Gadasz z Bogiem? Nie kokietuj!

#mojamodlitwa

Sytuacja pierwsza:

Jesteś mega wkurzony na szefa. To, co powidział lub zrobił Ci dziś w pracy, było naprawdę słabe. Masz ochotę podpalić siedzibę firmy, a szefowi rozwalić auto. Masz jednak świadomość, że za takie rzeczy grozi kryminał – no i jesteś katolikiem. Wracasz więc do domu, jesz obiad, oglądasz film. W końcu przychodzi czas na sen, a przed nim – wieczorną modlitwę. I chociaż wciąż kipisz złością, wewnątrz Ciebie niemal buzuje jad, to czujesz, że Bogu o trudnych emocjach (takich jak wściekłość) się nie mówi. Zaczynasz więc tkać słowa misterne jak koronka, odmawiasz pacierze w intencji pokoju na świecie, zachowując powagę godną Oleńki Billewiczówny. Po modlitwie jesteś już nie tylko wkurzony, ale i zmęczony. Cóż…. przynajmniej wypełniłeś obowiązek.

Sytuacja druga:

Choć bardzo prosiłeś Boga, aby rozwiązął Twój problem, dziś spotkała Cię prawdziwa tragedia. Ktoś znajomy – mimo modlitwy i postu – nie został uzdrowiony, w rodzinie dzieje się coraz gorzej albo właśnie otrzymałeś wymówienie z pracy, choć odmówiłeś Pompejankę w intencji stabilizacji zawodowej. Chce Ci się wyć, szlochać, masz ogromny żal do Boga. Czujesz się przez Niego opuszczony. Podczas modlitwy jednak pilnujesz, by żal z Ciebie nie wyciekł, nie wylał się poza Twój umysł – próbujesz więc Bogu pokazać, że mimo wszystko trwasz przy Nim w pokorze. Po odłożeniu różańca, długo jeszcze łkasz w poduszkę. W poczuciu zupełnej samotności.

Wspólny mianownik? Próba „zabłyśnięcia” przed Bogiem, który przecież jest Światłością. Próba kreowania się na kogoś, kim się nie jest, przed Osobą, która zna wszystkie nasze myśli. Chęć zaimponowania Komuś, kto tak bardzo ceni pokorę. Że to bez sensu? No pewnie. Bo modlitwa (choć nigdy się nie „marnuje”) przynosi owoce przede wszystkim wtedy, kiedy jest szczera i płynie z głębi serca.

Dopóki żyjemy na tym „łez padole”, w naszym życiu będzie obecny i ból, i lęk, i wściekłość. Będziemy targani różnymi emocjami. Nieraz poczujemy żal do Boga, wiele razy to, co na nas ześle, będzie dla nas trudne, przygniatające, niezrozumiałe. Dlaczego wiec w modlitwie nie mielibyśmy Mu o tym wszystkim powiedzieć? Czemu nie potrafimy modlić się tak, jak Jezus konający na krzyżu – „Boże Mój, czemuś Mnie opuścił?”.

Sądzimy, że wynika to przede wszystkim z wychowania (w wielu domach nie ma przecież przyzwolenia na okazywanie na przykład złości) oraz fałszywego obrazu tak zwanej bojaźni Bożej. W byciu w kontakcie z Jezusem nie chodzi przecież o budowanie swojego duchowego PR-u, o kokietowanie, jacy to nie jesteśmy pobożni i usłużni – chodzi o szczerość. Czasami dobrze jest powiedzieć Bogu, że nie podoba nam się to, co dla nas przygotował, albo że mamy dość swojej roboty. Któż zrozumie nas lepiej, niż Bóg, który przyszedł na świat także po to, by dzielić nasze doświadczenia, by być podobnym do nas…?

Wydaje nam się, że w znacznej mierze uwolniliśmy się już od chęci „bycia świętszymi od papieża” w zakresie modlitwy. Najczęstszym wyobrażeniem na ten temat jest uklęknięcie, złożenie rączek i odklepanie “kanonu” paciorka – „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, Wyznanie wiary i prośba do Anioła stróża. Otóż my modlimy się w zupełnie inny sposób. Kiedy leżymy wspólnie w łóżku żegnamy się, bierzemy się za ręce i zaczynamy gadać z Bogiem. O czym gadamy? O tym, o czym można rozmawiać z najlepszym przyjacielem: mówimy, że dziękujemy za dzisiejszy dzień, za to, że nadal możemy się cieszyć sobą. Ale nierzadko zdarza nam się powiedzieć także coś w stylu:”Boże zrób coś z tym, bo już nie dajemy rady”, albo „Boże, dlaczego nas ostatnio nie wysłuchałeś?!”. Taka modlitwa może się wydawać niekonwencjonalna, ale taka właśnie nas (bo mówimy o swoim doświadczeniu) przybliża do Boga, pomaga choć trochę zrozumieć, czym jest życie z Bogiem, traktować religijność nie jako ludowy element wystroju osobowości, ale jako element życia, które – o czym wszyscy wiemy – potrafi człowiekowi dopiec. Jeśli sami odsuniemy Boga od naszych trudnych emocji, od zawirowań, nie będziemy z Nim szczerzy – to sorry, ale raczej nie uda nam się zbudować z Nim sensownej, trwałej relacji. Być może przy pierwszym kryzysie wszystko się rozleci i nasza wiara albo umrze całkowicie, albo stanie się wydmuszką.

Żeby było jasne – nie jesteśmy żadnymi mistrzami duchowości. Nie mamy nawet teologicznego wykształcenia. Inspiruje nas jednak chociażby fragment Starego Testamentu – a dokładniej z  Księgi Jeremiasza, kiedy to Jeremiasz gorzko krytykuje Boga za posługę, do jakiej został powołany (Jr 20,7-18). Nawet ma do Niego pretensje o  fakt własnego urodzenia! Przecież on był prorokiem, osobą oświeconą – dlaczego więc aż tak mocne słowa padają z jego ust? Ponieważ w tym fragmencie zostało nam pokazane coś szalenie ważnego – BĄDŹ SZCZERY, NIE KOKIETUJ!

PS Dodatkowo, chcielibyśmy polecić Wam film, w którym ks. Piotr Pawlukiewicz kapitalnie wyjaśnia istotę „ostrej” rozmowy z Bogiem. https://www.youtube.com/watch?v=Hej9KhkALTY.

Continue Reading