Jennie Allen o złotym cielcu aprobaty i innych zagrożeniach duchowych

Parę dni temu natknęłam się w sieci na artykuł prof. Zimbardo, w którym znany psycholog pisał o tym, że gdyby był współczesną młodą kobietą, to wolałby być lesbijką – mężczyźni są, jego zdaniem, niedojrzali i pogubieni, zaś kobiety – pełne ambicji i chętne do rozwoju.

Statystyki socjologiczne pokazują zaś, że w Polsce to właśnie kobiety są lepiej wykształcone, znają więcej języków i chętniej udzielają się społecznie. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć: „Super! Rewolucja feministyczna przyniosła efekty, a kobiety w końcu są wolne”.

Tylko, że mówiąc o lepszym wykształceniu współczesnych kobiet, o ich wielozadaniowości i chęci rozwoju, coś jednak przemilczamy, coś ważnego zostaje pominięte – nie mówimy o wysokiej cenie, jakie „płeć piękna” płaci za życie usłane sukcesami. Statystyki nie uwzględniają braku czasu dla siebie, poczucia pustki i braku sensu, a także depresji i nerwic, z jakimi zmagamy się my – kobiety niezależne, ambitne, godzące pracę zawodową z opieką nad dziećmi i uczęszczaniem na fitness.

Kiedy zatem przyszła do mnie książka Jennie Allen „Niczego nie musisz udowadniać”, nie spodziewałam się niczego niezwykłego – bo z reguły wszelkie poradniki traktuję z dużą dozą nieufności. Spodziewałam się, że w tej pięknie wydanej książce znajdę ładnie brzmiące, ale niewiele wnoszące do życia okrągłe zdania w stylu „uwierz w siebie i rób, co kochasz”, „ograniczenia są w Twojej głowie”, „to, co robisz jest wystarczające, więc pokochaj siebie!”. Ale to, co proponuje Allen – amerykańska „chrześcijańska aktywistka”, okazało się być czymś więcej, niż uwodzeniem czytelniczek za pomocą komplementów i anegdotycznych opowieści.

O czym jest ta książka? Trudno byłoby to wytłumaczyć komuś, kto po nią nie sięgnął. Ja powiedziałabym, że jest to adresowany do kobiet poradnik (choć, z uwagi na mierną jakość tego gatunku, to nie jest może najlepsze słowo), który pomaga zacząć żyć… jak Pan Bóg przykazał. Poważnie. Ale nie chodzi tutaj o to, by nakłaniać kogoś do częstszego uczęszczania do kościoła czy innych nabożnych praktyk, ale o odpuszczenie. O zdjęcie z siebie chomąta niemożliwych do spełnienia wymagań, by być perfekcyjną, niezawodną, najlepszą we wszystkim, co jest możliwe. Allen wskazuje, że przecież wiara w to, że my same musimy być wystarczające, jest nie tylko niesamowicie obciążające, ale także niezgodne z chrześcijańskim pojmowaniem świata – bo przecież każde Boże stworzenie jest słabe. Zamiast wiec desperacko tej słabości zaprzeczać, możemy się z nią pogodzić, co z pewnością przybliży nas do Jezusa.

Książka „Nie musisz niczego udowadniać” obfituje w świetnie dobrane biblijne cytaty oraz fragmenty Pisma „przepisane” z punktu widzenia uczestniczącej w nich kobiety. Ten zabieg pozwala na lepsze zrozumienie opowieści, które znamy niemal na pamięć – choć, jak pokazuje Allen, powierzchownie. Znajdziemy tutaj także ćwiczenia, nazwijmy to, katocoachingowe, zachęcające nas do refleksji nad swoim życiem, dążeniami i tym, co nas duchowo i emocjonalnie zniewala.

Tym, co cenię najbardziej w poradniku Jennie Allen, jest ukazanie prawdy, przed którą my, silne i wykształcone kobiety (ale, oczywiście, nie tylko) próbujemy uciec: obsesja na punkcie aprobaty innych, fiksacja na chęci bycia wystarczająco dobrą jest bałwochwalstwem, a więc… grzechem przeciwko I Przykazaniu. Czy któraś z nas spowiadała się z tego, że głównym dążeniem w jej życiu stało się posiadanie jak największej ilości „lajków” na Facebooku? Albo że zaniedbuje własny odpoczynek (który przecież jest nam niejako „nakazany” przez Boga) na rzecz dokumentowania swojego życia na Instagramie…? Być może to właśnie to jest naszym największym błędem. I tutaj bierze początek nasze poczucie, że nie jesteśmy wartościowe i dobre.

W poradniku Allen nie znajdziemy jednak oskarżycielskiego tonu, narzekania na naszą generację czy sentymentalnych rozważań. Otrzymamy natomiast garść inspiracji (bo na pewno nie gotową receptę), które ułatwią nam porzucenie wiary w magiczną moc uznania ze strony innych na rzecz głębokiej wiary w Boga.

Przeczytanie tej książki może stać się pierwszym krokiem w kierunku wewnętrznej wolności.

Continue Reading

Nie musisz kochać Mickiewicza

Ile to już razy media wszelkiego rodzaju grzmiały, że Polacy nie czytają książek, że nie sprzyja to pogłębionej refleksji intelektualnej, że nasze społeczeństwo niedługo stanie się grupą wtórnych analfabetów…?

To wszystko brzmi złowrogo. W końcu fakt, że w 2016 roku ponad 60 procent Polaków nie przeczytało żadnej książki, trudno postrzegać jako powód do radości. Dla mnie, osoby, która parę miesięcy temu opuściła mury uczelni z tytułem magistra filologii polskiej, jest jednak przede wszystkim zastanawiające, czemu tak się dzieje. Z jednej strony sądzę, że czytanie jest pasjonującą czynnością, która o wiele bardziej niż godziny spędzone przy Mortal Kombat czy Simsach stymuluje nasz mózg, a także sprawia, że nasza wyobraźnia przechodzi level up. Z drugiej – jesteśmy w czołówce tych narodów, co nie czytają. Jak więc jest możliwe to, że nasi rodacy nie garną się do bibliotek, nie uczęszczają na spotkania autorskie w księgarniach, nie pasjonują się słowem pisanym…? Przecież większość osób, które na pewnym etapie swojego życia poznają dobrą literaturę, pragną więcej i więcej. Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy?

Sądzę, że winę ponosi fatalna edukacja literacka w polskich szkołach. Czytanie lubię porównywać do bigosu (dla mnie oczywiście w wersji wege!). Otóż jest to danie, które wymaga sporo pracy – źle przyrządzony bigos zamienia się w ohydną, ciężkostrawną breję. Jeżeli zatem jakiś szef kuchni uraczy nas czymś takim, jest spora szansa, że dojdziemy do wniosku, że lepiej od bigosu trzymać się z daleka – bezpieczniej będzie zadowolić się daniem z KFC (czyli na przykład graniem na konsoli). Jeśli jednak trafimy na bigos przyrządzony przez kucharza z pasją i wyczuciem smaku, odkryjemy w sobie miłość do tego dania, które jest symfonią różnych nut smakowych.

Na całym świecie jednymi z pierwszych osób, które „serwują bigos” dzieciakom, są nauczyciele języków ojczystych. I, niestety, kiedy wejdzie się na lekcję języka polskiego do większości polskich szkół, pozostaje załamać ręce. W końcu, ile razy można słuchać następujących poleceń i pytań:

„Czemu Oleńka Billewiczówna to kobieta idealna”?

„Czy Wokulski to bardziej romantyk czy pozytywista i dlaczego jedno i drugie?”

„Co sprawia, że opisy przyrody w „Panu Tadeuszu” są tak cudowne?”

„Napisz wypracowanie pt. „Staś Tarkowski jako wzór do naśladowania dla młodych Polaków”.

Tego po prostu nie da się znieść. I poniekąd rozumiem młode osoby, że po takim zohydzeniu literatury, wolą nie zbliżać się za bardzo do opasłych tomów. Edukacja literacka (i artystyczna w ogóle!) powinna być przecież okazją do tego, by rozwijać kreatywne myślenie i ćwiczyć się w wychodzeniem poza schematy. Szablonowe omawianie niezbyt wciągających książek zdecydowanie temu nie służy.

Dla mnie, jako psychologa, niektóre postaci z książek omawianych na lekcjach polskiego nie są wcale wzorami cnót, lecz raczej prezentują poważne zaburzenia osobowości lub emocjonalne (chociażby wspomniany już Wokulski). Miałam to szczęście, że na lekcjach polskiego mogłam wypowiedzieć swoje zdanie na ten temat – moja polonistka pod tym względem była akurat całkiem otwarta. Jednak to, że szczerze nie znosiłam (i nie znoszę nadal!) „Pana Tadeusza”, zostało położone na karb niedojrzałości. Dorosnę, to zrozumiem. Kiedyś to poczuję. Ta książka wymaga dojrzałości. Cóż, widocznie nadal nie dojrzałam. Takie argumenty są nie tylko kiepskimi chwytami erystycznymi (bo „wycieczki osobiste” z merytoryczną rozmową niewiele mają wspólnego), ale i potrafią zabić w młodym człowieku chęć czytania – po co mu to, skoro rozumie daną lekturę inaczej niż „powinien”?

A przecież literatura to życie. Mówi o nas, o naszych przeżyciach, pragnieniach, dążeniach. Dobry pisarz to także dobry psycholog, który rozumie to, co w człowieku wzniosłe, ale także dostrzega mrok. Jasne, że czasami użyty język jest archaiczny, sceneria niedzisiejsza, wybory bohaterów nie wpisują się w obecny styl życia. Ale jeśli odczytamy nawet kiepską naszym zdaniem książkę po swojemu, to ta lektura może wnieść wiele do naszego życia – ja dzięki przeczytaniu „Trylogii” (co było dla mnie katorgą) odkryłam, że Sienkiewicz miał jednak poważne problemy z kobietami.

Trzeba też pamiętać, że literatura nie ogranicza się do klasyków, tych, co „wybitnymi poetami byli”. Nie wolno dać sobie wmówić, że jak nie kochamy Mickiewicza, to czytanie nas przerasta.

Kiedy ja sama oddałam bliskiej osobie do przeczytania pierwszą wersję mojej debiutanckiej powieści (jeszcze przed jej wydaniem), to stwierdziła ona, że książka jest mocna, ciężka, że świetnie opisuje polską rzeczywistość i życie z chorobą psychiczną, ale na polskim omawiane to nigdy będzie. Pewnie nie. Ale życie kulturalne nie ogranicza się tylko do lektur, które mają nam w infantylny sposób odpowiedzieć na pytanie „jak żyć?”.

Jest mnóstwo innych książek i autorów, otwierających oczy na rzeczywistość (mam nadzieję, że Ci, którzy czytali, myślą tak właśnie o „Żelbetonie„, o którym można więcej przeczytać tutaj: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4803608/zelbeton), których wrażliwość bardziej do nas przemawia. Różnorodność jest chyba największą zaletą literatury.

A o żenujących lekcjach polskiego lepiej za dużo nie myśleć.

Continue Reading

Analiza wieloczynnikowa życia pod prąd. Biografia, która nie jest laurką

Nigdy osobiście nie spotkałam ks. Kaczkowskiego. Oczywiście, bardzo tego żałuję, ale… i tak mam wrażenie, że ten charyzmatyczny ksiądz jest mi kimś niezwykle bliskim. Po jego odejściu przechodziłam autentyczną żałobę – wszystkie te etapy, o których pisała Kubler-Ross: od zaprzeczania, przez gniew i depresję, po pogodzenie się z faktem śmierci mojego duchowego idola. Dlatego też, kiedy wzięłam do ręki biografię ks. Kaczkowskiego, byłam nieco wystraszona. Dlaczego? Otóż większość biografii znanych i ważnych osób, jakie przyszło mi przeczytać, to wykute z patetycznych zdań pomniki, gdzie autor kreuje bohatera swojej książki na niezniszczalnego herosa, męczennika lub ofiarę systemu (jaki by on nie był). Zdarzają się też biografie pisane tak, jak szkolne wypracowania – z wyszczególnieniem ważnych dat i kilkoma zdaniami opisu, bez zagłębiania się w życie wewnętrzne. Pozytywnemu nastawieniu do pozycji nie sprzyjały również spore gabaryty „Życia pod prąd” – w mojej głowie pojawiła się myśl, że oto w moich (niegodnych) dłoniach spoczywa kolejna biografia-pomnik. Zapowiadało się na ciężką przeprawę – iskierką nadziei było jednie to, że książkę tę popełnił Przemysław Wilczyński, czyli człowiek „Tygodnika”. TEGO „Tygodnika”. Klamka zapadła – jedziemy z czytaniem.

„Życie pod prąd” okazało się biografią nieszablonową, książką pisaną – tak właśnie! – pod prąd „nurtowi monumentalistycznemu”, obecnemu często w polskiej literaturze faktu. Biografia napisana przez Wilczyńskiego, oczywiście, opowiada o życiu Jana Kaczkowskiego, od dzieciństwa, przez nieświętą młodość (do której sam ks. Kaczkowski się przyznawał), po diagnozę nieuleczalnej choroby i śmierć. Znajdziemy tutaj także zarys dziejów przodków założyciela puckiego hospicjum (bez rozwlekania i wdawania się w genealogiczne niuanse) z uwzględnieniem stosunku członków rodziny naszego „onkolcelebryty” do duchowości i religii, a także opis perypetii na drodze kapłańskiej. Przede wszystkim jednak znajdziemy tutaj prawdziwego Jana Kaczkowskiego – nie tylko księdza (skrótu „ks.”, zapewne nie bez przyczyny, na próżno dopatrzeć się w tytule), ale nieszablonowego, wychodzącego poza schematy człowieka.

Ale „Życie pod prąd” to nie tylko historia życia księdza, który – jak stwierdził ks. Boniecki – „uratował honor polskiego kapłaństwa”. To opowieść wielowymiarowa – o współczesnej Polsce, o Kościele, przez który można zostać „sklepanym”, chcąc robić to, co stanowi przecież esencję Ewangelii, o cierpieniu i śmierci, o służbie zdrowia i wreszcie o rodzinie, która musi zmierzyć się z dramatem śmiertelnej choroby syna i brata, co jest trudne nie tylko ze względów egzystencjalnych, ale i logistycznych. Matka ks. Kaczkowskiego wspomina między innymi o permanentnym braku czasu, która wiąże się z opieką nad chorym synem. Sądzę, że jest to przełamanie tabu codziennego życia blisko tak poważnie chorego człowieka.

Czy książka odpowiada na pytanie, jak to się stało, że nieznany nikomu wikary z małej parafii został najbardziej rozpoznawalnym duchownym w kraju? Sądzę, że tak – autor dowodzi, że tu nie ma tu jednego czynnika, a sprawczość (którą często ks. Janowi przypisywano) była efektem wychowania, jakie otrzymał, a także wielu jego cech i decyzji. Na pewno przyczyniła się do tego otwartość rodziny Kaczkowskich oraz Niedzielów, odwaga i bezpośredniość (ks. Kaczkowski otwarcie mówił o tym, że nie został przyjęty do jezuickiego nowicjatu z powodu niepełnosprawności), gotowość do łamania schematów (z jednej strony ks. Kaczkowski był fanem mszy trydenckiej, z drugiej – nie prezentował duchowości „oblężonej twierdzy” oraz gotowość do podjęcia ryzyka – w książce znajdziemy fragment mówiący o rozmowie, jaką duchowny odbył z profesorem Trojanowskim, podczas której zgodził się na ryzykowną operację zmniejszania guza.

Biografię napisaną przez Wilczyńskiego można odczytać na wiele sposobów – jeśli chcemy, będzie to opowieść o duchowym dojrzewaniu. Możemy też widzieć w niej głównie historię człowieka, który – wbrew obecnym w Polsce tendencjom do dzielenia społeczeństwa według klucza swój- nie swój – pozostał odpornym na szufladkowanie. Możliwy jest także odbiór tej książki jako opowieści o niezłomności i wytrwałości – bo Wilczyński prezentuje nam rozmowy z osobami, które wiedzą, jak wiele absurdalnych przeszkód musiał pokonać ks. Kaczkowski, by rozwinąć puckie hospicjum. I wreszcie, możemy tę pozycję określić mianem psychologicznego wielogłosu – bo o tej samej osobie wypowiada się ponad setka ludzi, którzy księdza (lub jeszcze nie księdza) poznali na różnych etapach jego życia i byli z nim w różnych relacjach.

Biografia autorstwa Wilczyńskiego nie jest cukrową laurką. Jest rzetelnie zrealizowaną próbą przybliżenia czytelnikowi – niezależnie od tego, czy znał on wcześniej księdza „onkocelebrytę” i czy zdarza mu się bywać w kościele – postaci człowieka, który żył pod prąd. Pod prąd – parafrazując zawartą w książce wypowiedź pielęgniarki, pracującej z ks. Janem – całemu pukającemu się w czoło światu.

Continue Reading

Węże 2018 – kategoria, której nam brakuje

Oscary? Pff!

Są już nominacje do Węży 2018 – niechlubnych wyróżnień za najgorsze polskie filmy. Ssssuper! 🐍🐍🐍
Wśród nominowanych znajdziemy „Zerwany kłos” (fatalnie zrealizowany przez studentów ze szkoły ojca Rydzyka film o bł. Karolinie Kózkównie), „Szatan kazał tańczyć” (dzieło, któremu nie udało się być tworem tak artystycznym, jak zapewne chcieli producenci – po obejrzeniu, pisaliśmy o nim tutaj:https://katolwica.blog.deon.pl/2017/05/08/110/ ) oraz, oczywiście, „Botoks” Patryka Vegi.
Naszym zdaniem „Botoks” powinien dostać nagrodę specjalną dla filmu szkodliwego społecznie. To, jest tam milion żenujących scen i ze znane wszystkim Urban legends są w nim szczytem humoru, to jescze nic – w historii kina powstało mnóstwo mało finezyjnych filmów.
Gorzej, jeśli przez „Botoks” ludzie przestaną chodzić do lekarzy („bo w szpitalach zabijają”) i aptek („bo wyniki testów klinicznych leków są wymyślone pod baobabem”). Vega przedstawił służbę zdrowia jako totalną patologię, właściwie część mafii, której głową są szefowie koncernów farmaceutycznych. Polacy i tak boją się już szczepień i szpitali – sam reżyser żeruje więc na lęku, jednocześnie go podsycając.
Znaczy się – nie jest dobrze.
A które filmy z nominowanych do Węży Wy ogladaliscie i polecilibyscie komuś, kto kocha złe kino? 🎥
Czyli na przykład nam ;P

O tym, kto i za co może otrzymać Węża, przeczytacie tutaj:

https://www.antyradio.pl/Film/News/Weze-2018-nominacje-do-polskich-Zlotych-Malin-Ktore-polskie-filmy-byly-najgorsze-w-2017-roku-20899

Continue Reading

Korona królów i kwestia pokory

https://ocdn.eu/ebooksimages-transforms/1/4p7ktoARGh0dHA6Ly9vY2RuLmV1L25ld3N3ZWVrLXdlYi85ZmFjNjBkNC0wYjU2LTQyNTAtOTgwMC0zODY0MjUxMjE3MWYuanBnkZUCAM0CAMLD

Oglądamy z Mężem „Koronę królów” z ogromnym zaangażowaniem – mówię to poważnie. To chyba ten sam mechanizm, który każe mi od czasu do czasu zjadać całą paczkę chipsów, choć wiem, że nie czuję się po nich najlepiej i że są niezdrowe. I że tak naprawdę to przecież ich nie lubię.

Serial, który miał przybliżyć współczesnym widzom życie wybitnych władców Polski i przenieść nas do wieku katedr, posiada dialogi rodem z „M jak Miłość”, kostiumy przypominające te ze szkolnych akademii oraz poziom aktorski, który jest… niezadowalający. Przy każdym odcinku mamy poczucie, że ten serial po prostu musi się zacząć, rozkręcić, że jeszcze zacznie się dziać i producenci pokażą nam, jak to na Wawelu drzewiej bywało. Odcinek za odcinkiem, tak jak chips za chipsem, nic się jednak nie zmienia – głód nie zostaje nasycony, a pojawia się ociężałość, niesmak, poczucie marnowanego czasu.

Nie twierdzę wcale, że tylko seriale robione z rozmachem „Gry o tron” są warte uwagi. Na kartach historii kina zapisało się przecież wiele filmów, które miały niski budżet, nikt nie wróżył im sukcesu, a jednak okazały się hitami – przykładem może być „Ojciec chrzestny” lub mój ukochany „Kiler” z naszego polskiego podwórka. „Korona królów”, nawet bez obecności spektakularnych efektów, mogłaby pozostać serialem, którego fabuła skupiałaby się na dworskich intrygach i codziennym życiu mieszkańców dawnego Krakowa – to wymagałoby jednak konkretnej wizji, finezji, wyczucia ducha epoki oraz jasno sprecyzowanej wizji tego, co właściwie reżyser chce widzom pokazać. Zamiast tego otrzymujemy zbiór „wyobrażeń na temat”: królowa Jadwiga nieustannie modli się „Zdrowaśkami” (choć modlitwa ta powstała po jej śmierci!) – bo kiedyś to lud był pobożny. Król Kazimierz jest człowiekiem na wskroś nijakim – może miało to sugerować, że „król też człowiek”. Jego żona Anna natomiast lubuje się w rozsypywaniu kłosów zboża na nagim torsie męża – w ten sposób scenarzysta podkreśla, że w jej żyłach wciąż płynie pogańska krew. Pisząc to zdanie, słyszę w głowie kultowy utwór Donatana, tyle  że „słowiańskie” mój umysł zastepuje słowem „pogańskie”. Jest gorzej, niż sądziłam.

Ale przecież każdemu zdarzają się niepowodzenia – mogło się przecież zdarzyć, że TVP po prostu zrobiło nie najlepszy serial. Ktoś by go profesjonalnie skrytykował, ktoś napisał na Facebooku, że to gniot i porażka. Ale „Korona królów” stała się fenomenem – posiada własny „fanpage” (a raczej „hejtpejdż”) z memami nią inspirowanymi. ASZ Dziennik poświęcił jej niemało miejsca, a portale rozrywkowe pełne są przeróbek fotosów z serialu z dziwnymi podpisami. Sądzimy, że dzieje się tak z prostego powodu: twórcy serialu nie mieli pokory, nie zakładali, że może jednak nie wiedzą wszystkiego o kinematografii. Według zapewnień pewnego wpływowego w TVP pana, serial miał być największym sukcesem od 30 lat. Część osób związanych z nim uważała, że będzie on lepszy niż „Wspaniałe stulecie”, hit tureckiej telewizji. Nie udalo się. Widzowie dopatrzyli się błędów, takich jak wspomniana już „afera zdrowaśkowa” czy źle dobrane kostiumy. Twórcy i osoby zajmujące sie promocją wolały iść w zaparte, wprowadzając w błąd opinię publiczną, podając zaledwie wycinek z wypowiedzi eksperta (choć serial miał nas przecież edukować!), niż przyznać się do błędu. Gdyby twórcy powiedzieli coś w stylu „Drodzy widzowie, zrobiliśmy niskobudżetowy serial inspirowany historią Polski. Wiemy, że nie jest idealnie – będziemy wdzięczni za uwagi, postaramy się, by kolejne odcinki były coraz lepsze” o wiele mniej osób uśmiechałoby sie szyderczo. Zabrakło pokory, zbyt mało było dystansu. Za to płaci się wysoką cenę – zwłascza w dobie bezwzględności internetu.

Ponoć emisja  „Korony królów” przyniosła pewien pozytywny efekt – Polacy bardziej zainteresowali się historią, o czym świadczą wyniki wyszukiwąń w Google. Jeszcze lepiej by było, gdyby serial sam w sobie przynosił odpowiedzi na pytania naszych rodaków i przedstawiał dzieje Kazimierza Wielkiego i jego dworu nie tylko przez pryzmat pogaduszek przy kawie (a raczej kaszy gryczanej, której w serialu sypie się naprawdę dużo). Nie jestem psychofanką historii, jednak serial o życiu najwybitniejszych polskich władców naprawdę obejrzałabym chętnie. Być może za parę lat powstanie produkcja na naprawdę wysokim poziomie – mam nadzieję, że pozwoli mi ona się poczuć się nie jak wtedy, kiedy wbrew zdrowemu rozsądkowi jem chipsy – lecz jak wtedy, gdy zadowolona z siebie, zajadam lekką, lecz pożywną sałatkę owocową.

 

Continue Reading

Quo vadis, ćpunie?

W tę sobotę Mąż zabrał mnie na randkę <3 jak przystało na dwoje aspirujących intelektualistów (bo wciąż nie rościmy sobie prawa do tego miana), wybraliśmy film kontrowersyjny, z niebanalnymi środkami wyrazu: „Szatan kazał tańczyć”. Niech recenzowaniem go zajmą się ludzie bieglejsi w teorii kina – ja chciałabym podzielić się swoimi subiektywnymi odczuciami na jego temat.

Po pierwsze – film mi się nie podobał. Co się za tym określeniem kryje? Na pewno nie to, że uważam, że nie ma żadnej wartości. Po prostu nie przemawia do mnie jego poetyka. Ilość scen erotycznych, szarpane wątki, dialogi, w których czuć było chęć zszokownia odbiorcy – to wszystko mi nie odpowiadało (i nie, nie jestem zaściankowo pruderyjna – erotyka na ekranie jest ważna, jednak w moim odczuciu nie powinna stanowić 80% czasu trwania produkcji). Między mną a panią Rosłaniec nie ma filmowej chemii.

Nie sposób jednak odmówić filmowi tego, że porusza kilka mega ważnych spraw. Po pierwsze – rozwalonych, koślawych więzi rodzinnych. Główna bohaterka, Karolina, gdy siada z rodziną do stołu, sprawia wrażenie, jakby była na pierwszej w życiu randce. Rozmowa się nie klei, matka zajmuje się jedynie psami, które stanowią substytut relacji z mężem i córkami. Nic więc dziwnego, że relacja zarówno między siostrami, jak i między Karoliną a jej chłopakiem, są pełne złości i nie przynoszą jej satysfakcji. Po drugie – film ukazuje, co dzieje się z czlowiekiem, który nuża się w nihilizmie. Karolina nie wierzy w nic – ani w Boga (czarny Jezus jest dla niej ciekawym atrybutem do selfie), ani w miłość, ani w sztukę. Choć jest młodą pisarką, nie wykazuje wrazliwości, o którą zazwyczaj „posądza” się artystów. W jednej ze scen pada dramatyczne wyznanie „Ja nawet nie mam za czym tęsknić”. To uderzające, że kobieta, która pozornie ma całkiem sporo: dużo podróżuje, jest kochana przez swojego chłopaka, napisała świetną książkę i jest atrakcyjną, młodą kobietą, nie ma tak naprawdę nic, żadnego „stałego obiektu”, punktu zaczepienia. Jest jak bezpański pies – tyle, że taki psiak tęskni za ciepłym domem. I czasem los – w postaci dobrej, opiekuńczej duszy –  się do niego uśmiecha. Karolinie pozostaje ćpanie. Choć ono też nie przyniesie ulgi – spróbowała już wszystkiego i nic nie może „rozbić” jej skorupy.

Jako osobę, która coś tam pisze, zaintrygował mnie też wątek granic między sztuką a nie-sztuką. Kiedy siostra Karoliny pozuje do pornograficznych zdjęć z pluszakiem, ta – choć sama nieco zblazowana – motywuje ją do przekroczenia kolejnych granic w tym performance. I tu nasuwa się pytanie – gdzie kończy się artyzm i czym w ogóle sztuka jest? Czy jej tradycyjne rozumienie nadal obowiązuje? Przecież przez tysiąclecia sztuka była wyrazem drgania duszy wrażliwej i uzdolnionej jednostki. Obecnie nie ma już sztywnych norm gatunkowych i tworzyć może każdy (czego przykładem jest ten blog).  Jakie zatem obowiązują kryteria, jakie ograniczenia…?

Nie, film nie mówi – przynajmniej o tym – że „kiedyś to było lepiej” (jestem chora, gdy słyszę to określenie). Myślę, że chodzi tutaj o coś innego –  gdy zaczynamy iść, powinniśmy wiedzieć, dokąd się kierujemy. Szaleńczy bieg w niewiadoym kierunku nie przyniesie nam niczego, poza dezorientacją i poczuciem braku sensu – a to, obok braku miłości, najboleśniejszy niedobór, jakiego może doznać człowiek.

Continue Reading

Za co katolewaki kochają Tolkiena

Wyobraź sobie, że wchodzisz do kościoła. Przy jednym z ołtarzy widzisz nowy obraz – jest to, rzecz jasna, jakiś święty – dostrzegasz łunę aureoli. Postanawiasz podejść bliżej i zauważasz, że to wizerunek… twórcy Śródziemia, opisującego losy elfich klanów oraz wojen z siłami Mordoru! Tak – J.R.R. Tolkien może zostać oficjalnie uznany świętym. Czy tak się właśnie stanie, zdecydują mądrzejsi od nas. Dziś jednak chcielibyśmy podzielić się z Wami powodami, dla których my kochamy jego twórczość!

  • Piękny język
    Wszyscy chyba się zgodzimy, że Tolkien pisał pięknym, obrazowym językiem. Opisy świata zajmowały w jego książkach dużo miejsca. Wiele osób nie lubi czytać opisów przyrody i uważa je za nudne, jednak te ze świata tolkienowskiego czyta się z zapartym tchem.
  • Dogłębna znajomość ludzkiej natury
    Opisowi zmagań postaci, także tych wewnętrznych, autor poświęcał dużo uwagi. Dlatego mamy w powieści opisane rozterki Arweny: czy odejść do wiecznego swiata Elfów, czy cierpieć rozłąkę z ukochanym, gdy nadejdzie jego czas; Boromira, kuszonego przez pierścień obietnicą władzy;  Froda, który podjął ostateczną decyzję w Górze Przeznaczenia. Tolkien wykazał się tutaj wiedzą o ludzkich pragnieniach, przywarach, chęci zabawy i pysze.
  • Ukazywanie możliwości wewnętrznej przemiany
    W opowieściach tego autora nie brakuje przemian – tych dobrych i złych. Boromir, który tuż przed śmiercią opamiętuje się i odzyskuje honor, Aragorn, który postanawia walczyć o swoje dziedzictwo, czy król Rohanu przebudzony z letargu – niechcący na początku pomóc Gondorowi, rusza mu na pomoc w ostatecznej bitwie. Te przemiany dają nadzieję i wiarę w ludzi, a upadek mędrca Sarumana stanowi przestrogę.
  • Dawanie nadziei, że miłość „cierpliwa jest, łaskawa jest”
    Opisana wcześniej Arwena, ale też jej ojciec, sprzeciwiający się na początku jej wyborowi, jendak przyzwalający na podążenie swoją drogą. Wzruszająca jest też, historia miłości Sama i Różyczki, która przetrwała wyprawę do Mordoru.
  • Docenianie przyjaźni i poświęcenia
    Cała Drużyna Pierścienia może być przykładem przyjaźni i poswięcenia. Sam wszak był w gotówoddać życie za Froda, a przecież sam Jezus w Nowym Testamencie mówił „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.” [Jan 15, 13]. Z drugiej strony Frodo, by ratować świat, był w stanie dokonać jednego z największych poświęceń, na jakie może zdobyć się człowiek – zdecydował się na kompletną samotność.
  • Plastyczność powieści
    Cały świat stworzony przez Tolkiena został opisany w dziele Silmarillion, które to zawiera całą kosmogonię tego świata. Zostały dokładnie opisane wszystkie rasy żyjące w Śródziemiu: piękne i wyniosłe Elfy, Krasnoludy – nieco rubaszne, ale serdeczne i wreszcie poczciwi Hobbici. Zostali tam także opisani bogowie – i to z iście poetycką precyzją, w nawiązaniu do wierzeń mitologicznych. Choć lektura jest ciężka, polecamy przeczytać – warto!

„Władca Pierścieni” to coś więcej, niż fantastyka. Opisując wojnę ludów Śródziemia z armią Mordoru Tolkien opisuje wewnętrzne zmagania każdego z nas. Oby każdemu udało się zniszczyć swój Pierścień!

Continue Reading