Mistyka szaleństwa i ciężkiej roboty. Czego uczy nas święty Józef?

https://jozef.wloclawek.pl/images/articles/swJozef.jpg
#mójŚwięty

Każdy wierzący i wątpiący zapewne chciałby, aby w jego życiu miało miejsce jakieś duchowe „Wow” – jakieś fajne objawienie, głos z Góry, niewytłumaczalne uzdrowienie ze śmiertelnej choroby dzięki modlitwie. Wydaje nam się, że gdyby coś takiego miało miejsce, to już zawsze żylibyśmy „po Bożemu” – w końcu mielibyśmy przecież pewność, że Bóg istnieje i ma w zwyczaju słuchać tego, o co go prosimy. Nasza epoka wyżej ceni szkiełko i oko, niż czucie i wiarę – i nie wiem, czy można coś z tym zrobić.

Problem polega jednak na tym, że większość osób wierzących raczej nie miewa ekstaz, nie widuje swojego Anioła Stróża i czasem ma wrażenie, że podczas modlitwy gada sama ze sobą. Niekiedy może to prowadzić do występowania katokompleksów – skoro święci widywali w objawieniach Jezusa, mogli rozmawiać z Matką Bożą, a niekiedy było im dane także podejrzeć, jak żyje się w Niebie, to czemu mnie się to nie przytrafia? Widocznie nie jestem pierwszoligowym katolikiem, nie umiem żyć z Bogiem. Przegrana sprawa.

Antidotum na tego rodzaju myśli może być uzmysłowienie sobie, że w historii Kościoła nie brak świętych, których relacja z Bogiem bardziej przypominała długą wymianę listów, niż rozmowę na Skype. I nie dotyczy to jedynie świętych mało znanych, drugoplanowych – w końcu trudno tak określić ziemskiego opiekuna samego Syna Bożego – świętego Józefa.

Długo by mówić (a właściwie pisać) o tym, dlaczego postać tego świętego tak bardzo nas fascynuje. Skupimy się na kilku powodach, dla których Józef z Nazaretu zajmuje pierwsze miejsce w naszym rankingu ulubionych niebian.

Po pierwsze, święty Józef jest doskonałym przykładem na to, że Bogu można być posłusznym nawet wtedy, kiedy cierpi się na niedobór cudów i innych wydarzeń silnie stymulujących religijnie. Józef, prosty cieśla z małej mieściny, dowiaduje się, że będzie ziemskim opiekunem samego Boga. Nie obwieszcza mu tego jednak anioł w jaśniejących szatach, nie słyszy żadnych niebiańskich fanfarów – jego „zwiastowaniem” są słowa jego Żony, której może uwierzyć, ale wcale nie musi. Święty decyduje się zaufać Kobiecie, którą kocha i decyduje się otoczyć opieką Ją i małego Jezusa. Jego życie jest, można powiedzieć, zupełnie zwyczajne – kiedy Józef umiera, Jezus prawdopodobnie dalej mieszka z Matką i pracuje jako cieśla. Przyczyny, dla których jego los potoczył się tak, a nie inaczej, a także stuprocentową pewność co do słuszności własnych wyborów, Józef poznał dopiero po drugiej stronie. Za życia nic, poza kilkoma snami z aniołem (ale przecież wszyscy wiemy, że marzenia senne można interpretować na wiele sposobów i na ogół nie warto przywiązywać się do ich treści) nic niezwykłego, nadprzyrodzonego w jego życiu się nie wydarzyło. Pomimo tego, Józef jest wierny Szefowi i swoim wyborom.

Józef jest także naszym ulubionym „Bożym szaleńcem”. Niewiele osób potrafiłoby kochać tak, jak on – ten wspaniały człowiek nie tylko wbrew tak zwanemu zdrowemu rozsądkowi uwierzył swojej ukochanej Miriam w poczęcie z Ducha i obronił ją przed pomówieniami i karą, ale także stworzył dom Jej i Jej Dziecku, a kiedy było trzeba – z dnia na dzień podjął decyzję o ucieczce do Egiptu (kraju, który Izraelitom nie kojarzył się przecież pozytywnie). Czasami nawet zastanawiamy się, co powiedzielibyśmy Józefowi, gdyby żył w naszych czasach i był naszym znajomym – i ze wstydem musimy przyznać, że być może namawialibyśmy go do niedawania wiary tłumaczeniom Żony, skupieniu się na sobie i życia własnym życiem. Na szczęście Józef był (jest!) człowiekiem, który potrafił kochać o wiele lepiej, niż my. Jeśli po jednej stronie kontinuum umieścimy egoizm, to na przeciwległym końcu, jako jego totalne zaprzeczenie, znajduje się święty Józef.

Sądzimy, że z Józefem powinni zacząć zadawać się wszyscy ci, którzy mają problemy z wiarą, którzy czują się przez Boga opuszczeni – ten święty pokazuje, że bez ekstaz również da się być człowiekiem głęboko wierzącym i że czasami Najwyższy ma po prostu taki pomysł na nas. Może on także być patronem tych osób, które z różnych przyczyn czują się pominięte, mało ważne  – na przykład w rodzinie, w pracy, w Kościele (w Biblii nie ma zapisanego ani jednego słowa wypowiedzianego przez Józefa!). Ziemski ojciec Jezusa na pewno doskonale zrozumie także wszystkich tych, którzy mają problemy małżeńskie lub przechodzą kryzys zaufania w związku. Jako że Józef był „głową” Świętej Rodziny, można z nim spokojnie pogadać na temat kolki u dziecka (sprawdzone info!), poczucia zmęczenia pracą, frustracji wywołanej nieustannym bujaniem się na umowie śmieciowej, a także drobnymi, codziennymi problemami. My za wstawiennictwem Józefa modlimy się zarówno w sprawach duchowych, niematerialnych, jak i do bólu przyziemnych. Co więcej, odkąd na świecie pojawiła się nasza córka i wniosła do naszego życia nie tylko radość, ale i nieprzespane noce, Józef jest naszym głównym ekspertem i doradcą do spraw parentingowych.

On sam przecież to wszystko przerabiał.

Continue Reading

Słodkie fraczki

O tym, że kochamy święta nieformalne, już Wam kiedyś pisaliśmy. Na pewno ucieszycie się więc, gdy powiemy Wam, że dziś jest kolejny dzień, którego nie sposób nie obejść –  Dzień Wiedzy o Pingwinach. Czyż te zwierzątka nie są wspaniałe? Mimo że są nieporadne na lądzie, świetnie sobie radzą w wodzie, w której spędzają mnóstwo czasu. Przygotowaliśmy dla Was kilka ciekawostek na temat tych uroczych ptaków – raz, że warto popularyzować wiedzę o zwierzakach (nawet jesli nie ma się głosu Krystyny Czubówny), a dwa – wierzymy, że otaczająca nas flora i fauna może – przy odpowiednim levelu wrażliwości – pomóc nam w duchowym wzrastaniu. Startujemy!

1. Pingwiny nie mają zębów, więc muszą połykać pokarm w całości – aby go rozdrobnić, muszą także połykać kamienie, które im to ułatwiają. Tak robi wiele ptaków i nie jest to nic wyjątkowego, jednak w przypadku pingwinów kamyki te są także potrzebne do nurkowania na większą głębokość. Na ogół nie jadam kamieni (mimo zamiłowania do kulunarnych eksperymentów, tego składnika na próżno szukać w naszej kuchni), ale sądzę, że nie jest to przyjemne uczucie i że pozornie może się to wydawać bezsensowne – w końcu ptaki nie najadają się kamieniami. Jednakże, w naszym życiu duchowym także nie brak przecież sytuacji, kiedy coś wydaje się nieprzyjemne lub bezsensowne – wielu katolików ma na przykład problem z pryzjęciem zasadności piątkowej wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych lub powstrzymania się od niekoniecznej pracy w niedzielę.A jednak te wymagania, te „przełykane kamyki” przynoszą wiele dobrego – także dla naszego zdrowia. Kiedyś na pewno rozwiniemy ten temat 🙂

2. Kolejną cechą tych ptaków jest ich stadność. Oznacza to że najlepiej czują się w grupie – razem pływają, jedzą oraz się bawią. Niektóre stada mogą liczyć do dwóch milionów osobników! Człowiek jest także zwierzęciem stadnym – również nasza duchowość najlepiej rozwija się wtedy, gdy mamy wokół siebie wspólnotę (gwiazdka: nie dotyczy to pustelników). Może zatem warto zorientować się, jakie fajne duszpasterstwa działają w naszej okolicy…?

3. Pingwiny lubią ślizgać się na brzuchu – jak ustalili naukowcy, daje im to radość, ale także pomaga pokonywać długie dystanse na lodzie. Wniosek? No bardzo proszę: przyjemne jest pożytecznym o wiele częściej, niż nam się wydaje. Czasami nawet obejrzenie głupiego filmu lub przeczytanie złej książki (ot tak, dla fanu, nie z konieczności) może sprawić, że w głowie zaświta nam jakaś genialna myśl, godna zacnego teologa. Bo gdyby tak miało nie być – to czemu czytanie o pingwinach i oglądanie zdjęć pingwinich rodzin jest tak wciągające? 😉

 

 

Continue Reading

Korona królów i kwestia pokory

https://ocdn.eu/ebooksimages-transforms/1/4p7ktoARGh0dHA6Ly9vY2RuLmV1L25ld3N3ZWVrLXdlYi85ZmFjNjBkNC0wYjU2LTQyNTAtOTgwMC0zODY0MjUxMjE3MWYuanBnkZUCAM0CAMLD

Oglądamy z Mężem „Koronę królów” z ogromnym zaangażowaniem – mówię to poważnie. To chyba ten sam mechanizm, który każe mi od czasu do czasu zjadać całą paczkę chipsów, choć wiem, że nie czuję się po nich najlepiej i że są niezdrowe. I że tak naprawdę to przecież ich nie lubię.

Serial, który miał przybliżyć współczesnym widzom życie wybitnych władców Polski i przenieść nas do wieku katedr, posiada dialogi rodem z „M jak Miłość”, kostiumy przypominające te ze szkolnych akademii oraz poziom aktorski, który jest… niezadowalający. Przy każdym odcinku mamy poczucie, że ten serial po prostu musi się zacząć, rozkręcić, że jeszcze zacznie się dziać i producenci pokażą nam, jak to na Wawelu drzewiej bywało. Odcinek za odcinkiem, tak jak chips za chipsem, nic się jednak nie zmienia – głód nie zostaje nasycony, a pojawia się ociężałość, niesmak, poczucie marnowanego czasu.

Nie twierdzę wcale, że tylko seriale robione z rozmachem „Gry o tron” są warte uwagi. Na kartach historii kina zapisało się przecież wiele filmów, które miały niski budżet, nikt nie wróżył im sukcesu, a jednak okazały się hitami – przykładem może być „Ojciec chrzestny” lub mój ukochany „Kiler” z naszego polskiego podwórka. „Korona królów”, nawet bez obecności spektakularnych efektów, mogłaby pozostać serialem, którego fabuła skupiałaby się na dworskich intrygach i codziennym życiu mieszkańców dawnego Krakowa – to wymagałoby jednak konkretnej wizji, finezji, wyczucia ducha epoki oraz jasno sprecyzowanej wizji tego, co właściwie reżyser chce widzom pokazać. Zamiast tego otrzymujemy zbiór „wyobrażeń na temat”: królowa Jadwiga nieustannie modli się „Zdrowaśkami” (choć modlitwa ta powstała po jej śmierci!) – bo kiedyś to lud był pobożny. Król Kazimierz jest człowiekiem na wskroś nijakim – może miało to sugerować, że „król też człowiek”. Jego żona Anna natomiast lubuje się w rozsypywaniu kłosów zboża na nagim torsie męża – w ten sposób scenarzysta podkreśla, że w jej żyłach wciąż płynie pogańska krew. Pisząc to zdanie, słyszę w głowie kultowy utwór Donatana, tyle  że „słowiańskie” mój umysł zastepuje słowem „pogańskie”. Jest gorzej, niż sądziłam.

Ale przecież każdemu zdarzają się niepowodzenia – mogło się przecież zdarzyć, że TVP po prostu zrobiło nie najlepszy serial. Ktoś by go profesjonalnie skrytykował, ktoś napisał na Facebooku, że to gniot i porażka. Ale „Korona królów” stała się fenomenem – posiada własny „fanpage” (a raczej „hejtpejdż”) z memami nią inspirowanymi. ASZ Dziennik poświęcił jej niemało miejsca, a portale rozrywkowe pełne są przeróbek fotosów z serialu z dziwnymi podpisami. Sądzimy, że dzieje się tak z prostego powodu: twórcy serialu nie mieli pokory, nie zakładali, że może jednak nie wiedzą wszystkiego o kinematografii. Według zapewnień pewnego wpływowego w TVP pana, serial miał być największym sukcesem od 30 lat. Część osób związanych z nim uważała, że będzie on lepszy niż „Wspaniałe stulecie”, hit tureckiej telewizji. Nie udalo się. Widzowie dopatrzyli się błędów, takich jak wspomniana już „afera zdrowaśkowa” czy źle dobrane kostiumy. Twórcy i osoby zajmujące sie promocją wolały iść w zaparte, wprowadzając w błąd opinię publiczną, podając zaledwie wycinek z wypowiedzi eksperta (choć serial miał nas przecież edukować!), niż przyznać się do błędu. Gdyby twórcy powiedzieli coś w stylu „Drodzy widzowie, zrobiliśmy niskobudżetowy serial inspirowany historią Polski. Wiemy, że nie jest idealnie – będziemy wdzięczni za uwagi, postaramy się, by kolejne odcinki były coraz lepsze” o wiele mniej osób uśmiechałoby sie szyderczo. Zabrakło pokory, zbyt mało było dystansu. Za to płaci się wysoką cenę – zwłascza w dobie bezwzględności internetu.

Ponoć emisja  „Korony królów” przyniosła pewien pozytywny efekt – Polacy bardziej zainteresowali się historią, o czym świadczą wyniki wyszukiwąń w Google. Jeszcze lepiej by było, gdyby serial sam w sobie przynosił odpowiedzi na pytania naszych rodaków i przedstawiał dzieje Kazimierza Wielkiego i jego dworu nie tylko przez pryzmat pogaduszek przy kawie (a raczej kaszy gryczanej, której w serialu sypie się naprawdę dużo). Nie jestem psychofanką historii, jednak serial o życiu najwybitniejszych polskich władców naprawdę obejrzałabym chętnie. Być może za parę lat powstanie produkcja na naprawdę wysokim poziomie – mam nadzieję, że pozwoli mi ona się poczuć się nie jak wtedy, kiedy wbrew zdrowemu rozsądkowi jem chipsy – lecz jak wtedy, gdy zadowolona z siebie, zajadam lekką, lecz pożywną sałatkę owocową.

 

Continue Reading

Po ósme: nie oczerniaj!

https://cdn4.thumbs.common.smcloud.net/common/2/3/s/2394059x21j.jpg/ru-1-r-640,0-n-2394059x21j.jpg

Kiedy popełniamy grzech przeciwko, dajmy na to, szóstemu przykazaniu (i jesteśmy osobami wierzącymi, praktykującymi), to przeważnie od razu czujemy wstyd, wiemy, że zrobiliśmy coś złego i nie kwestionujemy tego, że powinniśmy udać się do spowiedzi.

Szkoda, że nie działa to tak samo dobrze w przypadku innych przykazań. Myślę, że osoby odpowiedzialne za formację powinny odpowiednio rozkładać akcenty – w końcu nie tylko grzesząc przeciw czystości łamiemy Boże prawo. Dziś szczególnie skupiamy się na tym, które zabrania mówić fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu.

Mamy finał WOŚP. Ludzie w różnym wieku, pomimo niezbyt przyjemnej temperatury, wychodzą z domów, by zbierać kasę na chore dzieci. Znane osoby wystawiają na aukcje ciekawe przedmioty (mnie urzekła koszulka „Sześciu Króli”), ludzie je kupują, a za zebrane pieniądze ratuje się ludzkie życie i zdrowie. Co więcej, dzieleniu się towarzyszy nie pseudomęczeńska atmosfera, tylko klimat imprezy, wzajemnej życzliwości, co jasno pokazuje, że pomaganie innym może być fajne, jednoczące. Tego dnia po prostu dzieje się dobro.

Niestety, znajdują się także hejterzy całej akcji. Oczywiście, nie mówię, że każdy musi wspierać fundację Owsiaka – jeśli ktoś uważa, że skuteczniej pomagają inne osoby i fundacje, to też super, jeśli przekaże im pieniądze. Ale opowiadanie o tym, że WOŚP wspiera aborcję, że promuje cywilizację śmierci i walczy z dziećmi z zespołem Downa, to ostre przegięcie. To właśnie jest fałszywe świadectwo.

Niedawno na świat przyszła nasza pierworodna. Podczas oczekiwania na jej pojawienie się na świecie nikt z żadnego sztabu WOŚP nie proponował nam aborcji, za to po wykluciu zbadano jej słuch – przy wykorzystaniu sprzętu z czerwonym serduszkiem. Nie spotkałam się również z tym, by decydenci WOŚP zastrzegli, że sprzęt ten nie może być używany do badania dzieci z zespołem Downa. Przypadek? Nie sądzę.

Kiedy zatem ktoś pyta nas, czy wspieramy WOŚP, odpowiadamy „Oczywiście!”. Nieprzekonanych do tego pomysłu namówić będzie zapewne trudno, ale dla tych, którzy się wahają, mamy pewną zachętę. Otóż Pismo mówi, że dobre rzeczy można poznać po owocach. Owoce WOŚP są zaś następujące:

  • zebranie 825 mln PLN na sprzęt medyczny pracujący w szpitalach w całej Polsce,
  • zakup  48 tysięcy nowoczesnych urządzeń medycznych,
  • wyposażenie 219 oddziałów neonatologicznych  w 464 urządzenia Infant Flow,
  • Stworzenie 19 centrów leczenia retinopatii, ratujących wzrok 8 187 wcześniakom.
  • zakup 2978 pomp insulinowych dla najmłodszych dzieciaków.

Nam to wystarczy.

 

Continue Reading

Adoracja nie tylko na froncie

https://img5.dmty.pl//uploads/201001/1264603499_by_Sanchezo_600.jpg

Jak kanistry jaramy się świętami nietypowymi. Dziś na przykład wypada Dzień Wzajemnej Adoracji! Cieszycie się? Bo my bardzo! Oczywiście oznacza to, że jako mąż będę musiał swojej kochanej Katolwicy wyrazić uczucia w nieszablonowy sposób – może to jest właśnie najlepszy sposób na celebrowanie tego dnia…?

Intrygująca jest historia powstania tego święta: otóż dzień ten został „powołany”podczas pierwszej wojny światowej, aby odwrócić uwagę wszystkich od sytuacji na froncie i umożliwić im skupienie się na osobach, na których im zależało. Jest w tym coś głęboko poruszającego – uwidacznia się tu ludzkie pragnienie relacji i ciepła, nawet wtedy, kiedy wokół dzieją się straszne rzeczy. Ludzie, którzy byli świadkami śmierci kolegów i miesiącami (a niekiedy latami) nie widzieli swoich bliskich, mieli tego jednego dnia przywołać ich obrazy i dobre wspomnienia. Sądzę, że to dobra okazja, by dziś zastanowić się, jak wiele dobra dostaliśmy od innych osób. Nie czekajmy na wojnę, rozłąkę lub cokolwiek innego, by docenić naszych bliskich. Myślmy o nich ciepło już dzisiaj – i oczywiście dajmy coś od siebie. Spieszmy się adorować!

No dobra, ale przecież „adoracja” brzmi romantycznie (bo „adorator”) albo kościelnie (bo adorujemy także Najświętszy Sakrament). Ale przecież adoracją może być także telefon do przyjaciela, z którym jakoś ostatnio nie mieliśmy czasu pogadać. Może to być obdarowanie uśmiechem drugiej osoby. Mały gest może poprawić nastrój osobie, którą spotykasz. Warto też tego dnia zastanowić się, co przeważnie przekazuję innym od strony emocjonalnej: czy jest to radość i serdeczność, czy może ludzie mają powody do tego, by postrzegać mnie jako chmurę burzową?

Wspaniałego Dnia Wzajemnej Adoracji!

Continue Reading

Nie o to chodzi, by złapać króliczka…

Die Waffen nieder! – Złóż broń

… ale by go gonić. Z ostrą amunicją, po cudzym lesie. Może czasem pod wpływem alkoholu, tłumacząc sobie, że „mamy czynić ziemię sobie poddaną”.

Zapewne już słyszeliście, że myśliwi dostali nowe pozwolenia na polowania. Długo się zastanawialiśmy, jak to jest możliwe, że mimo tego, że mamy taki prozwierzęcy rząd (pewien ważny poseł jest zadeklarowanym miłośnikiem kotów i zwierzaków w ogóle) została przegłosowana ta ustawa. Dodatkowo prezydent, który twierdził w kampanii wyborczej, że „nie podpisze żadnej ustawy, która pogorszy los zwierząt”, także ów dokument podpisał.

Co ciekawe, ustawa przeszła w sejmie jednomyślnie, co oznacza że ŻADEN poseł nie uważał jej za złą. Wszyscy – od prawa do lewa – uznali, że lasy można uczynić folwarkiem myśliwych, dlatego też przedstawimy Wam nowe uprawnienia myśliwych.

„Wyp… z lasu, my tu polujemy” nabrało mocy prawnej – Adam Wajrak dla Gazety Wyborczej jak słusznie zauważył dziennikarz w ustawie dodano punkt: „kto umyślnie utrudnia lub uniemożliwia wykonywanie polowania”, co w praktyce oznacza, że każdy, kto przebywa w lesie (np. grzybiarz), będzie mógł być posądzony o utrudnianie polowania jeżeli myśliwi tak uznają. Nie możemy sobie wyobrazić tego, że idziemy do lasu z naszą córką na spacer, spotykamy myśliwego i słyszymy od niego zacytowane zdanie. Przecież lasy są własnością nie tylko myśliwych, ale także wszystkich osób chcących do niego wejść. To jest nie do pomyślenia, że myśliwy będzie ważniejszy od innego obywatela. Pan Prezydent przecież w swojej kampanii straszył nas filmikiem z ogrodzonym siatką lasem, jako efektem prywatyzacji lasów polskich – cóż, podpisał dokument, który powoduje coś jeszcze gorszego – zasoby zielone czyni własnością grup gości uzbrojonych w śrut i chęć mordu na zwierzętach.

Parki narodowe wolne? – Otóż nie! Nawet w parkach narodowych od teraz będziemy mogli spotkać myśliwych. Przypominając definicję parku narodowego ze słownika PWN: „Względnie duży obszar objęty ochroną prawną, zachowany w stanie naturalnym lub niewiele zmienionym przez działalność człowieka, powołany w celu ochrony najcenniejszych pod względem przyrodniczym i krajobrazowym terenów wraz z całą ich różnorodnością biologiczną, układami i procesami przyrodniczymi oraz lokalnym dziedzictwem kulturowym„. Nie wiemy, jak definicja parku narodowego ma się do nowego prawa łowieckiego – pozostawiamy to Waszej ocenie.

Nasz sprzeciw i gniew budzi także nazwa ustawy – pełna nazwa zaś brzmi „Ustawa z dnia 14 grudnia 2017 r. o zmianie niektórych ustaw w celu ułatwienia zwalczania chorób zakaźnych zwierząt„. Nie za bardzo rozumiemy jak to jest możliwe, że w ustawie o „zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt”, może być w ogóle mowa o nowych uprawnieniach myśliwych do polowań. Przecież myśliwy oddając strzał nie wie czy dane zwierze jest chore czy nie. To trochę tak, jakby dla celu walki z gruźlicą, podjąć decyzję o strzelaniu do wszystkich, którzy mogą być nosicielami prątków Kocha. A że może je przenosić właściwie każdy? No właśnie. Dokładniej bezsensowność takich działań tłumaczą panowie z „Make Poland Great Again” od momentu z linku: https://youtu.be/CNmdF7_4p9I?t=452

Dodając do tej ustawy to, co zostało uchwalone rok wcześniej (w 2016 roku), myśliwi mają 82% terenu Polski dla siebie – w myśl poprzedniej ustawy, każdy nieogrodzony teren prywatny należący do terenu łowieckiego także jest miejscem polowania. Aby wykluczyć ten obszar z terenu łowieckiego należy udowodnić przed sądem, że polowanie uraża twoje uczucia religijne. Żeby było jasne: tu nie chodzi tylko o dobro zwierząt, o to, że jako wegetarianie i miłośnicy międzygatunkowego pokoju sprzeciwiamy się polowaniom w ogóle. Rzecz w tym, że nasz rząd wyżej stawia interesy grupy mającej specyficzne „hobby” (jeśli można tak nazwać strzelanie do żywych, czujących istot w sytuacji braku zagrożenia głodem) niż prawo własności – podstawę wolności i demokracji także według prawicy.

Kiedyś polowanie na terenie prywatnym nazywane było kłusownictwem i groziły za to surowe kary. Dziś kary będą wymierzane tym, którzy kłusownikom (bo jak inaczej ich nazwać?) będą próbowali się sprzeciwić. Czy naprawdę etos myśliwego (budowany na romantycznej wizji rodem z „Pana Tadeusza”) jest wart demolowania obowiązującego porządku prawnego i własnego honoru…?

Continue Reading

Gadasz z Bogiem? Nie kokietuj!

#mojamodlitwa

Sytuacja pierwsza:

Jesteś mega wkurzony na szefa. To, co powidział lub zrobił Ci dziś w pracy, było naprawdę słabe. Masz ochotę podpalić siedzibę firmy, a szefowi rozwalić auto. Masz jednak świadomość, że za takie rzeczy grozi kryminał – no i jesteś katolikiem. Wracasz więc do domu, jesz obiad, oglądasz film. W końcu przychodzi czas na sen, a przed nim – wieczorną modlitwę. I chociaż wciąż kipisz złością, wewnątrz Ciebie niemal buzuje jad, to czujesz, że Bogu o trudnych emocjach (takich jak wściekłość) się nie mówi. Zaczynasz więc tkać słowa misterne jak koronka, odmawiasz pacierze w intencji pokoju na świecie, zachowując powagę godną Oleńki Billewiczówny. Po modlitwie jesteś już nie tylko wkurzony, ale i zmęczony. Cóż…. przynajmniej wypełniłeś obowiązek.

Sytuacja druga:

Choć bardzo prosiłeś Boga, aby rozwiązął Twój problem, dziś spotkała Cię prawdziwa tragedia. Ktoś znajomy – mimo modlitwy i postu – nie został uzdrowiony, w rodzinie dzieje się coraz gorzej albo właśnie otrzymałeś wymówienie z pracy, choć odmówiłeś Pompejankę w intencji stabilizacji zawodowej. Chce Ci się wyć, szlochać, masz ogromny żal do Boga. Czujesz się przez Niego opuszczony. Podczas modlitwy jednak pilnujesz, by żal z Ciebie nie wyciekł, nie wylał się poza Twój umysł – próbujesz więc Bogu pokazać, że mimo wszystko trwasz przy Nim w pokorze. Po odłożeniu różańca, długo jeszcze łkasz w poduszkę. W poczuciu zupełnej samotności.

Wspólny mianownik? Próba „zabłyśnięcia” przed Bogiem, który przecież jest Światłością. Próba kreowania się na kogoś, kim się nie jest, przed Osobą, która zna wszystkie nasze myśli. Chęć zaimponowania Komuś, kto tak bardzo ceni pokorę. Że to bez sensu? No pewnie. Bo modlitwa (choć nigdy się nie „marnuje”) przynosi owoce przede wszystkim wtedy, kiedy jest szczera i płynie z głębi serca.

Dopóki żyjemy na tym „łez padole”, w naszym życiu będzie obecny i ból, i lęk, i wściekłość. Będziemy targani różnymi emocjami. Nieraz poczujemy żal do Boga, wiele razy to, co na nas ześle, będzie dla nas trudne, przygniatające, niezrozumiałe. Dlaczego wiec w modlitwie nie mielibyśmy Mu o tym wszystkim powiedzieć? Czemu nie potrafimy modlić się tak, jak Jezus konający na krzyżu – „Boże Mój, czemuś Mnie opuścił?”.

Sądzimy, że wynika to przede wszystkim z wychowania (w wielu domach nie ma przecież przyzwolenia na okazywanie na przykład złości) oraz fałszywego obrazu tak zwanej bojaźni Bożej. W byciu w kontakcie z Jezusem nie chodzi przecież o budowanie swojego duchowego PR-u, o kokietowanie, jacy to nie jesteśmy pobożni i usłużni – chodzi o szczerość. Czasami dobrze jest powiedzieć Bogu, że nie podoba nam się to, co dla nas przygotował, albo że mamy dość swojej roboty. Któż zrozumie nas lepiej, niż Bóg, który przyszedł na świat także po to, by dzielić nasze doświadczenia, by być podobnym do nas…?

Wydaje nam się, że w znacznej mierze uwolniliśmy się już od chęci „bycia świętszymi od papieża” w zakresie modlitwy. Najczęstszym wyobrażeniem na ten temat jest uklęknięcie, złożenie rączek i odklepanie “kanonu” paciorka – „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, Wyznanie wiary i prośba do Anioła stróża. Otóż my modlimy się w zupełnie inny sposób. Kiedy leżymy wspólnie w łóżku żegnamy się, bierzemy się za ręce i zaczynamy gadać z Bogiem. O czym gadamy? O tym, o czym można rozmawiać z najlepszym przyjacielem: mówimy, że dziękujemy za dzisiejszy dzień, za to, że nadal możemy się cieszyć sobą. Ale nierzadko zdarza nam się powiedzieć także coś w stylu:”Boże zrób coś z tym, bo już nie dajemy rady”, albo „Boże, dlaczego nas ostatnio nie wysłuchałeś?!”. Taka modlitwa może się wydawać niekonwencjonalna, ale taka właśnie nas (bo mówimy o swoim doświadczeniu) przybliża do Boga, pomaga choć trochę zrozumieć, czym jest życie z Bogiem, traktować religijność nie jako ludowy element wystroju osobowości, ale jako element życia, które – o czym wszyscy wiemy – potrafi człowiekowi dopiec. Jeśli sami odsuniemy Boga od naszych trudnych emocji, od zawirowań, nie będziemy z Nim szczerzy – to sorry, ale raczej nie uda nam się zbudować z Nim sensownej, trwałej relacji. Być może przy pierwszym kryzysie wszystko się rozleci i nasza wiara albo umrze całkowicie, albo stanie się wydmuszką.

Żeby było jasne – nie jesteśmy żadnymi mistrzami duchowości. Nie mamy nawet teologicznego wykształcenia. Inspiruje nas jednak chociażby fragment Starego Testamentu – a dokładniej z  Księgi Jeremiasza, kiedy to Jeremiasz gorzko krytykuje Boga za posługę, do jakiej został powołany (Jr 20,7-18). Nawet ma do Niego pretensje o  fakt własnego urodzenia! Przecież on był prorokiem, osobą oświeconą – dlaczego więc aż tak mocne słowa padają z jego ust? Ponieważ w tym fragmencie zostało nam pokazane coś szalenie ważnego – BĄDŹ SZCZERY, NIE KOKIETUJ!

PS Dodatkowo, chcielibyśmy polecić Wam film, w którym ks. Piotr Pawlukiewicz kapitalnie wyjaśnia istotę „ostrej” rozmowy z Bogiem. https://www.youtube.com/watch?v=Hej9KhkALTY.

Continue Reading

Przede wszystkim dać im szansę

O porzucaniu psów, kupowaniu ich jako prezentów świątecznych oraz adopcji i innych formach pomocy rozmawialiśmy z Katarzyna Rezler, współautorką projektu adopcyjnego „ Projekt Kanapa – z klatki do chatki”, wolontariuszką, inspektorem do spraw zwierząt.
Jest taka scena w „Zakochanym kundlu”, kiedy z pudełka ustawionego pod choinką pani wyjmuje szczeniaczka – małą suczkę Lady. Warto odtwarzać tę scenę w prawdziwym życiu, obdarowując kogoś pieskiem?
Pies nigdy nie powinien być prezentem, decyzja o kupnie lub adopcji zwierzaka powinna być podjęta świadomie i nie pod wpływem impulsu. Obdarować można prezentem, kuponem na zakupy, ale nie zwierzakiem, który żyje często kilkanaście lat i nie będzie można oddać go do sklepu jak nietrafionego prezentu. Szczeniaki, kociaki rosną i za rok będą już dorosłymi zwierzętami. Nie powinniśmy ich traktować jak prezentów, a jako członków rodziny z którymi będziemy na dobre i na złe. Nie powinniśmy też robić komuś niespodzianek i uszczęśliwiać na siłę psem lub kotem, może to doprowadzić do wielu nieporozumień, a także doprowadzić do dramatu samego zwierzaka.
Niedawno do naszej rodziny dołączył nowy pies. Poprzedni opiekun zabrał go ze schroniska, ale potem wyrzucił z domu. Co można zrobić – jako osoba prywatna i jako schronisko lub fundacja – aby takie sytuacje się nie zdarzały?
Przede wszystkim należy sprawdzić czy pies naprawdę był wyrzucony i czy czasem ktoś go nie szuka. Znajdując psa czy kota zawsze powinno poinformować się o tym schronisko, gminę i ogłosić ten fakt w formie ogłoszeń papierowych, olx, fb… Podstawowym narzędziem do spadku bezdomności zwierząt jest ich czipowanie. Zwierzak nie powie nam do kogo należy, ale jego zarejestrowany w ogólnodostępnej bazie danych mikroczip jak najbardziej. Dlatego zawsze trzeba sprawdzić czy zwierzę nie ma mikroczipa. Należy również konsekwentnie reagować na porzucenia zwierząt i jeżeli wiemy kto był poprzednim właścicielem zgłaszać ten fakt – porzucenie to forma znęcania się nad zwierzętami. I co najważniejsze należy sterylizować i kastrować zwierzaki, tylko w ten sposób zapobiegniemy bezdomności – brak szczeniaków, kociaków to brak porzuceń, ale o czym również warto pamiętać – zmniejszenie populacji zwierzaków w schroniskach.
Czasami w pełni świadomie decydujemy się na psa – wiemy, że będziemy musieli z nim spacerować i zabierać na szczepienia. Po jakimś czasie okazuje się jednak, że pies ma „ognisty” temperament, jest agresywny albo sprawia inne problemy, z którymi nie umiemy sobie radzić. Co wtedy?
Trzeba postarać się znaleźć przyczynę problemu – czego nie jesteśmy w stanie zwykle sami precyzyjnie ocenić. W takim przypadku zawsze warto skorzystać z rad licencjonowanego behawiorysty – który na miejscu oceni sytuację, pokaże jak reagować i jak korygować zachowania zwierzaka, ale również własne.
Mamy wrażenie, że na świecie obecne jest pewne rozdwojenie – z jednej strony psy (zwłaszcza rasy labrador) i małe kotki obecne są w reklamach , bo wywołują ciepłe uczucia. Można by pomyśleć, że Polacy kochają zwierzaki. Z drugiej – schroniska pełne są porzuconych psów i kotów. Skąd się bierze ten rozdźwięk?
Myślę, że brak czipowania i rejestracji zwierząt prowadzi do braku odpowiedzialności ich właścicieli. Przykładem może być Aleksandrów Łódzki w którym bezpłatnie zaczipowano i zarejestrowano ponad 4000 zwierząt właścicielskich w ciągu 1,5 roku. Po tym czasie nie ma praktycznie zwierząt bezdomnych. Problemem jest również nieumiejętne poszukiwanie swoich czworonogów. Ludzie nie wiedzą gdzie ich szukać. Schroniska są często oddalone o kilkaset kilometrów od danego miasta lub gminy. Brakuje informacji gdzie zwierzak trafi. Warto o tym pomyśleć, ponieważ duża część zwierząt w schroniskach ma swoich właścicieli, którzy nie potrafią ich jednak odszukać.
Idą Święta. Zapewne, mimo wielu apeli (także ze strony znanych osób), wiele zwierząt trafi po nich na ulice i do schronisk. W jaki sposób można pomóc tym zwierzakom?
Przede wszystkim dać im szansę, pomóc je ogłaszać , promować i zamiast kupić zwierzaka rasowego iść do schroniska i zdecydować się na adopcję.
Dajmy na to, że wiem, że mój sąsiad porzucił psa. Zwyczajnie miał go dość, albo też nie potrafił się nim zająć. Czy mam prawo się wtrącić?
Porzucenie zwierzęcia lub złe jego traktowanie to forma znęcania się nad zwierzętami. Zawsze należy poinformować o tym odpowiednie służby lub organizacje pro zwierzęce.
Continue Reading

Tajm tu sej gudbaj. Kilka rzeczy, które zabierze Ci wolontariat

Obchodzimy dziś Światowy Dzień Wolontariusza. Piękna sprawa. Zaangażowanie w wolontariat daje naprawdę mega dużo – zarówno nam samym, jak i osobom, którym pomagamy. Oboje z Mężem mieliśmy okazję tego doświadczyć – byliśmy wolontariuszami w różnych miejscach, ale najdłuższa i najważniejsza dla nas jest nieodpłatna praca na rzecz innych w harcerstwie. Niezaleznie jednak od tego, w jakiej organizacji działamy, jaki mamy zakres zadań (wolontariatem może być fizyczna praca w schronisku dla zwierzaków, ale także pisanie artykułów dla portalu, który pomaga np. chorym), musimy się także liczyć ze stratą pewnych rzeczy. Zanim więc w ramach adwentowego postanowienia zaangazujesz się w nieodpłatną pracę na czyjąś rzecz, uświadom sobie, że niektóre rzeczy po prostu pożegnasz. Być może raz na zawsze.

Poczucie, że Twoje problemy są najpoważniejsze na świecie.

Bo prawdopodobnie nie są. I nie chodzi tu o podbudowywanie się cudzym nieszczęściem, albo upajanie tym, że „inni mają gorzej”. Absolutnie nie – jeśli mamy poważne troski w życiu, to najpierw powinniśmy sami się ogarnąć, a dopiero potem ruszać do hospicjum czy fundacji. Wolondatiat nie może być ucieczką przed kłopotami. Pomoc innym uświadamia nam jednak, że większość naszych problemów da radę rozwiązać, a nasze życie wcale nie jest do bani.

Nieustanne skupienie na sobie.

Jeśli tylko nie traktujesz wolontariatu narcystycznie, jako okazji do pokazania, jak bardzo jesteś altruisyczny i wyjatkowy, to on na serio może zmienić Twoją perspektywę. Pomagając innym, powoli uwalniamy się od tego krępującego ruchy egoizmu, który sprawia, że jesteśmy napuszeni, a często także przewrażliwieni na swoim punkcie i samotni.  Wolontariat naprawdę uczy pokory, a także dystansu do samego siebie.

Nadmiar wolnego czasu.

Człowiek nie został stworzony do obijania się – już w Księdze Rodzaju Bóg każe Adamowi „czynić ziemię sobie poddaną”, czyli pracować. Wielogodzinne scrollowanie fejsa czy wylegiwanie się przed telewizorem nie służy ani naszemu zdrowiu, ani wyglądowi, ani samopoczuciu. Człowiek chronicznie znudzony to po prostu człowiek nieszczęśliwy. Zaangazowanie się w pomoc potrzebującym zdjemie z Ciebie to okropne brzemię.

Nieznajomość siebie.

Moja ukochana poetka Szymborska pisała, że „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Wolontariat jest niepowtarzalną okazją do tego, by sprawdzić swoją odpornoć na stres i umiejętnosć organizowania czasu. Angażowanie się w pracę non-profit pozwala też odkryć własne talenty, pasje i możliwości. Kiedy wiemy dużo o sobie, wiemy zwykle również, w którym kierunku w życiu chcemy podążać – a przecież brak odpowiedzi na pytanie „co mam dalej robić ze swoim życiem?” jest w pewnym wieku prawdziwym problemem.

Brak perspektyw zawodowych.

Co mam wpisać w CV, skoro dopiero skończyłem studia i niewiele umiem? Jesli byłes lub jesteś wolontariuszem, prawdopodobnie nie będziesz miał z tym trudności. Wolontariat może być wspanialym „rozbiegiem” przed pracą zawodową, okazją do nabrania doświadczenia oraz… początkiem kariery. Wiele osób jest przecież zatrudnianych w miejscach, w których wcześniej „pracowały za darmo”. Sami mamy wpisane do CV kilka kursów i umiejętności, które zdobyliśmy dzięki ZHP.

A Wy jakie macie doświadczenia w tym temacie? 🙂

Continue Reading

Poślubienie pisarki? Całkiem niezły pomysł ale licz się z tym że…


Moja małżonka niedawno wydała swoją pierwszą powieść obyczajową z podszyciem psychologicznym “Żelbeton” (będącą jednocześnie drugą książką w jej literackiej karierze). Ludzie mają wiele talentów. Niektórzy mają lekkie pióro inni, zaś głowę do przedmiotów ścisłych. Jeżeli zdarzy się wam kandydatka na żonę – kobieta która lubi i potrafi pisać, to zdradzę wam na co musicie się przygotować:

  1. Nigdy nie wiesz, czy twoje zachowanie nie zostanie opisane w jej książce.
    Tak to już jest, że jak ktoś pisze, to wzoruje się chociaż trochę na własnych doświadczeniach. Uważaj więc mężu co mówisz i robisz w obecności swojej Żony! A nuż Twoje zachowanie zostanie przypisane czarnemu charakterowi…
  2. Ataki weny zdarzają się niespodziewanie i są nieprzewidywalne.
    Według (miejskiej) legendy, J.K. Rowling pisała “Harrego Pottera” na serwetkach – czemu później zaprzeczyła. Moja Żona wprawdzie uznaje zdobycze cyfryzacji, ale czasem niespodziewanie potrafi usiąść do komputera, bo właśnie wpadła jej do głowy koncepcja ciekawego dialogu.
  3. Kilka razy w tygodniu będziesz musiał odbyć korepetycje z literatury.
    Rynek książki cały czas się zmienia, a aby pisać trzeba przede wszystkim czytać. W końcu nawet E.L. James przeczytała “Zmierzch” zanim napisała swoje Opus magnum :P. Zatem twórca także musi przeczytać wiele pozycji zanim zacznie tworzyć. Przy okazji ja również słyszę całkiem sporo na temat literatury – zarówno tej najnowszej, jak i tej sprzed wieków. Jeżeli “korki” odbywają się przed północą, to jest całkiem spoko :).
  4. Będziesz musiał podszkolić się jako barista.
    Jak przyjdzie wena, nic na to nie poradzisz. Żona siada i pisze. A jak wiadomo mózg po dawce kofeiny pracuje znacznie wydajniej. Kiedy św. Franciszek Salezy lub Św. Katarzyna Aleksandryjska pomoże Żonie z weną, potrafi przesiedzieć całą noc przy kawie i pisać swoje powieści.
  5. Nie wiadomo kiedy przywiązujesz się do bohaterów.
    Kiedy Żona postanawia któregoś z nich uśmiercić, ty masz ochotę przyodziać żałobę i rwać włosy z głowy.

 

Ogólnie rzecz ujmując, bycie mężem kobiety z zacięciem literackim jest wspaniałym doświadczeniem. Możesz poszerzyć swój zasób słownictwa. Możesz być obecnym przy kreowaniu nowego świata. Dodatkowo, masz zawsze pod ręką książkę lub artykuł do przeczytania (nierzadko Żona napisze coś na fanpage “Żelbetonu, na który serdecznie zapraszamy https://www.facebook.com/zelbeton.book/ lub bezpośrednio na bloga https://zelbeton.com.pl/).

A kiedy czytasz pozytywne recenzje, wszystkie “niedogodności” zostają wynagrodzone. Po prostu pękasz z dumy.

“Żelbeton” można zamówić między innymi tutaj: https://zaczytani.pl/ksiazka/zelbeton,druk.
Jeśli chcesz sprawić komuś prezent, który pobudzi kogoś do refleksji, warto wybrać właśnie “Żelbeton”!

Continue Reading