowiązkowego” wolnego nie mają. No i co z niekatolikami, którzy swoje dni świąteczne obchodzą kiedy indziej…?

Choć idea niedzieli spędzonej w kościele i domowym zaciszu jak najbardziej do nas przemawia, to jednak nie jesteśmy fanami nowej ustawy – nie jesteśmy raczej zwolennikami „ręcznych” rozwiązań. Pytań jest zbyt wiele, by odpowiedzieć na nie jedynie ustawą zakazującą niedzielnego handlu. Jedynym trwałym rozwiązaniem problemu przepracowania i braku czasu dla rodziny byłoby wypracowanie nowej kultury zatrudnienia. Rodziny z pewnością byłyby szczęśliwsze, gdyby pracodawcy szanowali to, że ludzie – nawet ci zatrudnieni na umowach zlecenie – mają prawo do życia prywatnego i wolnych dni (dla wielu osób zapewne byłaby to właśnie niedziela). I gdyby ludziom – a więc i studentom, i seniorom – płacono tyle, by nie musieli oni pracować od świtu do zmierzchu przez 7 dni w tygodniu (oczywiście, na miarę tego, na co dana firma może sobie pozwolić). I gdyby, w końcu, zaczęto traktować pracowników poważnie i zaczęto zatrudniać na poważne umowy (pięć lat na wspomnianym już zleceniu to na ogół kpina z drugiego człowieka).

Jako katolicy żałujemy, że w kazaniach tak rzadko słyszy się słowa kierowane do osób zatrudniających innych, by szanowały swoich podwładnych – w końcu to też jest element społecznej nauki Kościoła. Może, gdybyśmy – jako wspólnota – lepiej formowali tych, którzy w przyszłości stają na czele firm i korporacji, to ustawa o wolnych niedzielach nie byłaby konieczna…? Praca u podstaw zawsze przynosi lepsze efekty, niż mechaniczne ograniczanie skutków wcześniejszych zaniedbań.

 

Continue Reading

Dawajmy sobie w żyłę!

Ostatnio stacja TVN 7 wyemitowała „dokument” „Zaszczepieni”, który ma za zadanie przekonać odbiorcę, że szczepienia powodują autyzm.

Uważam, że jest to wielka hańba dla tej stacji – i wielką hańbą jest podscycanie lęków przed szczepieniami. Szczepienia ochronne są przecież nie tylko okazją do uniknięcia groźnych chorób, ale także aktem miłości bliźniego – w końcu jeśli ja się zasczepię, to w pewnym sensie biorę odpowiedzialność za zdrowie innych osób, które mijam w drodze do pracy.

Mechanizm, którym posługują się ruchy antyszczepionkowe, jest taki sam, jak we wszystkich spiskowych teoriach dziejów: bazuje na lęku. Postanowiliśmy więc przeciwstawić lękowi rzetelną wiedzę i poprosiliśmy o wypowiedź eksperta – dr chemii bionieorganicznej Magdę Rowińską-Żyrek. Pani doktor odpowiedziała nam na kilka pytań, które nurtują współeczesnych rodziców (i nie tylko!). Oddajmy więc głos specjalistce.

 

 

Wyobraźmy sobie, że przychodzi do Pani jako do ekspertki osoba, która zastanawia się, czy zaszczepić dziecko. Co by jej Pani odpowiedziała?

Jeśli miałabym odpowiedzieć jednym słowem – szczepić. Jeśli mamy więcej czasu na rozmowę, to zapytam, nad którą szczepionką się zastanawia i co budzi jej lęk. Czy pyta ogólnie o wszystkie szczepienia, tylko te podstawowe, czy rozważa szczepionki 5/6 w 1? W internecie krążą różne ‘argumenty’ przeciw szczepieniom – najczęstsze mówią, że szczepionki zawierają aluminium, rtęć i formaldehyd.

Aluminium, a w zasadzie po polsku glin, działa jako immunostymulant. Faktycznie jego śladowe ilości znajdują się w szczepionkach. Mówią organizmowi ‚oho! szykuj się do rozpoznawania tego antygenu, bądź w pełnej gotowości’. Żeby dobrze zobrazować ilość, która trafia do krwiobiegu: jest go mniej, niż po regularnym spożywaniu mleka modyfikowanego.

Co do rtęci – jest w niektórych szczepionkach w związku o nazwie thimerosal. Jest on metabolizowany do etylortęci i usuwany wraz z moczem. I tak: dla ludzi szkodliwa jest metylortęć – to ona przekracza barierę krew-mózg za pomocą transportera metioninowego i glutationowego. Etylortęć tego nie robi, bo nie jest w stanie ‘oszukać’ tych transporterów. Nie trafia do mózgu, jest usuwany wraz z moczem.

Jeśli decydujemy się szczepić szczepionkami refundowanymi, a nie 5/6 w 1, dziecko w pierwszych dwóch latach życia dostanie trochę więcej rtęci, ale różnica jest marginalna.

I jeszcze ciekawostka – w słynnej szczepionce MMR (odra, świnka. różyczka), tej która wg Wakefielda (o nim niżej) miała wywoływać autyzm, thimerosalu akurat nie ma.

Co do formaldehydu – jak najbardziej, również znajduje się w niektórych szczepionkach. Szczególnie cenny jest w szczepionkach atenuowanych (żywych), bo inaktywuje bakterie i wirusy. Czy powinniśmy się go bać? Nie. Człowiek wytwarza tzw. endogenny formaldehyd, potrzebny nam do produkcji aminokwasów. Niemowlę, powiedzmy 5 kilogramowe, będzie miało w sobie coś koło 1,1 mg formaldehydu. Zawartość formaldehydu w szczepionce to mniej niż 0,1 mg – czyli ponad 10 razy mniej!

Opowiedziałabym jeszcze historię Andrew Wakefielda, człowieka, który chciał ‘na skróty’ przejść swoją karierę naukową.

Uwaga, tu (kursywą) fragment opisu historii z bloga ‘https://mamaistetoskop.pl/cala-prawda-o-szczepionkach/’

Opinia publiczna po raz pierwszy zwróciła na niego uwagę, gdy w 1993 roku opublikował pracę naukową sugerującą, że wirus odry wywołuję chorobę Crohna. Dwa lata później pisał już, że to nie wirus, a szczepionka na odrę wywołuje tą chorobę. Jego prace budziły coraz większe kontrowersje, a przez to również zyskiwały rozgłos, na którym mu zależało. Andrew zainteresował się w tym czasie rosnącym w siłę ruchem antyszczepionkowym i w 1995 roku nawiązał współprace z ojcem dziecka cierpiącego na autyzm i chorobę jelit. Ojcem, który prowadził grupę rodziców innych dzieci z autyzmem i który z pomocą prawnika próbował uzyskać odszkodowania od firm farmaceutycznych, ze względu na chorobę syna. Rok później, Wakefield opublikował swoją słynną pracę wykazującą, że winę za autyzm u dzieci ponoszą twórcy szczepionek.

Badanie to było przeprowadzone jedynie na dwunastu przypadkach chorych dzieci, z których pięcioro od urodzenia nie rozwijało się prawidłowo. Pacjenci byli rekrutowani dzięki pomocy działaczy organizacji przeciwników szczepionki MMR, a badanie było zamówione i finansowane przez prawnika i rodziny dzieci, w celu przygotowania pozwu sądowego. Ponadto, rodzice tej dwunastki dzieci zostali poinformowani jakich objawów powinni się u swych dzieci doszukiwać i to na podstawie ich późniejszej relacji opierała się praca Wakefielda. Lekarz przez cały okres swojej pracy badawczej dostawał od prawnika tych samych rodziców wynagrodzenie. Wakefield jednocześnie próbował wytworzyć testy wykrywające wirusa odry, których sprzedaż miała drastycznie wzrosnąć po wycofaniu z użycia szczepionki MMR. Badanie opłacane przez rodziny chorych dzieci miało mu pomóc w realizacji tego planu.

Wakefield miał wiele możliwości do powtórzenia badań i potwierdzenia wyników przedstawionych w swojej publikacji albo do zwykłego przyznania, że się pomylił. Jednak nigdy nie zgodził się na powtórzenie badań, ani na przeprowadzenie ich na większej i przez to bardziej wiarygodnej grupie dzieci. Wakefield nie ustąpił nawet, gdy niemal wszyscy współautorzy tego feralnego badania w 2004 roku całkowicie wycofali się ze swojego stanowiska. Wakefield do dziś twierdzi, że nie zrobił nic złego.

 

Efektem ubocznym jego  jest matactw Wakefielda są lokalnie powracające ogniska chorób, o których już kilka lat temu nie słyszeliśmy (ostatnio podobno Włochy zmagają się od niedawna z epidemią odry). Nic to, TVN7 puszcza dokument wyreżyserowany przez tego ‘naukowca’….

 

Lęk przed szczepieniami nie jest niczym nowym – kiedy wprowadzano przymus szczepień, wielu rodziców obawiało się, że dziecko straci duszę (i szansę na zbawienie) przez połączenie jej z duszą zwierzęcą lub że dziecku wyrosną kopytka. Jakie jest Pani zdaniem źródło dzisiejszych lęków?

Faktycznie, fala obaw związanych ze szczepieniami przypomina trochę to, które miało miejsce po wynalezieniu antybiotyków – miały one być ‚dziełem szatana’ i ‚godzić w boski plan’. Tyle, że grzmieli księża z ambony, nie matki z internetu. Z falą dzisiejszych ‘szczepionkowych’ lęków jest trochę inaczej. Myślę, że źródłem jest brak zaufania do specjalistów i podatność na różne spiskowe teorie dziejów. Celują w prymitywne ludzkie lęki (‘koncerny farmaceutyczne nas trują’), są z reguły proste i wzbudzają bardzo dużo emocji. Roznoszą się internetową pocztą pantoflową i osoby, które nie mają naukowego/medycznego/przyrodniczego zaplecza, wiedzę zaczytaną na czyimś blogu przyjmują za pewnik – tak, jak naukowcy za fakt przyjmują dane opublikowanych w renomowanych czasopismach naukowych. Kończy się to tak, że kilkanaście lat pracy naukowej zrównuje się z kilkunastoma minutami intensywnego googlowania.

A stron ‘antyszczepionkowych’ jest w internecie mnóstwo. Najczęściej są przystępne graficznie, z obowiązkowym zdjęciem strzykawki wypełnionej rtęcią, z obficie upiększonym wykrzyknikami tekstem. To łatwo przyswajalne źródło ‘wiedzy’. Prawdziwa nauka jest bardziej ‘ciężkostrawna’, więcej w niej biało-czarnych tabel i wykresów, suchych zwrotów – zawsze po angielsku. To zupełnie nie trafia do społeczeństwa. Poza tym, naukowcy (poza paroma wyjątkami…) nie są grupą społeczną, która będzie ‘nawracać’ ludzi na facebookowych stronach typu ‘stop-NOP’. Gdy ostatnio zaczęłam się dosyć intensywnie na takiej udzielać, kolega-lekarz napisał do mnie ‘Magda, walczysz z wiatrakami…’ i powiedział, że traci wiarę w ludzki rozsądek zawsze wtedy, gdy widzi to zacięcie w oczach rodziców, którzy nie szczepią dzieci, i wtedy, gdy podobny błysk w oku widzi u ludzi z czynną chorobą nowotworową, którzy rezygnują z chemioterapii na rzecz ‘leczenia naturalnego’ wlewami z witaminy C. A ja właśnie nie chcę mieć wrażenia, że walczę z wiatrakami. Nie możemy po prostu postawić krzyżyk na tak dużej części społeczeństwa. Taka pełna nieufności postawa skądś się bierze. Brak zaufania do służby zdrowia? Jestem w stanie zrozumieć. Pediatra ‘machną ręką i kazał szczepić’, zignorował pytania o bezpieczeństwo? A może znany biochemik wypowiadał się o szczepieniach w TV używając terminów, których 95% społeczeństwa nie używa na co dzień? Naprawdę, strony stop-NOP są prostszym wyborem. Może powinniśmy społeczeństwo bardziej edukować? Nie ignorować wątpliwości i wyjaśnić wszystko jak najprościej się da?

Owszem, wśród ‘antyszczepionkowców’ są ‘przypadki zatwardziałe’, których żadne racjonalne, oparte na rzeczowych dowodach naukowych, randomizowanych badaniach, nie przekonają, bo on tak naprawdę nie szuka prawdy, tylko lubi się wyróżniać z tłumu swoją teorią spiskową. Bo ‘on wie’. Ale myślę, że znakomita większość antyszczepionkowców tej prawdy na poważnie szuka. ‘Cośtam złego’ słyszeli, mają wrażenie, że ‘opinie specjalistów są podzielone’ i na wszelki wypadek swoich dzieci, dla których – jestem przekonana – chcą jak najlepiej, po prostu nie szczepią. Problem polega na tym, ze ‘antyszczepionkowi specjaliści’ są bardzo medialni i niesamowicie głośni. Brakuje im merytorycznej wiedzy, ale nie brakuje charyzmy. Większość prawdziwych naukowców to ludzie bardziej wycofani, nie wejdą w dyskusje z internetowymi mamami. A szkoda.

Jakiś czas temu pozwoliłam sobie napisać formalnego maila (ze służbowej skrzynki) do jednego z czołowych polskich propagatorów ruchów antyszczepionkowych, nazwijmy go ‘J.’. Odniosłam się do jego internetowego wpisu, któremu wytknęłam szereg merytorycznych błędów. Napisałam, żeby przemyślał swoje teorie, a wiedzę czerpał z renomowanych (recenzowanych!) czasopism z listy filadelfijskiej (to taka właśnie lista czasopism liczących się w świecie nauki), bo ponieważ jest lekarzem medycyny, cieszy się społecznym zaufaniem (powinien…). Podpisałam się imieniem i nazwiskiem, ‘dr nauk chemicznych i mama małego szczepionego chłopca’. Odpowiedź mnie powaliła. J. zaczął ‘Droga mamuśko’, a potem było już tylko gorzej. Upierał się, że moje zarzuty to takie ‘babskie gadanie’, odbstawał twardo przy tym, że WZW typu B to choroba weneryczna (!), dlatego nie warto na nią szczepić dzieci (wirusowe zapalenie wątroby – można załapać np. podczas operacji) i przy tym, ze dwutlenek węgla łączy się z hemoglobiną, dlatego truje (w tym momencie wszyscy studenci biochemii dostają palpitacji serca… Tak, pomylił z tlenkiem węgla…). Na końcu dodał, że polskie uczelnie są badziewne i się nie znamy, a listę filadelfijską wymyśliło CIA jako wywiad gospodarczy. Naprawdę to napisał. ‘Listę filadelfijską wymyśliło CIA.’

Problem w tym, że dal wielu ludzi taki człowiek może być autorytetem, W końcu lekarz, tak? Taki niepokorny. To modne.

Właśnie takim postawom trzeba stawiać czynny opór, edukować ludzi, pokazywać, że nawet wśród specjalistów zdarzają się szaleńcy…

Pierwsze szczepienia wyglądały dość makabrycznie – nacinanie skóry nie należy przecież do przyjemnych zabiegów. Czy dzisiejsze szczepionki są lepsze, bezpieczniejsze? Dlaczego?

Oczywiście, i lepsze, i bezpieczniejsze! I nie wymagają nacinania skóry… Główny postęp polega na tym, że najczęściej nie używamy już ‘żywych’ szczepionek, które zawierały atenuowanego (osłabionego) wirusa (w obecnym kalendarzu szczepień ‘żywe’ szczepionki to te na gruźlicę, krztusiec (opcja refundowana przez NFZ) i rotawirusy). Wystarczają nam same antygeny, najczęściej części otoczki, które wywołują reakcję immunologiczną. Postęp jest ogromny – tego typu szczepionka nie zawiera wirusa, nie może więc wywołać choroby, nawet u osób z obniżoną odpornością. Kolejna zaleta – w obecnych szczepionkach jest kilkasetkrotnie (lub nawet ponad tysiąckrotnie) razy mniej antygenów niż było 30 lat temu. I jeśli kierowalibyśmy się zdrowym rozsądkiem, to lęk przed szczepieniami powinien się zmniejszać – przecież większość z nich jest na rynku od kilkudziesięciu lat, a dzieciom kopytka nie powyrastały… 😉

Ogólnie rzecz biorąc, szczepionki i preparaty krwiopochodne to najlepiej przebadane produkty medyczne na rynku – podlegają kontroli nie tylko w laboratorium producenta, jak wszystkie inne leki, ale również dodatkowej, niezależnej od wytwórcy, kontroli w niezależnych, państwowych laboratoriach.

 

Podczas dyskusji w internetowej przestrzeni jedna kobieta przeciwstawiła moim argumentom  „mądrość życiową”. Jej zdaniem u jej dziecka wystąpiły groźne komplikacje. Jak rozmawiać z osobami, które wierzą, że to właśnie po szczepionce u ich latorośli wystąpiły objawy autyzmu lub innych zaburzeń?

Po pierwsze – nie ignorować i nie udawać, że NOPy nie istnieją. Ci ludzie przeżywają swoje tragedie i są naprawdę przekonani, że winne są szczepionki. Łatwiej jest zaakceptować taką sytuację, mając swojego ‘winnego’ – koncerny farmaceutyczne.

Autyzm najczęściej daje się rozpoznać gdy dziecko ma kilkanaście miesięcy – powinno wtedy być na tyle ‘kontaktowe’, że ewentualne opóźnienie staje się widoczne. Terminowo zbiega się to ze szczepieniem MMR (odra, świnka, różyczka, 13-14 miesiąc) i… konkluzja gotowa. Plus ‘naukowe’ doniesienia Wakefielda… Niby wiadomo, ze to oszustwo, ale w ludzkiej pamięci ziarno niepewności zostanie jeszcze na długo.

Często spotykam się też z argumentem, że ‘w tych szczepionkach musi być trochę związku z autyzmem’, bo Amisze się nie szczepią, i na autyzm nie chorują. Chciałam wspomnieć, że w społeczności Amiszów nie używa się też przetworzonej żywności, iPadów i elektryczności – może szukać związku tutaj?

 

Nie da się jednak zaprzeczyć istnieniu NOP-ów. Czasem zdarza się, że dzieciaki po podaniu szczepionki wymiotują, gorączkują lub mają inne dolegliwości. Jak rozmawiać o tym z rodzicami?

Otwarcie! Szczepionki nie są tworem idealnym, ale bilans ryzyka i korzyści jest jasny. Trzeba informować rodziców, że takie rzeczy mogą się zdarzyć i że dziecko należy bacznie obserwować! Gorączka jest relatywnie częstą reakcją, szczególnie na szczepionki atenuowane. Po zaszczepieniu na rotawirusy może pojawić się biegunka. Najcięższym poszczepionkowym NOPem jest wstrząs anafilaktyczny, czyli silna reakcja alergiczna na którykolwiek ze składników szczepionki. Dzieci, u których zachodzi podejrzenie, że go doświadczyły, nie będą już więcej szczepione. Tak samo jak nie zostaną zaszczepione dzieci z trwale obniżoną odpornością – tu sprawa jest bezdyskusyjna. I żeby takie dzieci pozostały zdrowe, zaszczepione muszą zostać wszystkie inne dzieci. WHO twierdzi, że zaszczepienie 95% społeczeństwa daje nam tzw. odporność populacyjną – choroba nie rozprzestrzenia się, zdrowe pozostają również dzieci nieszczepione.

I jeszcze jedna uwaga a propos NOPów, w szczególności poważnych wstrząsów anafilaktycznych – podobne reakcje mogą pojawić się po spożyciu większości antybiotyków (proszę przeczytać ulotki), ale o tym internetowe fora już milczą. Milczą tez na temat powikłań po odrze czy kokluszu, to już niestety mniej medialne niż ‘wolność decydowania’ rodziców…

 

Continue Reading

Męski manifest porodowy

Podróże kształcą.

Mieliśmy wczoraj okazję do tego, by przekonać się o tym podwójnie. Po pierwsze, wracając ze spóźnionej majówki z przyjaciółmi, dowiedzieliśmy się, że jak bardzo niedobre mogą być pierogi w przydrożnym zajeździe. Po drugie – że smak ohydnych, rozgotowanych kluch nadzianych rozczarowaniem, może być doskonałym punktem wyjścia do rozważań na temat feminizmu i ról płciowych.

Ja – Kacper – bez skrępowania przyznaję, że jestem feministą. Napiszemy kiedyś post o tym, co to dla nas oznacza – dziś jednak chciałbym zająć się tematem kobiecym na wskroś – porodami.

Tak się jakoś złożyło, że jest to tematyka bliska mojemu sercu (i to nie tylko dlatego, że kiedyś dane mi było się urodzić). Politycy, a także „katoliccy lekarze”, często lubią się wypowiadać na temat tego, jak kobiety POWINNY rodzić. Profesor Chazan, kato-gine-celebryta, powiedział kiedyś, że nie powinno się ulegać „kaprysom” kobiet, które nie chcą rodzić „naturalnie” i wolałyby mieć cesarskie cięcie. Że niby nie wszystko w życiu powinno być łatwe, lekkie i przyjemne.

Cóż, zgadzam się z tym. Gdybym w życiu chciał żyć lekko i łatwo, nie decydowałbym się na małżeństwo (Żono, bądź mi litościwa!). Ciekaw jestem tylko, czy ów profesor, kiedy idzie do dentysty, również prosi, by go nie znieczulano – przecież nie wszystko musi być przyjemne.

Nie jestem lekarzem – nie będę więc pisał o tym, kiedy cesarka jest lepsza, a kiedy dziecku i matce lepiej będzie służył poród tradycyjny (bo nazywanie porodu na szpitalnym łóżku z oksytocyną kapiącą do żył kobiety „naturalnym” jest chyba jednak nieporozumieniem). Pragnę jednak obalić niektóre mity na temat „porodów drogami natury”. Po co? Absolutnie nie po to, by zachęcać kogokolwiek do cesarki. Taką decyzję należy podjąć po konsultacji z lekarzem (zaufanym!). Chciałbym jednak, aby moje słowa były pouczeniem dla mężczyzn, którzy roszczą sobie prawo do pouczania kobiet i narzucania im swojej wizji tego, w jaki sposób mają wydawać dzieci na świat. Mnóstwo medyków z zacięciem tradycjonalistycznym pisze o dobrodziejstwach porodu „naturalnego” – ja, przekornie, napiszę o jego mankamentach.

Mity o „porodach naturalnych”:

  1. Przy porodzie dostajesz tyle czasu ile potrzebujesz
    Nie jest to prawdą, podczas porodu kobieta dostaje środki, które mają za zadanie przyśpieszyć akcję porodową. Dlatego też kobieta nie ma tyle czasu ile potrzebuje, jest cały czas ponaglana – przecież w kolejce czekają następne 😉
  2. Pozycja do rodzenia jest wygodna dla kobiety
    Nie, nie wiem kto dalej tak uważa, jednak spotkałem się z takim myśleniem, dlatego też muszę to poruszyć. Pozycja do rodzenia jest wygodna dla lekarza – nie dla rodzącej, lekarz ma najlepszy dostęp wtedy do dróg rodnych kobiety i nie musi się męczyć.
  3. Kobieta nie ma problemów podczas rodzenia – wszystkim zajmuje się lekarz
    Ma problemy, wynikające z poprzedniego punktu. Pozycja, którą niejako nakazują kobiecie przyjąć mężczyźni (tak jako mężczyzna biję się w pierś i jest mi wstyd za niektórych z nas ;)), nie sprzyja akcji porodowej
  4. W ramach NFZ wiele mi przysługuje
    „Będzie dobrze – przecież będę miała znieczulenie” – nieprawda! Według polskiego prawa znieczulenie takie przysługuje tylko w uzasadnionych przypadkach – lepiej więc zaopatrzyć się w stosowny dokument. Poród naturalny, oznacza że nie będą mnie kroić co nie? Otóż nie, będą Cię kroić, tylko inaczej. Aby poród był szybszy stosuje się nacinanie krocza kobiecie, a czasem nawet stosuje się specjale nożyce (podobne do tych od rozcinania kurczaka) aby rozciąć kobietę i wywołać poród jeszcze szybciej.

Mam nadzieję, że nikogo nie przestraszyłem tym, co napisałem powyżej. Chciałem zwrócić tylko uwagę na problem. Wiele osób mówi, że poród naturalny jest lepszy bo… jest naturalny – co się mija z prawdą, bo od dawna nie jest on takim, jakim byśmy chcieli go widzieć. Jednak jeszcze chciałem wspomnieć, że u naszych zachodnich braci poród nie wygląda tak. Kobieta dostaje broszurkę gdzie ma do wyboru różne pozycje i sposoby rodzenia (w wodzie także). Dodatkowo cesarskie cięcie jest opłacane z ichniego odpowiednika NFZ-tu, więc też się nie ma co martwić. I kładźmy wszystkiego na karb tego, że „Niemce to so bogatsze, wienc mogo”. Tu chodzi o szacunek do połowy ludzkości – kobiet. I traktowania ich poważnie.  Przez wieki położnictwo było dziedziną wiedzy przeznaczoną dla kobiet – jeśli więc obecnie my, mężczyźni, również zajmujemy się ginekologią i położnictwem, traktujmy dopuszczenie do tej wiedzy jako zaszczyt i okazję do tego, by pomóc naszym paniom, a nie jako kolejne pole do leczenia kompleksów i poszerzania strefy męskich wpływów. Porzućmy pychę – jeden z siedmiu grzechów głównych – i zostawmy ideologizowanie, a skupmy się na trosce i pomocy.

Nikt nie ma prawa traktować kobiet jak istot gorszego sortu. Politycy prorodzinni, zamiast wielkich słów, zajmijcie się standardami opieki porodowej (wieść niesie, że jakiś czas temu próbowaliście majstrować przy tych regulacjach). Wszyscy mężczyźni świata – mężowie i kawalerowie – znajcie swoje miejsce. Ono jest tuż obok rodzącej kobiety, a nie nad nią. I jeszcze jedno. Nie wykorzystujmy biblijnego zdania o „rodzenia w bólach” jako imperatywu – przecież my sami, gdy nie jest to konieczne, unikamy pracy w pocie czoła. Księga Rodzaju mówi o konsekwencjach grzechu, które mają wpływ na naszą naturę, a nie o nakazie doświadczania bólu.

Pamiętajmy, że postęp ludzkości rodzi się w bólach. Dzieci jednak nie zawsze muszą.

 

 

Continue Reading