Windą do piekła. Kiedy ślub nie jest dobrym pomysłem?

Sezon ślubny trwa w najlepsze – w końcu czerwiec (a następnie sierpień i wrzesień), to miesiące, w których nazwie znajduje się literka „r”, a jak wiadomo – zaślubiny w takowym miesiącu mają moc zamiany życia państwa młodych w cud, miód i unoszenie się nad ziemią ze szczęścia. Sęk w tym, że ani ta wyjątkowa litera, ani coś błękitnego, pożyczonego czy kosztującego miliony monet nie sprawi, że będziemy w małżeństwie szczęśliwi, jeśli zawieramy je z niewłaściwych powodów. W jakich sytuacjach zatem lepiej jest trzymać się z dala od ślubnego kobierca?

Kiedy małżeństwo ma umożliwić ucieczkę z domu. To chyba najgorsza z motywacji do zawarcia małżeństwa. Często młodzi ludzie, którzy wywodzą się z patologicznych lub przemocowych rodzin, próbują odciąć się od rodziny, zakładając własną „podstawową komórkę społeczną”. Wydaje im się, że dzięki miłości uda im się wyleczyć traumę, jaką był pijący ojciec czy bijąca matka. Z moich (i nie tylko moich) doświadczeń w pracy z pacjentami wynika jednak, że w małżeństwach, które miały być ucieczką… zwykle powtarza się stare schematy. Traumy z dzieciństwa czy nawet zwykłe rodzinne konflikty można leczyć – ale robi się przy pomocy terapii, a nie zawieranego w popłochu małżeństwa!

Kiedy chcemy to zrobić, bo „wszyscy inni są już zaobrączkowani”. Tak, wiemy – łatwo nam mówić, bo „hajtnęliśmy się” w wieku 23 (Angelika) i 27 lat (Kacper), otwierając wysyp ślubów wśród kuzynów i przyjaciół. Ale wierzcie nam, doskonale rozumiemy ludzi, którym doskwiera samotność i którzy marzą o pięknej miłości (i równie pięknym ślubie). Pragnienie założenia rodziny jest dla większości osób czymś zupełnie naturalnym, podobnie jak niechęć do życia w pojedynkę – ale desperacja zdecydowanie nie jest dobrym doradcą. Małżeństwo zawarte tylko dlatego, by nie być już singlem, to pierwszy krok do… samotnego życia z obrączką na palcu.

Kiedy przez ślub chcesz się odegrać na byłym lub wyleczyć złamane serce. Znamy taki przypadek. Pewna piękna dziewczyna była do szaleństwa zakochana w przystojnym mężczyźnie – jednak ich związek przypominał bardziej relację włoskich kochanków, niż spokojną miłość Ligii i Matka z „Quo vadis?”. Po jednej z wielu kłótni ona postanowiła zakończyć ten związek, mimo gotujących się w niej uczuć – niedługo później z zemsty na byłym wyszła z mąż. On, gdy się o tym dowiedział, zrobił to samo. Więcej się już nie spotkali – ona dość młodo zmarła na raka (przed śmiercią zdążyła jednak odejść od swojego niekochanego męża), on zaś, dowiedziawszy się o tym, porzucił hulaszczy tryb życia (rozwodził się kilka razy, zdradzając wszystkie panie, z którymi próbował żyć) i wypłakiwał oczy pod krzaczkiem, pod którym niegdyś razem siadywali. Ona natomiast, jak się później okazało, do śmierci nosiła w portfelu jego zdjęcie. Romantyczne to i cholernie smutne. Nie wiadomo, czy udałoby im się założyć szczęśliwą rodzinę – być może nie. Ale ucieczka z jednego związku z małżeństwo z inną osobą zawsze kończy się źle – chwila satysfakcji nie jest przecież warta cierpienia przez całe życie. Wychodząc za mąż/ żeniąc się na złość komuś, robi się na złość samemu sobie – a także mężowi czy żonie, którzy to w takiej sytuacji są traktowani przedmiotowo. Po zawodzie miłosnym trzeba się powoli „wylizać”, przejść żałobę (bo rozstanie niekiedy boli tak, jak śmierć bliskiej osoby!), a dopiero później układać sobie życie na nowo.

Kiedy przed ślubem zakładasz, że on/ ona się zmieni (a Ty mu w tym pomożesz). „Teraz pije, bo namawiają go koledzy, ale po ślubie będę go pilnować i przestanie”, „ona nie chce wychodzić z domu i nie lubi ludzi, ale pokażę jej, że to jest fajne”, „nie chce mieć dzieci, ale na pewno go/ją przekonam”… Takie twierdzenia wynikają z naiwności oraz potrzeby nadania swojemu życiu sensu – marzymy o tym, że dzięki nam ktoś się zmieni i – daj Boże! – będzie nam wdzięczny za pomoc, a w ramach „zapłaty” obdarzy dozgonną miłością. Często też spragnione miłości osoby chcą wierzyć w poślubną metamorfozę człowieka,  z którym są w związku, bo boją się samotności oraz… podjęcia ewentualnej decyzji o odwołaniu ślubu. Rzecz jednak w tym, że decydując się na małżeństwo wybieram tę drugą osobę taką, jaką jest – przed ołtarzem mówię „tak” całej jej osobowości. Jasne, każdy posiada wady – to normalne, jeśli chcielibyśmy, by nasza druga połówka pracowała nas sobą. Ślub zawierany z intencją zmiany ważnych elementów czyjejś natury jest jednak chybionym pomysłem. Takie nierealistyczne myślenie wzmacnia też popkultura – Ana z „50 shades of Grey” nauczyła Christiana kochać, a Bella odmieniła serce Bestii. W prawdziwym życiu takie związki są jedynie skazywaniem siebie na bezcelowe cierpienie – a takie nikogo jeszcze nie uszlachetniło.

Kiedy chcesz uratować Wasz związek. Tak, w dobie bardzo długiego „chodzenia ze sobą” przed ślubem już nie tylko poczęcie dziecka jest powszechnie stosowanym sposobem na „naprawę” związku – bywa nim także samo zawarcie małżeństwa. Niektórym młodym osobom wydaje się, że fakt, że będą miały wspólne nazwisko, konto i garść pięknych wspomnień z dnia zaślubin, na nowo je do siebie zbliży i ponownie rozpali żar uczuć. Jednak ślub – choć jako sakrament ma moc umacniania i uświęcania miłości – nie jest zabiegiem magicznym. Jeśli czujecie, że to, bo było między Wami się wypaliło – i nie jest to chwilowy kryzys lub przytłoczenie codziennością – z szacunku do tego, co kiedyś Was łączyło oraz do siebie samych, nie myślcie o ślubie.

W Kościele od paru lat – dokładnie od 2016 roku, kiedy ukazał się kontrowersyjny dokument „Amoris laetitia”papieża Franciszka – toczy się dyskusja na temat możliwości udzielania Komunii rozwodnikom żyjącym w ponownych związkach. Teolodzy są w tej kwestii bardzo podzieleni – nie wiem, czy w ciągu najbliższej dekady uda się wypracować powszechnie akceptowane stanowisko. Sądzimy jednak, że tematem, przed którym Kościół nie może w tej sytuacji uciekać, jest odpowiednie przygotowanie młodych (albo i niemłodych) ludzi do małżeństwa. Jeżeli ludzie, którzy zamierzają się pobrać w kościele, będą naprawdę świadomi, z czym wiąże się chrześcijańskie małżeństwo, to zapewne zawieranych ślubów będzie mniej, ale małżeństwa takie będą trwalsze. Podczas nauk przedmałżeńskich powinno mówić się nie tylko o tym, co trzeba załatwić, aby wziąć ślub, ale także jak właściwie przygotować się duchowo i emocjonalnie do życia w małżeństwie oraz o tym, że są sytuacje (jak te wyżej wymienione), w których lepiej jest jednak ślubu nie brać.

Umiejętność powiedzenia „nie” w odpowiednim momencie czasem jest jedynym sposobem na uchronienie się przez bezmiarem cierpienia w przyszłości.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *