W tę sobotę Mąż zabrał mnie na randkę <3 jak przystało na dwoje aspirujących intelektualistów (bo wciąż nie rościmy sobie prawa do tego miana), wybraliśmy film kontrowersyjny, z niebanalnymi środkami wyrazu: „Szatan kazał tańczyć”. Niech recenzowaniem go zajmą się ludzie bieglejsi w teorii kina – ja chciałabym podzielić się swoimi subiektywnymi odczuciami na jego temat.
Po pierwsze – film mi się nie podobał. Co się za tym określeniem kryje? Na pewno nie to, że uważam, że nie ma żadnej wartości. Po prostu nie przemawia do mnie jego poetyka. Ilość scen erotycznych, szarpane wątki, dialogi, w których czuć było chęć zszokownia odbiorcy – to wszystko mi nie odpowiadało (i nie, nie jestem zaściankowo pruderyjna – erotyka na ekranie jest ważna, jednak w moim odczuciu nie powinna stanowić 80% czasu trwania produkcji). Między mną a panią Rosłaniec nie ma filmowej chemii.
Nie sposób jednak odmówić filmowi tego, że porusza kilka mega ważnych spraw. Po pierwsze – rozwalonych, koślawych więzi rodzinnych. Główna bohaterka, Karolina, gdy siada z rodziną do stołu, sprawia wrażenie, jakby była na pierwszej w życiu randce. Rozmowa się nie klei, matka zajmuje się jedynie psami, które stanowią substytut relacji z mężem i córkami. Nic więc dziwnego, że relacja zarówno między siostrami, jak i między Karoliną a jej chłopakiem, są pełne złości i nie przynoszą jej satysfakcji. Po drugie – film ukazuje, co dzieje się z czlowiekiem, który nuża się w nihilizmie. Karolina nie wierzy w nic – ani w Boga (czarny Jezus jest dla niej ciekawym atrybutem do selfie), ani w miłość, ani w sztukę. Choć jest młodą pisarką, nie wykazuje wrazliwości, o którą zazwyczaj „posądza” się artystów. W jednej ze scen pada dramatyczne wyznanie „Ja nawet nie mam za czym tęsknić”. To uderzające, że kobieta, która pozornie ma całkiem sporo: dużo podróżuje, jest kochana przez swojego chłopaka, napisała świetną książkę i jest atrakcyjną, młodą kobietą, nie ma tak naprawdę nic, żadnego „stałego obiektu”, punktu zaczepienia. Jest jak bezpański pies – tyle, że taki psiak tęskni za ciepłym domem. I czasem los – w postaci dobrej, opiekuńczej duszy – się do niego uśmiecha. Karolinie pozostaje ćpanie. Choć ono też nie przyniesie ulgi – spróbowała już wszystkiego i nic nie może „rozbić” jej skorupy.
Jako osobę, która coś tam pisze, zaintrygował mnie też wątek granic między sztuką a nie-sztuką. Kiedy siostra Karoliny pozuje do pornograficznych zdjęć z pluszakiem, ta – choć sama nieco zblazowana – motywuje ją do przekroczenia kolejnych granic w tym performance. I tu nasuwa się pytanie – gdzie kończy się artyzm i czym w ogóle sztuka jest? Czy jej tradycyjne rozumienie nadal obowiązuje? Przecież przez tysiąclecia sztuka była wyrazem drgania duszy wrażliwej i uzdolnionej jednostki. Obecnie nie ma już sztywnych norm gatunkowych i tworzyć może każdy (czego przykładem jest ten blog). Jakie zatem obowiązują kryteria, jakie ograniczenia…?
Nie, film nie mówi – przynajmniej o tym – że „kiedyś to było lepiej” (jestem chora, gdy słyszę to określenie). Myślę, że chodzi tutaj o coś innego – gdy zaczynamy iść, powinniśmy wiedzieć, dokąd się kierujemy. Szaleńczy bieg w niewiadoym kierunku nie przyniesie nam niczego, poza dezorientacją i poczuciem braku sensu – a to, obok braku miłości, najboleśniejszy niedobór, jakiego może doznać człowiek.
