Katoliczka na pole dance? Wyjaśnijmy sobie kilka spraw

Przyznam, że w ogóle nie planowałam pisać tego tekstu.

Naiwnie sądziłam, że sprawa jest jasna – że nie muszę nikomu tłumaczyć się z tego, jaki sport uprawiam, że jednak jako społeczeństwo przyswoiliśmy tę prostą prawdę, że człowiek może grać w warcaby, może pływać kajakiem, a może też trenować przy drążku – bo wybór aktywności to bardzo indywidualna sprawa dla każdego sportowca-amatora.

Ale jednak parę dni temu spotkała mnie niespodzianka. Oto ktoś raczył wejść na mój prywatny profil, obejrzeć zdjęcia z treningów, a następnie wręczyć mi okazały bukiet obraźliwych słów. Nie chodzi o to, żebym się tym jakoś wybitnie tym przejmowała – w mojej pracy często biorę na siebie złość pacjentów, a z racji bycia młodą mamą (czyli osobą, która często wywołuje u bliźnich imperatyw pouczania) musiałam nauczyć się puszczać nic niewnoszące komentarze mimo uszu. Sposobów na życie jest przecież wiele i nie każdy musi aprobować ten, który wybrałam ja. 

Absolutnie nie mam problemu z tym, że moja działalność internetowa (dla dodania sobie animuszu nazwę ją publicystyczną, bo co mi tam!), styl życia czy wreszcie uprawiany przeze mnie sport nie wszystkim się podobają. Jednak tym, na co się nie godzę, jest w pierwszej kolejności hejt, a w drugiej – zwykła ignorancja. Nie każdy musi być ekspertem w dziedzinie pole dance (czy jakiejkolwiek innej), ale jeśli się wygłasza kompletnie nieuzasadnione teorie na temat tej aktywności i osób, które się nią zajmują, to warto skonfrontować swoje przekonania ze stanem faktycznym. Postanowiłam zatem odnieść się do „zarzutów”, jakie dane mi było przeczytać w otrzymanej laurce od hejtera*.

TANIEC NA RURZE PROWOKUJE INNYCH DO GRZECHU.

Jeśli to, że tańczysz na rurze (a właściwie to przy drążku, bo rura to po angielsku „pipe”, ale zostawmy lingwistyczne zawiłości) miałoby stać się dla Ciebie przyczyną grzechu, to porzuć tę aktywność i nie oglądaj wyczynów tancerzy. Nowy Testament mówi przecież o tym, że lepiej uciąć sobie rękę, niż zgrzeszyć. Pamiętaj tylko o tym, że chodzi o Twoją rękę i Twój grzech, a nie ucinanie rąk tym osobom, które Cię do grzechu „prowokują”. Za swoje sumienie bierzesz odpowiedzialność Ty sam. Z drugiej jednak strony wiemy o tym, że istnieje coś takiego jak zgorszenie – nasze postępowanie nie powinno stawać się przyczyną, dla której inni zbaczają ze ścieżki prawości. Dlatego też nie „udzielam się” na rurce w klubach, w których błyszczy ultrafiolet i które są stworzone po to, by dać nieco hedonistycznej radości samotnym, zagubionym mężczyznom, lecz w zwykłej szkole pole dance, gdzie spotykają się pasjonaci. Efektami ciężkich treningów dzielę się na swoich prywatnych kontach w mediach społecznościowych nie po to, by promować rozwiązłość, lecz raczej (jeśli w ogóle można nazwać to promowaniem czegokolwiek) piękny i wymagający sport, jakim jest pole dance oraz aktywny stylu życia. Panowie oraz niektóre Panie upraszam, by przyjęły do wiadomości, że nie wszystko, co robią inni, jest ukierunkowane na uwodzenie mężczyzn. Takie myślenie wynika zwykle z pychy i egocentryzmu – a tych z pewnością nie można uważać za cnoty.

MOŻNA UBRAĆ SIĘ [NA TRENING] SKROMNIEJ.

Otóż nie, nie można. W przypadku pole dance niezwykle istotny jest kontakt ciała z drążkiem (czy tam rurką, niech już będzie). Nie da się trenować tego sportu w sukience za kolano czy chociażby dresie – odpowiednia przyczepność jest niezbędna do tego by być w stanie opuścić salę z zachowaną ciągłością kości i pełnym uzębieniem. Wielu pole dancerów (w tym ja) trenuje nie tylko taniec przy rurce, ale także na szarfach (aerial silks) lub kole cyrkowym (aerial hoop). I wtedy zwykle zakładamy legginsy i sportową koszulkę – ponieważ te sporty mają nieco inne wymagania, jeśli chodzi o przyczepność (zdjęcie, które dodałam do posta, pochodzi właśnie z jednego z treningów na kole). Poza tym, nigdy, ale to przenigdy nie wolno obarczać czyjegoś stroju, makijażu czy fryzury winą za nasze myśli i skłonności. Jest to relikt patriarchalnego myślenia, w którym to kobieta wodzi na pokuszenie niewinnego mężczyznę. Absurdalność takiego podejścia do sprawy widać w dwóch rzeczach: po pierwsze, kobiety również odczuwają pociąg seksualny – mężczyźni także nie powinni zatem „obnosić się” ze swoją atrakcyjnością – tak w ramach społecznej sprawiedliwości. A o to, by przystojni piłkarze czy bokserzy bardziej się zakrywali, jakoś strażnicy moralności nie apelują. Po drugie – nigdy nie wiadomo, co jest seksualnie atrakcyjne dla danej osoby. Istnieją przecież mężczyźni, których podniecają kobiety w długich spódnicach – jeśli więc któraś z kobiet wychodzi tak odziana z domu, to przecież nie czynimy jej winnej za lubieżne spojrzenia ze strony kieckofilów! Tak, wiem – ci, którym patronuje święty Oburz, mogą tutaj stwierdzić, że statystycznie więcej mężczyzn zareaguje podnieceniem na widok odsłoniętego brzucha, niż długiej spódnicy. Ale, jeśli już bawimy się statystyką, to uwaga: jednym z najbardziej popularnych męskich fetyszy jest podofilia (osiąganie satysfakcji podczas kontaktu ze stopami partnerki). Może zatem warto byłoby uruchomić Policję Obyczajową, która będzie wymierzała karę grzywny za sianie zgorszenia paniom, które wychodzą z domu w sandałach…?

ALBO TANIEC Z KLUBÓW GO GO, ALBO KATOLICYZM.

To będzie szok dla tych osób, które swoją wiedzę czerpią z memów lub od Cioci Wikipedii, ale muszę to napisać: pole dance nie pochodzi z klubów go go. Taniec przy drążku wywodzi się z Indii – tradycyjny indyjski „pole dance” nosi nazwę Mallakhamb. Co ciekawe, udział w tych akrobatycznych popisach tradycyjnie biorą tylko mężczyźni (i to dość skąpo ubrani!). Kobiety podobny taniec wykonują na linach.  Później pole dance trafił do cyrku, a w końcu – do centrów fitness, w których trenują go nie tylko kobiety, ale także mężczyźni. W październiku ubiegłego roku Zgromadzenie Generalne Międzynarodowych Federacji Sportowych poinformowało o tym, że pole dance został oficjalnie uznany dyscypliną sportową. Obecnie w tej dyscyplinie odbywa się wiele zawodów krajowych czy światowych (jedne z najciekawszych to Pole Art). Występują w nich solo oraz w parach kobiety, mężczyźni oraz mieszane duety. W sporcie tym liczy się siła, elastyczność ciała, staranność wykonania poszczególnych figur, poziom ich trudności oraz wyraz artystyczny. Sportowy pole dance nie ma więc nic wspólnego z używaniem rury jako gadżetu erotycznego w klubach ze striptizem. Jest to po prostu dziedzina akrobatyki, gdzie wykorzystuje się pionowy drążek (poziomy w sporcie jest obecny od dawna i nie budzi to tak silnych emocji). Jeśli więc ktoś w pięknych układach najlepszych na świecie pole dancerów widzi tylko seksualną prowokację, a nie piękno ludzkiego ciała w ujęciu humanistycznym, to chyba ma poważne problemy ze swoją popędliwością. Nigdy jednak problemów tych nie powinien „leczyć”, obrażając pasję innych. A tak w ogóle – nawet fakt wykonywania tańca erotycznego, choć jest grzechem, nie wyklucza nikogo z Kościoła.

TAKICH KOBIET NIKT NORMALNY NIE ZECHCE.

Hmmm… to słowa wymierzone raczej w Kacpra (oraz wszystkich chłopaków, narzeczonych oraz mężów kobiet trenujących pole dance). Otóż, szanowni hejterzy, pole dancerki, tak samo jak pływaczki, lekkoatletki czy kolekcjonerki kapsli Metal Tazo, często mają partnerów. Faceci trenujący pole dance również często mają swoje drugie połówki. Co więcej, w związkach opartych na miłości (ale miłości do tej drugiej osoby, a nie narcystycznym uwielbieniu samego siebie) ci partnerzy wspierają swoich ukochanych w rozwijaniu ich pasji. Faceci moich trenujących koleżanek zwyczajnie cieszą się, że ich wybranki robią coś dla siebie i swojego samopoczucia. U nas też tak to właśnie działa. Sam Kacper kilka razy wziął udział w treningu przy rurce – raz w ramach walentynkowych warsztatów dla par, kiedy indziej podczas zajęć dla rodzin. I mimo tych doświadczeń, nie przestaliśmy „chcieć” siebie nawzajem. Podobną argumentacją posługiwali się niektórzy mężczyźni, gdy kobiety walczyły o prawa wyborcze – twierdzili, że przecież kobiet zainteresowanych polityką nikt nie będzie chciał poślubić, że będą one nietrakcyjne. Wniosek jest jeden:  nie warto projektować swoich lęków i oczekiwań względem kobiet (mężczyzn zresztą też) na inne osoby.

PRZECIEŻ MOŻESZ ROBIĆ COŚ INNEGO – JEST SIŁOWNIA I INNE RZECZY.

Jasne, że mogę. Lewandowski może przecież rzucić piłkę nożną i spróbować swoich sił w łyżwiarstwie. Agnieszka Radwańska też ma prawo schować rakietę do szafy i skupić się na grze w szachy (zwłaszcza, że strój tenisistek też nie przypomina szczelnie zakrywającego ciało namiotu). Tym bardziej ja, amatorka rurki, w każdej chwili mogę porzucić „karierę” pole dancerki i zająć się hodowlą jedwabników. Rzecz w tym, że nie chcę. Bo naprawdę kocham ten sport (o tym, dlaczego tak jest, pisałam tutaj: https://katolwica.blog.deon.pl/2017/04/29/za-co-kocham-taniec-na-rurze/)

Dobrze by jednak było, gdyby każdy spośród rurkowych hejterów pamiętał, że on sam również może znaleźć sobie inne zajęcie.

*w sumie to było ich kilku.

Continue Reading

List otwarty do Anny i Krzysztofa Strugów, prowadzących Specjalistyczną Poradnię Rodzinną we Wrocławiu

Szanowni Państwo,

Piszę do Państwa, aby wyrazić swój głęboki niepokój, jaki został wywołany treściami, które umieszczacie Państwo na stronie https://umilowani.pl/, mającymi pomagać małżonkom w budowaniu szczęśliwego pożycia.

W pełni doceniam Państwa chęć niesienia pomocy małżeństwom. Pomoc taka, oczywiście, może opierać się na dzieleniu się własnymi przemyśleniami i doświadczeniami. Mając jednak na uwadze delikatność materii, jaką jest związek dwojga ludzi, nie należy (a wręcz nie wolno) dokonywać uogólnień i posługiwać się stereotypami. Na nich właśnie opierają się tabelki i porady, umieszczone przez Państwa zwłaszcza w zakładkach „Akt seksualny” oraz „Różnice seksualne”. Jest to nie tylko nieprofesjonalne, ale przede wszystkim potencjalnie krzywdzące dla wielu osób, które chciałyby te wskazówki zastosować w swoim życiu.

Teza, jakoby u kobiet na szczycie hierarchii potrzeb znajdowała się potrzeba snu, a na samym dole – seksu, natomiast u mężczyzn było odwrotnie, nie ma żadnego uzasadnienia w literaturze fachowej. Podobnie jak informacja, że dla mężczyzny miejsce i czas na zbliżenie są zawsze odpowiednie, natomiast kobieta potrzebuje odpowiedniego nastroju, by skupić się na współżyciu. Jest to twierdzenie zwyczajnie nieprawdziwe – mężczyźni również posiadają sferę emocjonalną, która odgrywa w życiu seksualnym ogromną rolę. Fakt bycia mężczyzną nie oznacza również, że posiada się – jak informują Państwo na swojej stronie – „nieskończony” popęd seksualny. Nie jest też żadna regułą, jakoby popęd seksualny kobiet był niski i wymagał „rozbudzenia” – koncepcje tego rodzaju zostały odrzucone przez współczesną seksuologię. Co więcej, niski popęd płciowy u kobiet, utrzymujący się przez dłuższy czas, często oznacza zaburzenia pożądania seksualnego – a ten stan uznaje się nie za normę i wynik „naturalnych różnic”, lecz patologię, którą leczy się farmakologicznie i za pomocą psychoterapii (polecam lekturę:https://lew-starowicz.pl/centrum-edukacji/zaburzenia-pozadania-i-podniecenia-u-kobiet). Nie ma też żadnych danych, które potwierdzałyby Państwa tezę, że czystość u kobiet jest naturalna i związana ze wstydliwością, natomiast u mężczyzn trzeba o nią „walczyć”. Zarówno zdrowy mężczyzna, jak i kobieta, odczuwa popęd płciowy, dostrzega atrakcyjność innych osób, a poziom wstydu nie wynika z natury, lecz kultury, w jakiej żyjemy oraz otrzymanego wychowania. Częstotliwość, z jaką dany mężczyzna czy kobieta potrzebują współżyć, jest uwarunkowany temperamentem, zależny od poziomu hormonów, okoliczności i dostępności partnera, a nie od płci.

Nie można też zgodzić się z prezentowanym przez Państwa wzorem komunikacji między kobietą a mężczyzną, zgodnie z którym dla mężczyzn liczy się sprawność intelektualna, a dla kobiet piękno wyrażane ubiorem; mężczyźni potrzebują odpoczynku, zaś kobiety potrafią odpoczywać w ruchu etc. Te uproszczone tezy nie mają oparcia w danych empirycznych, wynikach badań ani praktyce psychoterapeutycznej czy seksuologicznej.

Te i wiele innych prezentowanych przez Państwa treści, są jedynie powielaniem krzywdzących stereotypów, niemających absolutnie żadnego uzasadnienia naukowego. Oczywiście, mają Państwo pełne prawo do posiadania swojej wizji małżeństwa. Nie można jednak nazwać oferowanej przez Państwa „edukacji” za prawdziwą i rzetelną – a właśnie na cytaty o wyzwalającej mocy Prawdy powołują się Państwo na swojej stronie. Jeżeli chcą Państwo edukować małżeństwa i nieść pomoc ludziom w kryzysach, należy robić to po odpowiednim przygotowaniu i posiłkując się rzetelną, aktualną wiedzą, a nie Państwa wizją i wyobrażeniami. Nie wolno jest projektować swoich marzeń o idealnym związku na uczestników warsztatów, konferencji czy zwykłych gości na Państwa stronie.

Szkodliwość prezentowanych przez Państwa treści bywa niekiedy bardzo wysoka. W swojej praktyce (a pracuję jako psycholog i psychoterapeuta) spotykam pary, w których to kobieta odczuwa większe potrzeby seksualne  – i jest to zupełnie normalne. Problem zaczyna się natomiast wtedy, gdy w takim układzie kobieta zaczyna odczuwać poczucie winy, zaś mężczyzna czuje się słaby i niewystarczająco sprawny. Wynika to, oczywiście, z powielanych stereotypów, zgodnie z którymi mężczyzna jest nieustannie gotowy na seks, zaś kobieta potrzebuje „zachęty”. Nie każda para zgłasza się jednak na terapię – wielu ludzi cierpi latami, sądząc, że „coś z nimi nie tak”. Bardzo krzywdząca (dla obu stron) jest także wizja aktu małżeńskiego, w którym żona ma „z radością oddawać się mężowi” i który zostaje ofiarowany przez kobietę mężowi po to, aby zdobyć jego miłość (bo zgodnie z Państwa tabelką, seks jest  u mężczyzny „paliwem” miłości do żony). Jest to zaprzeczenie relacyjności seksu, która zakłada, że partnerzy nie uprawiają go po to, by coś od siebie uzyskać lub zmuszają się do niego (nawet udając, robią to „z radością”), lecz uprawiają seks, gdy oboje tego potrzebują, a podczas zbliżenia są równymi partnerami. „Oddawanie się” jest tutaj obopólne; wczesne psychoanalityczne (wyrosłe bynajmniej nie na kanwie praktyki klinicznej) koncepcje, jakoby kobieta „dawała”, a mężczyzna „brał” są seksistowskie, nieprawdziwe i nieetyczne. Pomijanie dążenia wielu kobiet do rozwoju intelektualnego oraz męskiej potrzeby bycia wysłuchanym zupełnie nie oddaje prawdy na temat ludzkiej natury. Dążenia i potrzeby kobiet i mężczyzn są bardzo różne – i o tym powinni Państwo informować podczas prowadzanych warsztatów i na stronie. Praca z parami nie polega na prezentowaniu gotowego „wzorca” komunikacji czy życia seksualnego, lecz na towarzyszeniu ludziom podczas ich indywidualnych poszukiwań. Państwa treści, potraktowane poważnie przez małżonków czy narzeczonych, mogą stać się przyczyną poważnego kryzysu, poczucia winy, podejmowania rozpaczliwych prób „dostosowania się” do modelu, jaki Państwo prezentują – zwłaszcza, że posiłkują się Państwo autorytetem Kościoła katolickiego.

Sugerowałabym Państwu poszerzenie wiedzy na temat psychologii, seksuologii oraz komunikacji. Jeśli są Państwo zainteresowani – ja i moi znajomi psychologowie służymy pomocą. Mogę polecić także Państwu specjalistyczną literaturę, która umożliwi weryfikację Państwa przekonań. W przeciwnym razie proszę, by zaprzestali Państwo działalności. Szkodzi ona małżonkom, ale także Kościołowi – między innymi z powodu prezentowania takich nienaukowych, opartych na stereotypach treści jako danych posiadających walor edukacyjny, nasza Wspólnota postrzegana jest przez tysiące osób jako przestarzała, oderwana od rzeczywistości, seksistowska i niemająca nic do zaoferowania młodym (i nie tylko!) ludziom.

Fragment 2493 Katechizmu Kościoła Katolickiego informuje nas o tym, że „Właściwe zastosowanie tego prawa domaga się, by co do swego przedmiotu informacja była zawsze prawdziwa i pełna”. Nawet w intencji czynienia dobra, nie można posługiwać się kłamstwem. Proszę wziąć to pod uwagę.

Z poważaniem,

Angelika Szelągowska-Mironiuk

Psycholog, psychoterapeuta, praktykująca katoliczka, żona i matka.

Continue Reading

Słońce, plaża i pytania o duchowość

Zapewne zauważyliście, że katolickie internety mają swój specyficzny „rozkład jazdy”. W chwili obecnej (jak zawsze w letnich miesiącach) na portalach katolickich można znaleźć mnóstwo tekstów dotyczących tego, czy na wakacjach musimy iść na mszę, czy można przyjąć komunię w cerkwi, co zrobić, jeśli nie rozumiemy języka, w którym sprawowana jest liturgia… Nie twierdzę, że jest to zbędne – wręcz przeciwnie, pewne pytania po prostu wymagają precyzyjnej odpowiedzi. Myślę jednak, że temat „wakacji po Bożemu” warto rozpocząć od postawienia sobie dwóch fundamentalnych pytań: co sprawia, że planując urlop myślę (lub nie myślę) o Bogu? I co kontakt z Szefem podczas urlopu może mi dać?

Jaki urlop, taki cały rok (liturgiczny)

Przedstawiciele starszego pokolenia w okolicach Świąt Bożego Narodzenia zwykli mawiać, że „jakie Święta, taki cały rok”. Można, rzecz jasna, dyskutować, czy porzekadło to jest prawdziwe (osobiście sądzę, że działa to w drugą stronę; parę lat temu pisałam o tym w zupełnie innym miejscu: https://www.psychologia-spoleczna.pl/aktualnosci/2135-czarna-magia-swiat.html). Jedak, nieco nawiązując do ludowej mądrości, sądzę, że czas wakacji jest dość precyzyjnym „wskaźnikiem” stanu naszej duchowości i religijności. Podczas wakacji nieco poluźniamy obyczajowy gorset, skupiając się na realizowaniu tych aktywności, które są dla nas naprawdę ważne i które sprawiają nam przyjemność. Jeżeli zatem udajemy się na urlop i absolutnie nie odczuwamy potrzeby modlitwy lub udania się na mszę, to wiedzmy, że chyba coś z się z naszą relacją z Bogiem dzieje – i nie jest to nic dobrego. Być może uczestnictwo w nabożeństwach traktujemy jako element weekendowej rutyny, zwykłe przyzwyczajenie, coś, co należy odbębnić ku chwale rodzinnej tradycji. W takim przypadku warto zadać sobie pytanie: czy ja rzeczywiście chcę tego, aby w moim życiu obecny był Bóg? Czy moja wiara jest dojrzała? Czy przyswoiłem już (poznawczo i emocjonalnie) prawdę, że Bóg nie jest tajemniczym abstraktem, ale żywą Osobą? Odkrycie, że z naszą wiarą jest kiepsko (lub zgoła fatalnie) może stać się zarzewiem nowego początku – tak samo jak kryzys w relacji małżeńskiej czy przyjacielskiej (jeśli odpowiednio go potraktujemy!) może być okazją do tego, by ta relacja „otrzymała” nową jakość. My sami – jako ludzie, którzy w związku z Bogiem zaliczyli wiele zawirowań – przeszliśmy przez etap, kiedy to wyjście do kościoła (nie licząc chęci zwiedzania sakralnych perełek) podczas wakacji było dla nas czymś mało oczywistym, co ewentualnie – w bardzo napiętym harmonogramie turystycznego dnia – mogło się udać. Dziś sprawę czujemy inaczej – msza podczas wyjazdu jest swoistym must visit.  I, jak sądzę, jest to znak, że w dziedzinie duchowości poszliśmy o kilka kroków do przodu.

Jeden i powszechny, czyli jaki?

Nie jestem chyba typem szalonego podróżnika z powieści Julesa Verne’a, ale kilka razy do roku zdarza mi się – zwykle wraz z Mężem – wypuścić w podróż po Polsce i Europie. Można powiedzieć, że – z wyjątkiem wyjazdów, których celem jest na przykład górska włóczęga – osią naszych tripów jest coś, co nazywamy krajoznawczym churchingiem – poruszając się po różnych miastach, odwiedzamy głównie kościoły. Zabytkowe i nowoczesne, urzekające pięknem i kiczowate – to właśnie te budowle są, według nas, w znacznej mierze odpowiedzialne za charakter miasta i kraju, w którym przebywamy. Nierzadko zdarza nam się także „załapać” na mszę lub nabożeństwo; w niedzielę i święta udajemy się na nie celowo. I często doświadczam wówczas czegoś, co Szymon Hołownia za mistrzami duchowości nazywał szeptem aniołów  – przychodzi na mnie coś w rodzaju duchowego olśnienia, poczucie dotykania niezwykłej tajemnicy. Udając się do kościoła w Bawarii, Wiedniu, Pradze, doświadczam na własnej, totalnie świeckiej skórze tego, czym jest jedność i powszechność Kościoła. Liturgia jest w każdym kraju ta sama – to znaczy, mimo różnic językowych, ma ten sam, najgłębszy sens, a ludzie – niezależnie od pochodzenia – w ten sam sposób klękają przed ołtarzem i być może zanoszą do Boga podobne prośby, zmagają się z tymi samymi dylematami. To z wielką siłą uzmysławia mi, że Kościół naprawdę jest jeden – pomimo dwóch tysięcy lat chlubnej i mniej chlubnej historii, podziałów, awantur, kryzysów i rewolucji. Z drugiej strony jednak mamy do czynienia z powszechnością, czyli także różnorodnością Kościoła. Niektóre zwyczaje i praktyki są odmienne w każdym z krajów Europy. Inne jest budownictwo, inny styl dekoracji świętych przybytków (na załączonym zdjęciu widać mój zachwyt girlandami z chmielu, które zdobiły jeden z kościołów w Monachium). Takie górnolotne zdania nie są do końca w moim stylu, ale kto blogerowi zabroni: urzekające jest to, że w tej całej różnorodności chodzi o chwalenie tego samego Boga.

Głos wewnętrznego krytyka

Ale wakacje z Bogiem – zwłaszcza te spędzane poza Polską – stanowią także okazję do gorzkich przemyśleń na temat stanu naszej rodzimej wspólnoty. Dwa przykłady: podczas gdy u nas w kraju szalała niechęć do przyjęcia uchodźców, kiedy narodowcy i „prawdziwi Polacy” usiłowali bronić nas przed muzułmańskimi dziećmi niczym Sobieski przed Turkami, a wielu ludzi Kościoła (niestety!) również chciało w ten sposób bronić „chrześcijańskiej cywilizacji”, w jednym z kościołów w Niemczech napotkaliśmy wystawę, która poświęcona była tym, których podczas próby przeprawy do Europy pochłonęło Morze Śródziemne. Odczułam wtedy palący gniew: dlaczego my, polscy katolicy, tak bardzo boimy się inności, dlaczego mainstreamowi katoliccy dziennikarze, często cytujący słowa JPII „Nie lękajcie się!”, karmią odbiorców ich tekstów lękiem i niechęcią? Kolejna rzecz: w wielu kazaniach i katolickich tygodnikach możemy usłyszeć bądź przeczytać, że Polska stanowi swoiste przedmurze chrześcijaństwa, że my – w przeciwieństwie do zgniłego Zachodu – wciąż jesteśmy wierni Ewangelii, praktykujemy chrześcijańskie wartości, dajemy opór lewactwu. Tymczasem podczas wyjazdów za Odrę (za Bug zresztą też) byliśmy świadkami napełniania się kościołów przed mszami (także w tygodniu), widzieliśmy ludzi w każdym wieku, zaangażowanych w liturgię, obserwowaliśmy, jak żywe i barwne mogą być wspólnoty katolickie w innych częściach świata. Nie, z pewnością nie jest prawdą, że my, Polacy, semper fidelis, że jesteśmy ostatnimi  porządnymi katolikami w Europie. I nie ma sensu popadanie w tego rodzaju samozachwyt, którego drugą stroną jest demonizowanie Zachodu. Kościół żyje – i ma się całkiem dobrze! – nie tylko w kraju nad Wisłą.

Sądzę, że podróże nie tylko kształcą. One nas także kształtują – i to w sensie duchowym. Spędzanie urlopu w towarzystwie Boga może stać się okazją do refleksji nad sprawami, które wieki temu rozkminili już Ojcowie Kościoła, ale także do gniewu na to, co w polskiej, kościelnej rzeczywistości nie gra (lub usiłuje grać, ale jest mocno rozstrojone).

A ja głęboko wierzę, że zarówno duchowe olśnienia, jak i uzasadniona wściekłość, mogą stanowić drogę do autentycznej bliskości z Bogiem.

Continue Reading

Islamofobia to nie wymysł

O tym, czym jest islamofobia, czy dotyka ona tylko muzułmanów, ale także o uchodźcach i muzułmańskim feminizmie rozmawiałam z Anną Wilczyńską.

Katolwica: Islamofobia – uważasz, że wymysł lewaków czy realny problem?

Anna Wilczyńska: Z pewnością islamofobia nie jest wymysłem. Potwierdzają ją nie tylko badania naukowe i raporty organizacji monitorujących przemoc wobec mniejszości wyznaniowych, ale także doświadczenie. Często spotykam się z osobami, które stały się ofiarami przemocy i nienawiści wymierzonej w muzułmanów. Razem z przedstawicielem Rzecznika Praw Obywatelskich odwiedzałam muzułmanów, którzy zostali dotkliwie pobici, a atakujące ich osoby wykrzykiwały przy tym hasła obrażające islam. Zgłaszają się do mnie osoby, które były ofiarami lub świadkami takich zdarzeń, bo nie wiedzą, w jaki sposób mogą skutecznie zareagować. Problemów tego typu doświadczają także rodziny mieszane, w których dzieci nie są wcale muzułmanami. Wystarczy, że muzułmaninem jest jedno z rodziców i dziecko jest wyzywane w szkole, nauczyciele nie reagują. 12-letni „rekordzista” z muzułmańskiej rodziny, którego poznałam w tym roku, z powodu przejawów islamofobii zmieniał podstawówkę 11 razy.

To może wydać się zabawne, ale sama także doświadczam islamofobii, chociaż nie jestem muzułmanką. Wiele osób decyduje się na to, żeby mnie obrażać w internecie bądź podczas otwartych spotkań, bo są przekonane, że skoro mówię dobrze o islamie, to jestem jego wyznawczynią.

K: Jak myślisz, skąd biorą się trudności w nawiązywaniu relacji między chrześcijanami i muzułmanami? Czy widzisz szanse na zbliżenie się wyznawców tych religii?

AW: Wiele zależy od warunków. Na gruncie europejskim to głównie brak wiedzy, brak realnego spotkania, podczas którego można by wyznawcę innej religii poznać na żywo, uprzedzenia, brak odpowiedniego przywództwa w grupach religijnych, które zachęcałoby do tego, żeby wyciągać rękę do innego. Oczywiście do tego ostatniego są wyjątki. W końcu papież Franciszek i szejch egipskiego al-Azharu dają odpowiedni przykład takiego spotkania. Ale ten przykład nie rezonuje wystarczająco mocno ani wśród katolików, ani wśród muzułmanów. Lokalni przywódcy religijni często nie kultywują takiej kultury spotkania. Na gruncie bliskowschodnim przeszkodą są przede wszystkim akty przemocy i pamięć o wojnach, w których muzułmanie i chrześcijanie różnych denominacji stawali po przeciwnych stronach frontu. Ale szansa na zbliżenie wyznawców tych religii nie tylko jest, ale w zwykłej, międzyludzkiej skali to zbliżenie od wieków się dokonywało i dokonuje. Zwyczajnie za rzadko o tym słyszymy.

K: Jednym z najbardziej kontrowersyjnych tematów jest rola kobiety w krajach muzułmańskich – konieczność zakrywania włosów oraz zakaz spotykania się sam na sam z osobami, które nie są mahram, budzi często nasz wewnętrzny sprzeciw. Czy sądzisz, że słusznie?

AW: Myślę, że w kwestii praw kobiet za dużo uwagi poświęcamy stereotypom, a za mało realnemu przekonaniu się, na czym faktycznie polega problem praw kobiet w krajach muzułmańskich. Nie wszystkie muzułmanki zakrywają głowy. Według Koranu żadna nie musi tego robić. To powinien być jej wolny wybór. Gdy ktoś w ten wybór ingeruje, jak np. w Iranie, gdzie zakrywanie głowy jest przymusem i za brak hidżabu idzie się do więzienia, mamy prawdziwy problem. Ale Iranem interesujemy się już mniej, głębsze wchodzenie w tę kwestię to już dla nas za dużo. Tak samo mniej interesujemy się brutalną praktyką obrzezania kobiet, chociaż to jest rytuał, który wprost kłóci się z islamem i godzi w prawa człowieka. W tym temacie należałoby nie tylko „odczuwać wewnętrzny sprzeciw”, ale naprawdę krzyczeć. Ale znowu jest to temat marginalny, bo my w kółko dyskutujemy tylko o tych hidżabach w Europie.

Tak – podejście do kobiet proponowane przez kultury i prawa niektórych krajów muzułmańskich jest problemem, bez rozwiązania którego te kraje nie poczynią żadnych społecznych postępów. Ale jeśli chcemy zwracać uwagę na problemy kobiet i ich prawa w tych krajach, to idźmy do sedna problemów, a nie zatrzymujmy się na ich powierzchownych przejawach.

K: Muzułmański feminizm – czy on działa? Jakie przynosi owoce?

AW: Działa, ale jak wszędzie jest to powolny proces po pierwsze uświadamiania kobietom, że mają prawa i jakie te prawa są, a po drugie – uświadamiania wszystkim, że praw tych należy przestrzegać. Może być to proces, który nigdy się nie zakończy. Ale kraje muzułmańskie nie są pod tym względem wyjątkiem. Dla mnie owocem są przede wszystkim oddolne ruchy społeczne kobiet, które biorą poważne kwestie społeczne krajów muzułmańskich w swoje ręce. Niedawno na blogu pisałam o BabyFist, firmie prowadzonej przez młodą Palestynkę, która tworzy modne ciuchy propagujące walkę z napastowaniem kobiet na ulicach arabskich miast oraz wspiera edukację i działania społeczne w tym temacie. Pisałam o projekcie Hshouma marokańskiej artystki Zainab Fasiki, która stworzyła platformę edukacyjną dla młodych, żeby przełamywać tabu rozmów o seksualności. Takich projektów będzie, mam nadzieję, coraz więcej.

K:  Jak zapatrujesz się na sprawę małżeństw międzykulturowych – jest to bardziej szansa czy zagrożenie?

AW: Każde małżeństwo może stać się ostatecznie pewnego rodzaju zagrożeniem, jeśli decyzja nie jest podjęta z przekonania, na poważnie i z rozwagą. Kwestia kultury jest tu drugorzędna. Mój mąż jest z Kielc, ja z Krakowa – można powiedzieć, że jest to małżeństwo międzykulturowe 😉 I dajemy radę

K: Na Twoim blogu widać poparcie dla sprawy przyjęcia uchodźców i imigrantów. Co sprawia, że idziesz pod prąd antyuchodźczym trendom?

AW: Podobnie jak przy islamofobii – wynika to z doświadczenia. Byłam w Syrii, w Libanie, w Turcji, w strefach „no go” w Danii i Szwecji, w obozach dla uchodźców w Niemczech, w azylach kościelnych, w ośrodkach dla cudzoziemców w Polsce… Od kilku lat słucham z czym ludzie przybywają do nowych krajów i nie mam wątpliwości, że dla dobra ich i nas wszystkich oraz po to, żeby Bóg był uwielbiony w tych ludziach, trzeba próbować wyrównać ich szanse na godne życie, niezależnie od pochodzenia czy religii.

 

Anna Wilczyńska – arabistka, publicystka, autorka bloga islamistablog.pl. Na co dzień współpracuje z Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć w Krakowie, które udziela bezpłatnej pomocy prawnej uchodźcom w Polsce.

Continue Reading

Wciąż czekamy na wiatr. Kilka refleksji w dniu śmierci Kory

Wpis związany z dzisiejszym smutnym wydarzeniem zacznę, paradoksalnie, od wspomnienia wydarzenia bardzo radosnego – wesela bliskiej nam osoby. Kiedy szaleliśmy na parkiecie, w pewnym momencie orkiestra zapowiedziała kolejny kawałek, mówiąc, że będzie to piosenka o pewnych owadach – któż zgadnie, co teraz będzie grane? Wydarłam się wtedy „CYKADY!” i… nie pomyliłam się. Muzyka Kory była wszędzie – jej utwory były niezwykle „demokratyczne”: w zaciszu swych domów słuchali ich inteligenci i ludzie związani z wysoką kulturą, ale wiele przebojów można było usłyszeć także na weselach, wiejskich potańcówkach oraz komercyjnych rozgłośniach radiowych. Ja i Kacper wraz z grupą znajomych mieliśmy kiedyś przyjemność uczestniczyć w jej koncercie podczas Dni Sochaczewa – miasta, w którym mieszkaliśmy przez wiele lat. Bawiliśmy się, rzecz jasna, doskonale.

Dziś jednak Kora odeszła z tego świata. Pozostaną z nami jej utwory, cięte wypowiedzi z wielu wywiadów, których chętnie udzielała, a ze mną i Kacprem także kilka refleksji…

Chcielibyśmy umrzeć tak, jak Kora. Czy może być piękniejsza śmierć od tej, która przychodzi do człowieka w jego własnym łóżku, gdy jesteśmy otoczeni kochającą rodziną oraz ulubionymi zwierzakami…? Sądzimy, że nie. Mam nadzieję, że kiedy przyjdzie nam przechodzić do wieczności, stanie się to właśnie w takiej scenerii, nie na szpitalnym oddziale (jeśli nie będzie to konieczne) i nie w samotności. Kiedy modlimy się o dobrą śmierć, to oboje mamy na myśli właśnie takie odchodzenie.

Muzyka (i kultura w ogóle) może pomóc budować mosty między ludźmi. Muzykę Manaam znali nasi rodzice i dziadkowie. My też niejednokrotnie się przy niej bawiliśmy. Kiedy nasza Ala nieco podrośnie, z pewnością zapoznamy ją z hitami, przy których rodzice czule patrzyli sobie w oczy… o ile będzie chciała tego słuchać 😉 Sądzimy, że jest coś niezwykłego w tym, że przykładowo babcia i wnuczka lubią podczas jazdy samochodem słuchać tego samego utworu. I Kora takich „numerów” dostarczała”. Poza tym… kiedy na imprezie ktoś włącza przebój „Boskie Buenos” wszyscy, niezależnie od tego, na jaką partię głosował, po prostu ruszają na parkiet.

Nie jest żadnym wstydem ani nietaktem mówienie o swojej chorobie. Kora z nowotworem zmagała się przez wiele lat. Niektórzy dziennikarze byli „lekko” zdziwieni tym, że nie kryje swojej choroby, że mówi o niej w sposób otwarty. Warto pamiętać, że ludzie młodzi, piękni i zdrowi nie mają monopolu na zamieszkiwanie naszej planety. Choroba i starzenie się są trwale wbudowane w nasz świat (my wierzymy, że jest to skutek grzechu pierworodnego). Istnieje taki wymiar rzeczywistości, który rzadko zostaje uchwycony na instagramowych zdjęciach. I nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Dodatkowo, uważamy, że warto wspomagać fundacje i osoby, które zajmują się walką z rakiem oraz promowaniem profilaktyki (na przykład USG jajników). Piosenkarka mówiła, że zdarzało się jej, że „ból zginał ją do ziemi”. Osób zmagających się z bólem onkologicznym jest na świecie wiele. Ale wspólnie możemy sprawić, że będzie ich mniej. Naszym sposobem na to jest wsparcie Fundacji Onkologicznej Alivia, w której działalność angażowała się sama Kora.

Kościół nie może milczeć w sprawach wykroczeń swojego „personelu”. Kora przed laty publicznie wyznała, że jako mała dziewczynka była molestowana przez księdza, a jej życie w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne wiązało się z doświadczaniem bardzo drastycznych metod wychowawczych. Być może to właśnie te  doświadczenia sprawiły, że była ona nastawiona bardzo antyklerykalnie (choć ceniła papieża Franciszka). Musimy jako wspólnota mieć świadomość, że przemilczanie trudnych tematów, niewyciąganie konsekwencji ze zbrodni jest wielkim złem. I może odpychać od Kościoła bardziej, niż wszelkie „lewackie ideologie”. Oczywiście, pod tym względem w Kościele bardzo dużo zmieniło się na lepsze – papież stwierdził, że nigdy nie podpisze ułaskawienia pedofila, a dodatkowo powstała specjalna instrukcja postępowania w takich sytuacjach. Niekiedy jednak mówienie o „tych” sprawach głośno traktowane jest jako atak. Parafrazując słowa z piosenki Kory, możemy powiedzieć, że wciąż czekamy na wiatr, który rozgoni zasłony tabuizacji i traktowania wszelkich głosów krytycznych względem kościelnego personelu jako zdrady i miniapostazji.

Continue Reading

Matko Polko, odetchnij! 10 antykazań dla młodych mam

Kiedy spotykam się w gabinecie lub na warsztatach z młodymi mamami, to często mam wrażenie, że są to osoby, którym lśniąca i wyretuszowana instagramowa społeczność rodziców, ociekające mądrością portale parentingowe i „nadaktywne” położne wyrządzają wielką krzywdę. Młoda Matka Polka to osoba, od której niesamowicie wiele się wymaga: ma być spokojna, wiedzieć wszystko o pielęgnacji dziecka, zachwycać się wszystkim, co ono robi, a do tego pięknie wyglądać i praktykować rodzicielstwo bliskości. W naszej kulturze mówimy zwykle o dwóch kategoriach matek: kochających, pełnych ciepła mateczkach, które nigdy nie popełniają błędów (i których nie wolno krytykować) oraz o matkach-potworach, które „nie są godne, by być nazwane matkami”. Trudno jest więc przebić się do społecznej świadomości z koncepcją matki dość dobrej – czyli kochającej, nieprzemocowej (to bardzo ważne!), ale jednocześnie takiej, która czasem nie ogarnia niczego. I która czasem ma zwyczajnie dość. Młode mamy zwykle obawiają się, że każdy ich błąd, każdy „fałszywy krok” sprawi, że staną się one matkami-potworami (lub że tak właśnie zacznie je odbierać społeczeństwo)…

Wkurza mnie to. Jako młodą mamę (która jeszcze rok temu nie wiedziała NIC o opiece nad niemowlakiem), jako kobietę, chrześcijankę i jako człowieka. Postanowiłam więc przygotować 10 antykazań dla matek. Anty – bo nie chodzi o nakazywanie młodym matkom czegokolwiek. Chodzi o demontaż bezsensownych znaków nakazu, które matki mijają na swojej drodze. Co byście do nich dodali?

  1. Możesz chodzić w piżamie tak długo, jak chcesz. Mnie na samym początku zdarzało się mieć na sobie night wear do 18, kiedy Mąż wracał z pracy. W sumie to zastanawiałam się wtedy, czy opłaca mi się przebierać w zwykłe ciuchy…
  2. To Ty podejmujesz decyzje dotyczące żywienia swojego dziecka. Jeśli chcesz długo karmić piersią – możesz to robić. Oczywiście, także w przestrzeni publicznej – jeśli komuś to przeszkadza, to jego problem (papież Franciszek nie miał nic przeciwko karmieniu niemowląt w  Kaplicy Sykstyńskiej!).  Ale masz też prawo karmić mlekiem modyfikowanym, jeśli stwierdzisz, że karmienie piersią nie jest dla Ciebie. W każdej chwili możesz zaprzestać tego rodzaju karmienia i włączyć do menu dziecka mieszankę. Ważne, by dziecko nie głodowało. Reszta to Twój wybór.
  3. Możesz denerwować się na swoje dziecko. Opieka nad małym człowiekiem jest nie tylko źródłem radości, ale także frustracji. To normalne, że czasem myślisz „niech on w końcu przestanie wyć!”.
  4. Masz prawo do bałaganu w mieszkaniu. Naczynia stoją w zlewie drugi dzień? Trudno. Będą lśnić czystością, gdy będziesz miała wolną chwilę lub… gdy ktoś inny je umyje. Okna są poszarzałe tak, że lipcowe słońce wygląda jak to z listopada? Co z tego? Nie musisz być teraz Perfekcyjną Panią Domu. A jeśli ktoś powie Ci, że warto by było tutaj posprzątać, przyznaj mu rację. I daj mu do ręki mopa.
  5. Niewiedza, bezradność czy wahanie, co powinnaś teraz zrobić, nie są powodem do wstydu. Owszem, warto, byś poszerzała swój stan wiedzy na temat pielęgnacji dziecka, a pewnych rzeczy będziesz musiała się nauczyć. Ale nikt nie wie wszystkiego na starcie. Możesz nie wiedzieć, jak rozszerzać dziecku dietę. Nie musisz od razu znać się na sposobach noszenia dziecka. Nie masz obowiązku posiadać wiedzy na temat wszelkich aktualnych trendów parentingowych (i w sumie to całe szczęście, że nie posiadasz bo te informacje często się wzajemnie wykluczają). Prowokacyjne pytania w stylu „to Ty tego nie wiesz?!” zwykle wynikają z chęci dowalenia, a nie z troski. Staraj się mieć do nich dystans.
  6. Miłość do dziecka nie jest wprost proporcjonalna do tego, jak wiele rzeczy wokół dziecka i domu robisz sama. Proś innych o pomoc, gdy tego potrzebujesz. To wcale nie świadczy o tym, że jesteś słaba, niezaradna, głupia. To oznaka zdrowego rozsądku. Nikt nie porwałby się samotnie na prowadzenie ogromnej firmy – czemu Ty miałabyś w pojedynkę ogarniać wszystko? A jeżeli czujesz, że nie dajesz rady, ciągle chce Ci się płakać lub na nic nie masz siły – odwiedź psychologa lub psychiatrę. Oni są po to, by Ci pomóc.
  7. O ciąży, porodzie i połogu możesz mówić tyle, ile chcesz. Jeśli nie masz ochoty informować nikogo o tym, jak przebiegał poród – masz takie prawo. Nie masz obowiązku informować innych, czy poród był naturalny, czy przez cięcie, czy miałaś znieczulenie i jak długo to wszystko trwało. Ale jeżeli masz potrzebę po raz dziesiąty (lub pięćdziesiąty) opowiedzieć mężowi lub przyjaciółce, jak bardzo to bolało lub jak podle zachowała się położna – to również możesz to zrobić. Przecież Ty wiele razy słuchałaś o ich problemach. Czemu teraz oni nie mieliby o Ciebie zadbać?
  8. Nadal masz prawo do fantazji. Możesz marzyć o tym, kiedy dziecko wyprowadzi się z domu. Możesz z nostalgią wspominać czasy, gdy nie byłaś jeszcze mamą i mogłaś o północy wyjść do pobliskiego pubu, nikomu się nie tłumacząc. Możesz mieć wszystkiego dość, zamknąć się w drugim pokoju i oglądać „Trudne sprawy”. Nie jesteś przez to złą matką. Jesteś po prostu człowiekiem.
  9. Możesz wychodzić z domu bez dziecka. I wcale o nim wtedy nie myśleć. Jeśli czujesz, że to ten czas, możesz wrócić do pracy, na studia, siłownię, basen (ja po 6 tygodniach wróciłam do treningów pole dance, podczas których odpoczywam od wszystkiego i które pozwalają mi zachować psychiczną równowagę… mimo że pewna „życzliwa” osoba stwierdziła, że matce to nie wypada). Ale uwaga: jeśli nie masz na to ochoty, czujesz, że na chwilę obecną wolisz zostać w domu, nie masz z kim zostawić dziecka albo po prostu pewne rzeczy przestały mieć dla Ciebie znaczenie – nie ma w tym niczego złego. Nie jesteś leniwa, „rozlazła” ani  mało ambitna. Po prostu dokonałaś takiego wyboru, albo tak się ułożyło życie. A inni muszą to uszanować.
  10. Nie musisz korzystać z dobrych rad mamy, ciotki, teściowej. Jeśli dobrze się czujesz, nosząc swojego malucha w chuście, rób to – nawet wtedy, gdy ciotka Halinka lamentuje, że „przyzwyczaisz je do noszenia i potem nie dasz sobie z nim rady”. Dziecku nie odpadną ręce, jeśli pozwolisz mu włożyć je do miski z wodą dla psów (sprawdzone!). Nie wybuchnie, jeśli zjesz kapustę z grochem tuż przed karmieniem piersią (dieta matki karmiącej to mit, pamiętaj!). W sumie tych porad też nie musisz wcielać w życie.
Continue Reading

Przekleństwo czy wybawienie? Katomałżeństwa a NPR

W tym roku mija 50 lat od ogłoszenia encykliki „Humanae Vitae” przez Pawła VI. Był to, jak się powszechnie uważa, jeden z najbardziej kontrowersyjnych dokumentów Kościoła XX wieku. Zawartość HV dotyka nie abstrakcyjnych dla wielu osób spraw dogmatycznych, ale kwestii, z którą ma „styczność” większość katolików – życia seksualnego w małżeństwie i planowania rodziny.

Nie jest prawdą, że HV wprowadziło zakaz antykoncepcji – ono utrzymało w mocy nauczenie wcześniejszych papieży, m.in. Piusa XI (który antykoncepcję nazywał „gwałceniem aktu naturalnego„. Encyklika ta pojawiła się jednak w czasie, gdy katolicki świat zastawiał się, czy papież zaaprobuje stosowanie nowo wynalezionej pigułki antykoncepcyjnej – i znaczna część chrześcijan miała nadzieję, że tak się właśnie stanie. Papież jednak postąpił inaczej – w HV stwierdził, że stosowanie sztucznych metod regulacji poczęć jest grzechem ciężkim. Wokół dokumentu, którego treść dla wielu katolików była zaskakująca, narosła więc ogromna ilość legend i plotek (np. taka, że encyklika została opublikowana latem, by przejść „niezauważona… jakby było to, mając na uwadze jej temat, w ogóle możliwe…).

Paweł VI przyznał, że wolno jest małżonkom współżyć w okresie naturalnie niepłodnym, aby odłożyć poczęcie dziecka. Naturalne metody planowania rodziny są jednak stosowane zaledwie przez część osób wierzących (wg badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, połowa praktykujących Polaków akceptuje antykoncepcję). Ci, którzy interesują się tematem NPR, mają na jego temat skrajne odczucia – jedni go wychwalają, inni – szczerze nienawidzą.

„Szkoda, że nie uczą tego w szkołach!”

Osoby, które decydują się na stosowanie NPR, zwykle kierują się nauczaniem Kościoła, ale nie tylko – często biorą pod uwagę także aspekt zdrowotny naturalnego planowania rodziny. Tak właśnie tę decyzję tłumaczy Marta: „Od początku małżeństwa (czyli od 13 lat) stosujemy NPR. Mamy 5 dzieci i wiemy kiedy każde z nich się poczęło. Mąż wpiera mnie, zapisuje wyniki obserwacji, a po tylu latach to już doszedł do perfekcji w ocenie kiedy są dni płodne. Choć nie zawsze jest łatwo. Konieczność wstrzemięźliwości w momentach kiedy akurat nasze ciało jest najbardziej nastawione na współżycie wymaga jednak samozaparcia i pewnej dyscypliny. Od początku małżeństwa zdecydowaliśmy się na NPR po pierwsze dlatego, że te metody są zgodne z nauczaniem Kościoła, po drugie, bo są zdrowe. Pomimo trudności mamy poczucie, że pozytywnie wpływają na naszą relację małżeńską. Potrafimy rozmawiać o płodności, kolejnych dzieciach, czekaniu i trudnościach, to na pewno nas zbliża. Ponadto nie czuję się w małżeństwie traktowana przedmiotowo, ale wiem, że jesteśmy razem z mężem po tej samej stronie i oboje bierzemy udział w podejmowaniu decyzji”. Marysia wspomina też o świadomości własnego ciała, jaką daje NPR: „Stosuję od 4 lat [metodę] Rotzera. Z małymi przerwami na ciążę. Teraz tez się obserwuje, ale już nie tak skrupulatnie, bo liczymy na wpadkę. Ogólnie NPR dał mi dużo samoświadomości na temat mojego ciała i symptomów, potrafię szybciej rozpoznawać reakcje mojego organizmu. Ja jestem zachwycona tym i szkoda, że nie uczą tego w szkołach.”

„Możemy zapobiegać ciąży, ale nie za bardzo? Hipokryzja!”

Nie brak jest jednocześnie katolików, którzy odrzucają metody naturalne. Część z nich nie widzi istotnej różnicy między „antykoncepcją naturalną” a sztuczną. „Dla mnie to też jest antykoncepcja” – mówi Julia, niedługo planująca wstąpić w związek małżeński. „Przecież zarówno w przypadku prezerwatyw, jak i NPRu czy kalendarzyka, chodzi o to, żeby nie począć dziecka. Po co udajemy otwartość na życie, skoro nie jesteśmy wcale otwarci? Można zapobiegać, ale tylko trochę? To hipokryzja. A jak się wpadnie, nawet przy stosowaniu tabletek, to też można to dziecko przyjąć. Ja nie usunę nigdy ciąży, ale nie będę się bawić w NPR. I na życie się nie zamykam”. Inni mówią o niskiej skuteczności NPR w pewnych sytuacjach. Należy do nich Klaudia, żona z dłuższym stażem i trójką dzieci: „Ja wiem, że obserwowanie śluzu i mierzenie temperatury mogą być skuteczne. Ale nie zawsze – po porodzie bardzo  trudno to ocenić, czy już wróciła płodność. Musiałbym z mężem zrezygnować z seksu na wiele miesięcy, a to przecież naturalne, że chcemy się kochać! Stosujemy prezerwatywy. Na życie jestem otwarta – świadomie zdecydowałam się na dzieci i bardzo je kocham. Ale nie widzę sensu w męczeniu się z NPR. A kobiety po cesarkach? Co one mają zrobić? Przecież po CC nie można zajść w kolejną ciążę przez rok. Mają umrzeć, narazić się na pęknięcie macicy, osierocić dzieci, bo stosując prezerwatywę zamykają się na życie? Ja i mąż sądzimy, że to absurdalne. Dzieci trzeba nie tylko urodzić, ale też je wychować”.

„Zaszła poważna zmiana…”

Czasami bywa tak, że stosunek do stosowania NPR zmienia się w trakcie trwania małżeństwa. Bartek na początku zgodził się na NPR, ale później z niego zrezygnował: „Nie mogę wiele powiedzieć o NPR. Żona zaczęła obserwować śluz, chcąc żyć po katolicku. Zgodziłem się. Ale zaszła poważna zmiana – od razu pojawiła się ciąża. Może obserwowała się za krótko. Ale wpadliśmy. Teraz nie chcę NPR, nie wierzę w to”. W przypadku Iwony było natomiast inaczej. Przez jakiś czas stosowała te metody, nienawidząc ich, by później stwierdzić, że dokonała dobrego wyboru: „Po ślubie od razu zaszłam w ciążę, ale poroniłam. Dostaliśmy zakaz ciąży na następne długie tygodnie, nie byliśmy pewni kiedy są dni płodne, a kiedy nie… więc musieliśmy zrezygnować całkowicie z seksu chcąc żyć NPR. Było to mega ciężkie, nie mogliśmy na siebie chwilami patrzeć, odrzucaliśmy jakakolwiek cielesność… tyle czasu czekaliśmy by stać się jednym ciałem, dopiero rozpoczynaliśmy ten etap naszej relacji, a tu znowu ‚szlaban’.. alternatywa była antykoncepcja ale próbowaliśmy być wierni NPR. Potem drugie poronienie i to samo. Potem trafiliśmy do naprotechnologa- nagle się okazało ze NPR to wybawienie i nadzieja. Na bazie żmudnych obserwacji (prowadzonych rzetelnie dzięki cudownemu mężowi który czuł się współodpowiedzialny i bardzo wspierał mnie) po paru miesiącach znowu bez seksu i tysiącach badań i wizyt lekarskich w końcu się udało – wkrótce na świecie pojawi się nasze dziecko”.

Temat NPR i antykoncepcji jest wielowymiarowy i budzi ogromne kontrowersje – także wśród praktykujących katolików.

Jesteśmy ciekawi Waszej opinii.

 

Continue Reading

Recenzja recenzji macierzyństwa, czyli „Mamy” Kubryńskiej

Zapewne, gdybym tę książkę przeczytała rok lub dwa lata temu, nie odebrałabym jej tak emocjonalnie, jak teraz. „Mama” poruszyła mnie chyba najbardziej ze wszystkich książek, jakie miałam okazję przeczytać w tym roku, z pewnego prostego powodu – to ja jestem główną bohaterką tej brawurowej powieści.

Matka Polka biedująca

Zdradzę Wam pewien sekret: od paru tygodni jestem zaangażowana w nową działalność. Kiedy uda mi się położyć Alę spać, a w domu robi się cicho, prowadzę lajwy dla grupy początkujących pisarzy. Ich celem jest, rzecz jasna, pomoc ziomkom po piórze w udoskonaleniu własnego warsztatu. Pewnego razu temat lajwa dotyczył konstrukcji bohatera literackiego (czyli jak tworzyć postać, która zapadnie nam w pamięć). Rzecz jasna, niemal od razu zaczęłam mówić o tym, że postać, która zostaje zapamiętana przez czytelników, to taka, która wywołuje silne emocje i jest wielowymiarowa. I pierwszą postacią z polskiej literatury najnowszej, jaka przyszła mi do głowy, była właśnie tytułowa Mama z książki Kubryńskiej. Wobec tej kobiety nie da się być obojętnym: budzi ona litość i współczucie (zachodzi w ciążę z nieodpowiedzialnym kolesiem ze studiów, który nie nadaje się do roli ojca, a do tego zmaga się z biedą), ale też gniew i politowanie (gdy wyżywa się na swoim dziecku, nie dostrzega jego problemów i bez sentymentu stwierdza, że ma osobowość borderline). Mama z „Mamy” jest bezimienna – macierzyństwo niemal kradnie jej tożsamość. Nie stać jej na hipsterskie produkty dla niemowląt – pampersy po spacerze suszy na grzejniku; stan błogosławiony jest dla niej przekleństwem (nienawidzi wówczas swojego ciała), a do tego otwarcie mówi o odczuwaniu niechęci wobec swojego uroczego i bardzo mądrego dziecka. Nie można przy tym powiedzieć, że Mama swojego dziecka nie kocha – ona po prostu nie jest mistrzynią w zakresie (jakże modnego dzisiaj!) rodzicielstwa bliskości. Sądzę więc, że tworząc taką postać, Kubryńska nie łamie tabu – ona ściera je na proch.

Mama – portrecistka Polski

Ale „Mama” to książka nie tylko o macierzyństwie. W moim odczuciu jest to także opowieść o przemocy, która w Polsce ma się świetnie, jest sposobem komunikowania się, który wpaja się nam od dziecka.  Autorka głosem Mamy opisuje wychowawczy terror w rodzinie jednego z głównych bohaterów, ukrywany pod płaszczem kompulsywnego przestrzegania dobrych manier, a także jego wpływ na późniejsze życie tegoż bohatera. Poznajemy pozbawiony empatii i przemocowy personel oddziału położniczego, na którym na świat przychodzi Piotruś, syn Mamy, a także przemoc społeczeństwa polskiego względem matek (rzekomo stojących w nadwiślańskim kraju na piedestale). Otoczenie Mamy chętnie raczy ją informacjami, jak powinna żyć i wychowywać swoje dziecko (potęgując przy tym jej poczucie winy) – niemal nikt natomiast nie garnie się do tego, by jej pomóc. Samotna, wystraszona Mama jest zatem coraz bardziej sfrustrowana, na czym cierpi jej relacja z synem… i koło się zamyka, mamy tkwią w klatce społecznych oczekiwań i lęku o swoją przyszłość. I ja – od niedawna również mama (albo Mama) – również zastanawiam się nad tym, jak tę cholerną klatkę rozpieprzyć. Wprawdzie nie jestem matką samotną, nie zmagałam się z poporodową depresją, a moja sytuacja zawodowa wygląda całkiem sensownie, ale…

… doskonale wiem, czym jest upokorzenie i rażący brak kompetencji personelu na polskich oddziałach położniczych (nawet w szpitalu, o którym mówi się, że posiada „IV stopień referencyjności”),

… otrzymałam dziesiątki (a może setki) idiotycznych rad dotyczących tego, jak powinnam zajmować się swoim dzieckiem, choć wcale o nie nie prosiłam – a raczej prosiłam o to, by pewne komentarze wygłosić do lustra, a nie do mnie,

… dowiedziałam się od pewnego „zatroskanego” pana, że jestem złą matką, ponieważ „nie żyję tylko dla dziecka”,

… choć naprawdę wspaniale czuję się w roli matki, to jednak bywam zmęczona, wściekła i przybita, gdy nie wiem, czemu moje dziecko płacze. I nie myślę wtedy o etosie matki i wbudowanym w niego poświęceniu, tylko o tym, że chciałabym wyjechać w Bieszczady.

Więc przyznaję – Mama to także mój opis. I, prawdopodobnie, większości matek w Polsce.

Macierzyństwo – pole wiecznej walki

Sądzę, że największym „osiągnięciem” autorki jest ukazanie trudów macierzyństwa w dwóch wymiarach: po pierwsze tym społecznym, związanym z obecną w Polsce trudną sytuacją młodych matek – zwłaszcza tych samotnych. Kubryńska zabiera nas w koszmarną podróż na polską porodówkę, pokazuje, jak beztrosko ojcowie dzieci podchodzą do obowiązku alimentacyjnego (i jak mało robi z tym państwo), pozwala podejrzeć, jak wygląda poszukiwanie pracy przez kobietę, która niedawno została matką. Z drugiej strony autorka opisuje wewnętrzne przeszkody i konflikty, z jakimi muszą radzić sobie matki: poczucie winy, chęć bycia najlepszą matką na świecie, lęk przed dorastaniem dziecka i jednocześnie chęć odpoczynku od niego. Te dwie rzeczywistości w „Mamie” nieustannie się przeplatają – brak pieniędzy popycha bohaterkę w ramiona poczucia bycia beznadziejną matką; jej samotność natomiast sprawia, że w pewnym momencie jest ona szczerze zdziwiona, że mogłaby w ogóle domagać się od ojca dziecka pomocy, która zwyczajnie należy się jej synowi.

Jestem przekonana, że w dobie pięknych i zadbanych instamatek, na których twarzach nie znajdzie się oznak zmęczenia, a raczej perfekcyjny makijaż, w epoce hipsterskich warsztatów dla mam dotyczących budowania więzi, promowania (niekiedy bardzo nachalnego) rodzicielstwa bliskości, ta książka jest jak otwarcie okna, jak przewietrzenie. Myśl „możesz choć trochę odpuścić” jest – również dla mnie – prawdziwie uwalniająca.

Continue Reading

Milczenie owieczek

Kiedyś, gdy byłam jeszcze piękna i młoda, studiowałam dziennikarstwo na UŁ. Wprawdzie nie dowiedziałam się tam zbyt wielu rzeczy – dlatego po licencjacie zdecydowałam się na kontynuowanie nauki na filologii polskiej – ale i tak mam sentyment do tych trzech lat…

Ostatnio w czeluściach mojej skrzynki mailowej znalazłam pewną pamiątkę z czasów studenckich – krótki reportaż na temat lekcji religii w jednej ze szkół. Stanowił on zaliczenie jednego z przedmiotów. Zdaję sobie sprawę z tego, że warsztatowo raczej nie powala on na kolana, ale stwierdziłam, że się nim z Wami podzielę – w końcu przesłanie pozostaje aktualne.

Są młodzi, często inteligentni, jednak z różnych przyczyn rzadko zabierają głos. Siedzą spokojnie w ławkach i notują, bądź udają, że to robią. Tymczasem ksiądz bądź katecheta przekazuje im „wiedzę” oraz „kształtuje” charakter…

Podwarszawskie gimnazjum. I to nie byle jakie- należy do elitarnego Towarzystwa Szkół Twórczych, które – według założeń- ma skupiać najlepsze placówki oświatowe. Uczniów jest niewielu – nie jest łatwo się dostać. Na co dzień są oni zachęcani do samodzielnego myślenia, wyciągania wniosków i formułowania uzasadnionych sądów. Istnieje jednak niechlubny wyjątek od tej reguły – są to te dwie godziny lekcyjne w tygodniu, o które tak bardzo walczono po przemianach ustrojowych; dwie godziny „nauki o Bogu”; dwie godziny odrętwienia i apatii. Na lekcje religii uczęszczają niemal wszyscy uczniowie- rodzice z początkiem roku szkolnego wypełnili stosowną deklarację. W ten sposób gimnazjaliści spędzają długie godziny w sali „udekorowanej” plakatami ze szlakiem wędrówki Jezusa, obrazkami Matki Bożej oraz zdjęciami płodów. Jest bardzo nastrojowo.

W klasie pierwszej lekcje prowadzi doświadczona, kochająca młodzież katechetka. Rozumie problemy dojrzewających chłopców i dziewcząt. Nie wymaga od nich „nie wiadomo czego”- wiadomo, jak się człowiek zakocha, to może mieć myśli o „wyerotyzowanym” całowaniu. Ale wtedy z pomocą przychodzi cisza. Normalne jest też, że czasem szatani odbierają chęci do pójścia do kościoła w niedzielę. Ale wtedy można się modlić, odprawić taki „mały egzorcyzm”. Czytanie fantasy to już poważny grzech, może spowodować uszczerbek na duszy, a nawet wpędzić w depresję, podobnie jak kontakty z innowiercami czy nieokazywanie szacunku rodzicom (nawet, jeśli ojciec bije). Udaje mi się porozmawiać z szesnastoletnią dziewczyną.

– Jak podobają ci się lekcje?

– Jesteśmy traktowani jak kretyni. Ta kobieta jest nienormalna, chora!

Gdy dopytuję, co przez to rozumie, mówi, że katechetka twierdzi, iż Duch Święty wyłącza jej czajnik. Niestety, nie udaje mi się uzyskać większej ilości szczegółów – dziewczyna spieszy się już na lekcję biologii. Z późniejszych rozmów z młodzieżą uczącą się w pozostałych klasach gimnazjum dowiaduję się, jaki jest stosunek uczniów do treści rozpowszechnianych przez katechetkę. „Nie warto się odzywać”- tłumaczy piętnastoletni Mateusz – „Z nią nie ma dyskusji. Powiesz własne zdanie, to albo cię zignoruje, albo udaje, że płacze. Do bani”. Udaje mi się jednak zawrzeć z uczniami pewien układ- następna lekcja ma być „otwarta”, tzn. ma być czasem zadawania pytań. Kilkoro chłopców i dziewcząt zgadza się zadać pytania, które przygotowałam: dotyczą one głównie historii Kościoła, kwestii związanych z dogmatami czy szeroko pojętą filozofią chrześcijańską, a także prawem kanonicznym. Przyjmują moją propozycję z zawadiackim uśmiechem, lecz jednak bez entuzjazmu.

Cztery dni później dostaję telefon od przywódcy „rebeliantów”. Nie wierzę w to, co słyszę – katechetka nie tylko nie wie, czym właściwie był II Sobór Watykański, ale również nie wie, jaka jest różnica między- nieistniejącym przecież- rozwodem kościelnym a unieważnieniem małżeństwa; nie ma również pojęcia, co oznacza pojęcie „Boga immanentnego”, nie orientuje się, jakie jest stanowisko Kościoła wobec osób niewierzących lub wyznających inną religię. Robi mi się gorąco.

W liceum, połączonym ze wspominanym już gimnazjum, naucza już ktoś inny – jest to ksiądz, doktor teologii. Podróżnik, poliglota- dużo czasu spędził we Włoszech. Zna się na sztuce, kawie i seksie. Nie unika trudnych tematów, odpowiada wyczerpująco. Niektórym uczniom imponuje jego wiedza, większość jednak i tak lekceważy jego słowa – duchowny wydaje się być ciężkim przypadkiem narcyzmu. Wszędzie, gdzie to możliwe, wplata greckie słowa, angielskie idiomy, łacińskie sentencje. Młodych to męczy, nie widzą w nim „swojego człowieka”. Jednak to nie popisy erudycji księdza stanowią w tym przypadku główny problem. Przyczyną, dla której uczniowie skarżą się na nauczyciela religii, są jego seksistowskie wypowiedzi. Jeden z uczniów, zaangażowany w ruch feministyczny, uważa, wypowiedzi księdza są „po prostu dnem”. Według „zeznań” młodzieży, ksiądz twierdzi, że kobiety są „zwyczajnie niegodne sprawowania funkcji kapłana, która wymaga zrównoważenia emocjonalnego”, „są ogólnie brudne przez menstruację” oraz „ponoszą odpowiedzialność za upadek wielu porządnych mężczyzn, bo obnażają się z próżności”. Kilka dziewcząt próbowało zabrać głos, jednak ksiądz arogancko odpowiedział im, że przecież nie muszą uczęszczać na lekcje religii. Sęk w tym, że muszą. Są nieletnie i decyzja w tej sprawie należy do rodziców. Jedna dziewczyna podobno opuściła kiedyś salę, trzaskając drzwiami- było to wtedy, gdy ksiądz zapytał ją, czy rozpoczęła już współżycie. Według opowieści kolegów, jej rodzice zostali wezwani do szkoły i musiała przeprosić nauczyciela.

Rodzice chcą, by ich dzieci uczęszczały na lekcje religii, ponieważ uważają, że świadczy to o normalności rodziny, z jakiej się wywodzą. Nie zwracają uwagi na to, czego właściwie dzieci są uczone, w jaki sposób przekazuje im się wiedzę. „Ksiądz wie, co robi, złego przecież nie uczy”- twierdzi Alicja, matka jednego z gimnazjalistów. Innego zdania są natomiast niektórzy księża. Arkadiusz, młody duchowny, twierdzi, że lekcje religii prowadzone w sposób chaotyczny, często przez osoby niekompetentne, dają często odwrotny od zamierzonego efekt. „Młodzi zwyczajnie się buntują, nie chcą słuchać bzdur”- komentuje ksiądz. Zdaje sobie jednak sprawę z faktu, że szkoły w sprawie katechetów mają niemalże związane ręce, gdyż według ustaleń konkordatu, to Kościół decyduje o programie nauczania oraz powoływaniu i zwalnianiu nauczycieli religii. Zdaniem duchownego, uczniowie jednak mogą – i powinni – reagować, gdy księża lub katechetki wypaczają obraz Boga i Kościoła.

Jednak, czy wielu jest chętnych do walki z wiatrkami..?

***

Nadal uważam, że lekcje religii nie powinny odbywać się w szkołach. Przede wszystkim jednak powinni prowadzić je bardzo wykwalifikowani i empatyczni katecheci. Młodzi ludzie jakoś wytrzymają te dwie godziny w tygodniu, które często stanowią popis niekompetencji katechety, ale… do kościoła na pewno z własnej woli nie pójdą.

Continue Reading

Kiedy ojciec nie zasługuje na laurkę

W Dzień Ojca cały Facebook i Instagram były zapełnione „laurkami” dla ojców – mnóstwo moich znajomych (i nie tylko!) dzieliło się wtedy swoimi wspomnieniami związanymi z tatą oraz dziękowało im za to, co im dali.

Zdarza się jednak również tak, że przypada nam w udziale ojciec, któremu laurki wystawić nie sposób. Nie każdy od swojego taty otrzymuje lekcje odwagi, siły i wiary we własne możliwości – niektórzy przez lata muszą zmagać się z poczuciem krzywdy, którego źródłem jest ich chora, niszcząca relacja z ojcem. Dla takich osób 23 czerwca jest dniem trudnym – bo przecież każdy z nas marzy o posiadaniu dobrych, kochających rodziców, którzy dobrymi radami i troską prowadzą nas ku dorosłości. Konieczność przyznania, że nasz ojciec nawalił, spieprzył sprawę po całości, potrafi bardzo, ale to bardzo boleć. Kiedy więc dostrzegamy roześmiane twarze dzieci i ojców na facebookowych fotach, mamy ochotę zrobić z laptopem to, co Stefan Siara Siarzewski ze swoim telewizorem w jednym z fragmentów „Kilera”…

Poznajcie krótkie opowieści osób, które szczerze nienawidzą Dnia Ojca, które mogą wystawić swoim ojcom antylaurkę w uznaniu ich antyzasług. Pozwólmy wybrzmieć ich historiom.

Kamila, 27. Jestem zupełnie sama

Dzień Ojca jest dla mnie jednym z najgorszych w roku – to znaczy, po wigilii. Moja mama i siostry oczekują, że zadzwonię albo przyjadę do ojca z życzeniami, że będę udawała, że jest dobrze. Moja rodzina lubi udawać, że jest dobrze, że się kochamy i wspieramy – ale tak nie jest i nigdy nie było. Nie, mój ojciec nie pił. Nie bił mnie. On po prostu był, jak mówi moja mama, „temperamentny”. Oznacza to, że zdradzał ją na prawo i na lewo. Miał przelotne kochanki, a do tego jeden (lub więcej, ale nie wiem tego na pewno) długi romans… z kuzynką mamy. On nigdy się z tym szczególnie nie krył – ale mama nie chciała, by ktokolwiek się dowiedział. Sama płakała, używała nas, byśmy prosiły ojca, żeby nas nie zostawał – choć ja marzyłam o tym, by wreszcie zniknął z naszego życia. Mama tłumaczyła go, strasznie się bała, że bez niego sobie nie poradzimy, chociaż miała pracę i niezłe wykształcenie. Ojciec mówił, że te kobiety go uwodziły, podrywały, że nie chciał, ale stało się… Słyszałam wiele takich rozmów między rodzicami, których nie chciałam słyszeć. Mama uważała, że to kobieta ma się szanować, bo inaczej może komuś zabrać męża i ojca. Gdzie tu jest moja krzywda? Przede wszystkim w dzieciństwie, które było związane z ciągłym pocieszaniem mamy, zaprzeczaniem swoim uczuciom. Do tej pory nie potrafię zaufać żadnemu mężczyźnie. Kiedyś miałam chłopaka, ale zatruwałam go podejrzeniami. Oczami wyobraźni widziałam, że on zdradza mnie z koleżankami, nawet z kuzynką. Jestem zupełnie sama. Ale i tak nie chcę, aby w moim życiu był ojciec.

Bartek, 32. Był zawsze, ale nigdy go nie było

Mój ojciec zawsze był w moim życiu, jednak tak na prawdę nigdy go nie było. Co to znaczy? To znaczy, że zawsze ze wszystkim zgadzał się z matką (nieważne jaka byłaby to głupota), nigdy nie miał swojego zdania i wolał być obojętny. Pamiętam słowa matki „No powiedz mu coś”, co oznaczało, że ojciec powie po prostu „Słuchaj, co matka do Ciebie mówi” i na tym się kończyła jego rola wychowawcza. Nigdy nie potrafił stanąć po mojej stronie. Jednak ostatnio przepełniła się czara goryczy, gdy zapraszałem rodziców na urodziny syna, a ojciec powiedział, że nie może ot tak przełożyć sobie pracy (a pracuje na umowę o pracę, nie na żadnej śmieciówce), że przecież on musi na to wszystko zarobić. W tym momencie liczyłem na wsparcie mojego ojca, na jego obecność, których jednak nie otrzymałem.  To więcej niż obojętność – to po prostu odrzucenie, odcięcie się od roli ojca. Uzmysłowiłem sobie, że tak naprawdę to on nigdy nie był dla mnie tatą – praca była wymówką, by nie angażować się w sprawy domu i moje życie. Tego dnia rozstaliśmy się w złości i do tej pory nie dostałem od niego żadnego telefonu. Możliwe, że jest mu tak po prostu wygodnie. I ja, choć się tego wstydzę, też żyłem tak, by było mi wygodnie, ale… teraz nie chcę, by mój syn zrobił to samo.

Nikola, 23. Rozwiódł się ze mną

Pamiętam, jak w przedszkolu mieliśmy narysować swoje idealne wakacje. Narysowałam mamę i siebie, no i ciotkę. Wszyscy myśleli, że ciotka to tata, bo miała krótkie włosy. Kiedy powiedziałam, że nie mam taty, jeden chłopak powiedział, że widocznie moja mama się puściła. Potem zapytałam mamę, co to znaczy, a ona odpowiedziała „to znaczy, że Twój tata nie powinien pojawić się nigdy w moim życiu”. Tak naprawdę rodzice mieli ślub – i to nawet kościelny. Owszem, wzięli go, gdy mama była już w ciąży, ale przecież nie ona pierwsza i nie ostatnia była panną młodą z zaokrąglonym brzuszkiem (zresztą, jak widziałam na jedynym zdjęciu, które się zachowało, wyglądała wtedy bardzo ładnie).  Potem jednak coś poszło nie tak – kłótnie, brak pieniędzy i tata się wyprowadził. Rozumiesz? Wyprowadził się. Rozwiódł się z mamą i ze mną. Stwierdził, że jak nie jest już żonaty, to ojcem też już nie jest. Nie było go przy mnie wtedy, kiedy miałam komunię, gdy w podstawówce pobiłam się z koleżanką i miałam złamany ząb, gdy wygrałam zawody pływackie. Alimentów też nie płacił, bo po co? Założył nową rodzinę, wiem, że ma dzieci z drugą kobietą. Jestem pewna, że gdyby rozstał się też z nią, to ich dzieci też by porzucił, bo jak żona czy dziewczyna jest była, to dzieci też stają się eks. W sumie to jego nieobecność nie zniszczyła mi życia, normalnie gadam z chłopakami, chcę mieć dzieci, ale… zawsze będę pamiętała, jak fantazjowałam o tym, że on mnie znajdzie, przeprosi, przytuli. I nigdy tego nie zrobił.

Monika, 30. Taki strach, że nie możesz oddychać

Dzień Ojca? Dla mnie to dzień tyrana, bydlaka, który złamał mi życie. Jak mogę inaczej nazwać człowieka, który przez kilkanaście lat lał mnie za nieposłuszeństwo? To nie były tylko klapsy (też jestem im przeciwna i czytałam Twój tekst, w którym piszesz, że to i tak bicie; ja się z tym zgadzam), ale to było napierdalanie. Towarzyszył temu cały rytuał – ja musiałam przynosić mu pas, którym potem on bił mnie po plecach, po tyłku, po udach. Myślę, że sprawiało mu to przyjemność – on wreszcie coś wtedy znaczył, bo poza domem był nikim – urzędnik niższego szczebla, który nie był w stanie sięgnąć po więcej. Mojego brata kilka razy też uderzył, ale w moim przypadku to już zakrawało o obsesję. Kiedyś wieczorem, kiedy już prawie zasypiałam, wpadł do mojego pokoju żeby „sprawdzić”, czy posprzątałam. Było poukładane, ale w szafach chaos. Jak zaczął wyrzucać rzeczy, to ja tak jakby umarłam. Wiedziałam, że będzie bicie. Zeszczałam się w łóżko. On nawet tego nie zauważył – wyciągnął mnie z tego łóżka za włosy i tłukł. Matka udawała, że go uspokaja, mówiła „daj już spokój”. A powinna go wypieprzyć z domu! O tym, co się działo w moim „porządnym” domu, wie tylko mój narzeczony. Kiedyś zapytał, czemu nie uciekłam. Ale on nie rozumie, że to jest taki strach, że Ty nie możesz się ruszyć. Nie możesz oddychać.

 

Czy posiadanie ojca, który ze swojej roli się zupełnie nie wywiązał, oznacza, że nie ma się szans na szczęśliwe życie? Absolutnie nie. Przeszłość wymaga jednak przepracowania. Ofiary przemocy, obojętności oraz odrzucenia ze strony ojców potrzebują terapii, poczucia akceptacji, obecności ludzi, którzy nie rzucą tekstem w stylu „ciesz się, że w ogóle miałeś ojca”.

Ważna jest również sama możliwość opowiedzenia swojej historii. To, że ktoś tych słów słucha (lub je czyta) i daje im wiarę, pomaga zaakceptować trudną przeszłość i patrzeć przed siebie.

Continue Reading