Pięć lat prostoty. Czego nauczył nas papież Franciszek?

#DziękiFranciszku

Sami nie wiemy, kiedy to się stało, ale… faktem jest, że jutro minie pięć lat, odkąd nieznany Polakom kardynał z antypodów został wybrany na następcę św. Piotra. Paradoksem całej tej sytuacji było to, że większą „sensacją” od wyboru nowego papieża był w świecie katolików (i nie tylko!) fakt abdykacji Benedykta XVI. Styl bycia Franciszka sprawił jednak, że media szybko zaczęły się nim interesować (w końcu, czy jakikolwiek inny duchowny doczekał się „świeckiej kanonizacji”, czyli otrzymał tytuł Człowieka Roku Magazynu „Time”…?). I, choć jest zdecydowanie za wcześnie, aby pisać ambitne podsumowania pontyfikatu Franciszka, to jednak pokusiliśmy się o podzielenie z Wami refleksją nad tym, co zachwyca nas w pontyfikacie i stylu bycia papieża Franciszka – i za co jesteśmy mu wdzięczni:

  • Prostota i wyrazistość w mówieniu o wierze. Cenimy pisma i homilie Jana Pawła II czy Benedykta XVI, ale musimy przyznać, że przebrnięcie przez nie było wcale łatwe (jedną stronę „Pamięci i tożsamości” czytałam czasem kilka razy). Franciszek wypowiada się konkretnie i prosto, a do tego posługuje się porównaniami, które jest w stanie zrozumieć każdy człowiek – również prosty, nienadążający za retorycznymi zawijasami i nieczujący się pewnie w meandrach teologii.
  • Podjęcie na nowo tematów związanych z ochroną środowiska. Dla nas to kwestia bardzo osobista – od dawna angażujemy się w pomoc zwierzakom, jesteśmy wegetarianami, jeździmy na rowerach (tu powinnam wstawić „emotikon wink”) i uwielbiamy wypoczywać na łonie natury. W encyklice „Laudato si” Franciszek przypomina nam, że „czynienie ziemi sobie poddanej” nie oznacza wcale bezmyślnego niszczenia i tłumaczy, że nadmierna eksploatacja naturalnych dóbr odbija się na zdrowiu i życiu zwłaszcza ludzi ubogich – na przykład mieszkańców Afryki.
  • Zwrócenie uwagi na problem ubóstwa. Choć nie pławimy się w luksusie, to jednak trzeba przyznać, że jako młodzi, zawsze syci Europejczycy nie do końca byliśmy sobie w stanie wyobrazić, jak żyje się wtedy, kiedy nie wiadomo, czy następnego dnia będzie co włożyć do garnka (a być może nie rozumiemy tego nadal). Ojciec Święty nieustannie kieruje wzrok chrześcijan na problemy tych, którzy nie mogą kupić sobie designerskiej torebki z popularnej sieciówki, lecz w pocie czoła te torebki szyją – często za głodowe stawki. Taka zmiana optyki naprawdę uczy wrażliwości i… wdzięczności za to, co sami posiadamy.
  •  Świadomość, że nie każdemu musi się podobać to, co robimy. Franciszek jest bez wątpienia „katolickim celebrytą”- mnóstwo ludzi go uwielbia i powołuje się na jego słowa, ale z drugiej strony – nie brak osób (przeważnie konserwatywnych bądź wręcz bliskich lefebrystom), które się z nim nie zgadzają, a nawet posądzają o „wprowadzanie do Kościoła ducha modernizmu”. Franciszek chyba niespecjalnie się tym przejmuje – po prostu realizuje cele, jakie przyjął na początku pontyfikatu. W dobie  „lajkofilii”, czyli palącego społeczeństwo dążenia do zdobycia uznania (nie tylko w mediach społecznościowych), taka stałość i pewność własnych dążeń naprawdę robi wrażenie!

A Wy, za co podziękowalibyście Franciszkowi?

Continue Reading

To wolna niedziela, z handlem się rozstajemy…

https://wtemacie24.pl/wp-content/uploads/2017/09/725a.jpg

Witajcie w pierwszej niedzieli wolnej od handlu! Jak spędzacie ten czas?

Piotr Duda, prezes Solidarności, powiedział, że „Niedziela powinna być dla Boga i rodziny”. Oczywiście, że się z tym zgadzamy, jednak czy na pewno osiągniemy to poprzez akty prawne? Przecież jest wiele branż, które mogą dzisiaj działać na starych zasadach – stacje benzynowe, kawiarnie i bistra, sklepy z dewocjonaliami, kina czy teatry. Dlaczego zatrudnieni tam ludzie mają nie mieć wolnej niedzieli dla „Boga i rodziny”? Ponadto, w dzisiejszych czasach czasem trudno jest określić, co jest pracą konieczną, a co nie – i co jest pracą w ogóle. Czy pisanie postu na bloga to praca, czy realizowanie hobby? A co, jeśli na tym zarabiamy? A prowadzenie zajęć w klubie fitness przez fit freaka? No i co ze studentami zaocznymi i ich wykładowcami? Poza tym, nie wiadomo, czy żarty o Orlenie, który otworzy stoiska z nabiałem, nie staną się rzeczywistością. Albo czy sieciówki odzieżowe nie wprowadzą nagle do sprzedaży łańcuszków z podobiznami Jezusa – w końcu sklepów z dewocjonaliami ustawa nie obejmuje… Sprytni przedsiębiorcy zapewne znajdą wiele sposobów, aby zakaz obejść. Poza tym, w czym „gorsze” są kelnerki od kasjerek? One przecież „obowiązkowego” wolnego nie mają. No i co z niekatolikami, którzy swoje dni świąteczne obchodzą kiedy indziej…?

Choć idea niedzieli spędzonej w kościele i domowym zaciszu jak najbardziej do nas przemawia, to jednak nie jesteśmy fanami nowej ustawy – nie jesteśmy raczej zwolennikami „ręcznych” rozwiązań. Pytań jest zbyt wiele, by odpowiedzieć na nie jedynie ustawą zakazującą niedzielnego handlu. Jedynym trwałym rozwiązaniem problemu przepracowania i braku czasu dla rodziny byłoby wypracowanie nowej kultury zatrudnienia. Rodziny z pewnością byłyby szczęśliwsze, gdyby pracodawcy szanowali to, że ludzie – nawet ci zatrudnieni na umowach zlecenie – mają prawo do życia prywatnego i wolnych dni (dla wielu osób zapewne byłaby to właśnie niedziela). I gdyby ludziom – a więc i studentom, i seniorom – płacono tyle, by nie musieli oni pracować od świtu do zmierzchu przez 7 dni w tygodniu (oczywiście, na miarę tego, na co dana firma może sobie pozwolić). I gdyby, w końcu, zaczęto traktować pracowników poważnie i zaczęto zatrudniać na poważne umowy (pięć lat na wspomnianym już zleceniu to na ogół kpina z drugiego człowieka).

Jako katolicy żałujemy, że w kazaniach tak rzadko słyszy się słowa kierowane do osób zatrudniających innych, by szanowały swoich podwładnych – w końcu to też jest element społecznej nauki Kościoła. Może, gdybyśmy – jako wspólnota – lepiej formowali tych, którzy w przyszłości stają na czele firm i korporacji, to ustawa o wolnych niedzielach nie byłaby konieczna…? Praca u podstaw zawsze przynosi lepsze efekty, niż mechaniczne ograniczanie skutków wcześniejszych zaniedbań.

 

Continue Reading

Węże 2018 – kategoria, której nam brakuje

Oscary? Pff!

Są już nominacje do Węży 2018 – niechlubnych wyróżnień za najgorsze polskie filmy. Ssssuper! 🐍🐍🐍
Wśród nominowanych znajdziemy „Zerwany kłos” (fatalnie zrealizowany przez studentów ze szkoły ojca Rydzyka film o bł. Karolinie Kózkównie), „Szatan kazał tańczyć” (dzieło, któremu nie udało się być tworem tak artystycznym, jak zapewne chcieli producenci – po obejrzeniu, pisaliśmy o nim tutaj:https://katolwica.blog.deon.pl/2017/05/08/110/ ) oraz, oczywiście, „Botoks” Patryka Vegi.
Naszym zdaniem „Botoks” powinien dostać nagrodę specjalną dla filmu szkodliwego społecznie. To, jest tam milion żenujących scen i ze znane wszystkim Urban legends są w nim szczytem humoru, to jescze nic – w historii kina powstało mnóstwo mało finezyjnych filmów.
Gorzej, jeśli przez „Botoks” ludzie przestaną chodzić do lekarzy („bo w szpitalach zabijają”) i aptek („bo wyniki testów klinicznych leków są wymyślone pod baobabem”). Vega przedstawił służbę zdrowia jako totalną patologię, właściwie część mafii, której głową są szefowie koncernów farmaceutycznych. Polacy i tak boją się już szczepień i szpitali – sam reżyser żeruje więc na lęku, jednocześnie go podsycając.
Znaczy się – nie jest dobrze.
A które filmy z nominowanych do Węży Wy ogladaliscie i polecilibyscie komuś, kto kocha złe kino? 🎥
Czyli na przykład nam ;P

O tym, kto i za co może otrzymać Węża, przeczytacie tutaj:

https://www.antyradio.pl/Film/News/Weze-2018-nominacje-do-polskich-Zlotych-Malin-Ktore-polskie-filmy-byly-najgorsze-w-2017-roku-20899

Continue Reading

Nie tylko traktory i aborcja. Czemu jako katolicy jesteśmy feministami?

To się w końcu musiało stać – musieliśmy napisać post o feminizmie, o tym, dlaczego jako katolicy, utożsamiamy się z ruchem feministycznym. A chyba nie ma ku temu lepszej okazji, niż Dzień Kobiet, w którym to pamiętamy nie tylko o damach swych serc, ale także o 126 strajkujących przeciwko uciskowi w firmie kobietach, które zginęły w pożarze w jednej z fabryk w Nowym Jorku w 1909 roku. I – choć feministkami niektórzy katoliccy dziennikarze (np. z „Gościa Niedzielnego” lub „Frondy”) straszą swoje dzieci (zwłaszcza synów), to warto tego dnia pamiętać również o zasługach kobiet walczących o równość płci. Czemu jesteśmy wdzięczni prekursorkom i kontynuatorkom idei feminizmu i blisko nam do ich poglądów?

  • Bo w feminizmie nie chodzi o domaganie się aborcji na życzenie w 9 miesiącu ciąży czy o to, by chłopcy obowiązkowo nosili sukienki. Chodzi o równość. O możliwość wyboru. O to, by dziewczyna mogła realizować swoje pasje – nawet jeśli są one związane na przykład z mechaniką samochodową, lotnictwem, sztukami walki. U nas w stadle podział ról i talentów jest dość stereotypowy – Angelika to humanistka z nieco artystyczną duszą, a Kacper – typowy ścisłowiec programista. Ale nigdy nie wiemy, czy przypadkiem nasza córa nie postanowi iść w ślady ojca. I bardzo byśmy nie chcieli, gdyby ktoś powiedział jej wtedy, że ma odłożyć sklejanie modeli na rzecz projektowania sukienek, bo „tak trzeba”.
  • Bo feminizm jest ruchem niezwykle zróżnicowanym. Można by tutaj pisać tutaj o jego pierwszej i drugiej fali, o dążeniach sufrażystek w poszczególnych krajach, ale nie to jest (dzisiaj!) naszym celem. Rzecz w tym, że feminizm (tak jak lewicowość) ma wiele twarzy (może nawet 50? Pozdro dla kumatych xD). Istnieje feminizm radykalny, z którym się nie utożsamiamy (bo nie popieramy jego sprzecznych z naszą wiarą założeń), ale jest także feminizm czarny (skupiający się na walce z dyskryminacją czarnoskórych kobiet), feminizm kulturowy (postulujący promocję dóbr kultury tworzonej przez kobiety i dążący do ułatwieniu kobietom i dziewczętom dostępu do sztuki) czy feminizm duchowy (mówiący między innymi o roli kobiet w grupach wyznaniowych). W końcu, istnieje także feminizm katolicki, którego propagatorem był nie kto inny, lecz sam Jan Paweł II, który doceniał nie tylko codzienny trud żon i matek, ale też dowartościowywał rolę „kobiet pracujących” w społeczeństwie.
  • Bo ruch feministyczny uwalnia mężczyzn. Rola macho i samca alfa bywa nie tylko nobilitująca, ale i męcząca. Wymagania dotyczące męskości („nie płacz”, „nie okazuj uczuć”, „bądź cholernie ambitny”) doprowadzają do tego, że panowie często nie znają własnych dzieci, nie umieją budować relacji i – nierzadko – gdy coś idzie nie tak, czują się przegrani… i sięgają po sznur, bo przecież samobójstwo jest bardziej męskie, niż odpuszczenie lub udanie się do psychologa. Feminizm pokazuje, że żadna z płci nie ma monopolu na słabość, niemoc i wewnętrzny krzyk – tak samo jak na siłę, wściekłość czy potrzebę samorealizacji.
  • Ponieważ Jezus był feministą Swoich czasów. Nie tylko rozmawiał z kobietami i nauczał je, ale także stanął w obronie jawnogrzesznicy, co było przecież nie tylko gestem miłosierdzia, ale i podważeniem ówczesnego seksistowskiego porządku, w którym to kobieta była obarczana winą za grzechy seksualne i uważana za przyczynę „upadku” mężczyzny (klientów tej kobiety nikt kamienować nie chciał…).  Opresyjne postawy wobec kobiet i dziewcząt nie wynikają z Boskiej Ewangelii, lecz z ludzkiej pychy.

Paniom i Panom, którzy twierdzą, że feminizm jest dziś niepotrzebny (lub że „jest głupi”, jak mówią bohaterki poniższego filmiku), radzimy trochę poczytać na temat tego ruchu, a także na temat aktualnej sytuacji kobiet i mężczyzn na rynku pracy, w zakresie ochrony zdrowia, dostępu do edukacji.

Bo niestety, w kwestii równości wciąż bardzo wiele jest do zrobienia.

Jestem kobietą, #NieJestemFeministką!

Manifest kobiet! #NieJestemFeministką! cz. 1 Witajcie! Stwierdziłyśmy, że jako kobiety chcemy zabrać głos i powiedzieć, że nie interesuje nas świat zaprojektowany przez feministki. Mamy w nosie genderyzm, teorie queer, ekologizm i inne ich lewackie wymysły. Mamy dość tego, że jakaś niezadowolona z życia feministka będzie nam mówić, jakie mamy być, gdzie mamy pracować i w co się mamy ubierać. Jesteśmy sobą i będziemy sobą, niezależnie od tego, że chcecie z nas zrobić chłopobaby! 😉 Wkurza nas, że o kobietach mówią tylko feministki i lewaczki. A normalne kobiety są pomijane. Czas pokazać feministkom, że ich ideologia jest głupia i szkodliwa dla wszystkich kobiet! Ale przede wszystkim czas pokazać normalnym kobietom, że jest nas miliony! 😀 Rozpoczynamy akcję: Jestem kobietą, #NieJestemFeministką! Dołącz do nas! Dołącz do akcji! Wyślij swoją fotkę z #NieJestemFeministką lub prześlij wideo: "Dlaczego nie jestem feministką?" NA: kobiety@idzpodprad.pl lub facebook.com/idzpodpradZapraszamy na stronę: https://niejestemfeministka.pl

Opublikowany przez idź Pod Prąd Poniedziałek, 5 lutego 2018

 

 

 

Continue Reading

Dziecko – lista zastosowań. Poradnik dla rodziców i ludzi od PR

Ostatnio zobaczyliśmy reklamę kredytu w banku Millenium, gdzie dziecko – noworodek – zostało użyte do promocji kredytu gotówkowego. Wydźwięk reklamy był taki, że aby zapewnić dziecku godną przyszłość i szczęście (które w tej reklamie symbolizuje własny pokój), musisz wziąć kredyt. Z własnego doświadczenia wiemy, że oddzielny pokój dla takiego malucha jest tylko katalizatorem płaczu, a dla mamy spanie niemowlęcia w osobnej komnacie oznacza nocne wędrówki do nakarmienia dziecka (przepraszamy za wstawki parentingowe, ale tego rodzaju tematy są nam teraz mega bliskie). Nie podoba nam się jednak to, że bank jako gadżet reklamowy wykorzystał małe dziecko. Nie jest to, oczywiście, jedyne zastosowanie dziecka we współczesnym świecie – dlatego też, na podstawie obserwacji własnych, stworzyliśmy listę zastosowań bobasa z przymrożeniem oka. Enjoy!

1. Bobas jako reklama – wiadomo, że dzieci wyzwalają w nas ciepłe uczucia. Któż się nie wzruszy widząc malutkie bezbronne dziecko, o które trzeba zadbać, które ma taaaaakie słodkie oczy i piękny uśmiech. Jego urocza twarz wzbogaci treść wszelakich reklam: od warzyw (bo możesz podać dziecku pyszne, kolorowe mrożonki, aby zdrowo rosło), przez usługi bankowe (bo trzeba wziąć kredyt dla „dobra” dziecka i jego przyszłości) na prezerwatywach kończąc (słynna akcja marki Durex Protect yourself). Niczego nieświadome dziecko, ale jakże słodkie dziecko staje się elementem generatora potrzeb.

2. Bobas jako klej dla rozpadającego się związku – czy wyobrażasz sobie, że na dźwięk słów „jestem w ciąży” Twój ukochany zapała do Ciebie wielkim uczuciem i spojrzy na Ciebie tak jak kiedyś?  Jeżeli jednak tak się nie stanie i Wasz związek zacznie się rozpadać, zawsze można użyć argumentu: „przecież jest dziecko, nie zostawisz mnie”. Oczywiście jest to argument patologiczny, ponieważ dziecko powinno być owocem miłości, a nie stanowić próbę  jej wymuszenia.

3. Bobas jako pretekst do argumentum ad dziaciam – zastanawiałeś się kiedyś jak zbić czyjś argument? A pomyślałeś o posłużeniu się dzieckiem?  Perłą w koronie głupiej argumentacji są słowa „będziesz miał swoje dzieci to zrozumiesz” i „nie masz dzieci to się nie wypowiadaj”. Zgodnie z tym tokiem rozumowania, ja i Żona od prawie dwóch miesięcy jesteśmy kompetentni do wypowiadania się na każdy temat 😉

4. Bobas jako istota, która spełni nasze niezrealizowane ambicje – dziecko może także posłużyć toksycznym rodzicom jako narzędzie do spełnienia swoich marzeń z młodości. Bywa tak, że rodzic czuje się niedowartościowany i pragnie aby dziecko ziściło to, czego jemu się nie udało. Kiedy prowadziliśmy drużynę harcerską i gromadę zuchową, spotykaliśmy dzieci, które zbiórki i biwaki musiały dosłownie „wciskać w swój grafik”. I jakoś trudno nam uwierzyć, że same z siebie fascynują się zarówno baletem, jak i językiem hiszpańskim, programowaniem, jazdą konną i grą na skrzypcach. I że nikt ich nie popycha do tego, by w każdej z tych dziedzin były najlepsze.

5. Bobas jako ocieplacz wizerunku na portalach społecznościowych – jesteś mało popularny wśród znajomych? Wrzuć zdjęcie z dzieckiem, aby skutecznie to zmienić! Dużo osób, które chcą ocieplić swój wizerunek w mediach społecznościowych, wykonuje sobie selfie z dzieckiem na rękach – i są to nie tylko osoby aspirujące do bycia gwiazdami Instagrama, ale też znane postaci z życia publicznego. Oczywiście, fota (koniecznie z nałożonym ciepłym filtrem) osoby która czule trzyma na rękach dziecko wywołuje wzruszenie i posypanie się lajków. Ostatnio – między innymi na Insta – spotkaliśmy się z trendem, który nazywa się brelfie. Są to zdjęcia wykonywane podczas karmienia piersią. Idea (skądinąd słuszna) jest taka, by popularyzować ten sposób żywienia niemowląt. Szkoda tylko, że dziecka nikt o zdanie nie pyta – a przecież to, co trafia do Internetu raz, zostaje tam na zawsze. Za piętnaście lat pociecha może mieć do nas uzasadnione pretensje o to, że obecnie wszyscy w jego szkole wiedzą, w jakiej pozycji ssało pierś jako noworodek. To, że mama miała super hipsterską poduchę do karmienia, niewiele mu pomoże.

6. Bobas jako usprawiedliwienie braku osobistych osiągnięć – nikt nie lubi przyznawać się do porażek. Kiedy pojawia się dziecko, można się w końcu usprawiedliwić słowami typu: „bo ja dla Ciebie wszystko poświęciłam/łem”. My żyjemy w cudownym kokonie zaprzeczenia własnym słabościom lub wyparciu błędnych decyzji, a dziecko dorasta z poczuciem winy. Oczywiście, opieka nad dzieckiem (zwłaszcza tym malutkim) potrafi nieźle zweryfikować nasze  plany i wymusić przerwę w rozwoju zawodowym. Sami tego doświadczyliśmy – z uwagi na ciążę musieliśmy odwołać zaplanowaną podróż do Tajlandii i Malezji, ale wierzymy, że za rok, może dwa się uda. Dojrzały rodzic bierze tego rodzaju sprawy na klatę i nie obarcza swoją frustracją dziecka.

A jakie dodatkowe zastosowania bobasa Wy moglibyście dopisać do naszej listy?

Razem możemy stworzyć kompendium rodzicielskiej i marketingowej anty-wiedzy! 😉

Continue Reading

Braterstwo to poczucie wspólnoty

Kto był harcerzem (a właściwie jest nim nadal, bo harcerzem jest się do końca życia), temu nie trzeba przypominać, że obchodzimy dziś Dzień Myśli Braterskiej – święto skautów z całego świata, które jest także dniem przyjaźni. Kto nie był – z pewnością wiele stracił, ale… może zainteresuje go rozmowa na temat duchowości, braterstwa i działalności harcerskiej, jaką przeprowadziliśmy z autorką bloga Harcerka od Pana Boga (https://harcerkaodpanaboga.blogspot.com/). Tak – napisaliśmy wspólny post!

 

 

W jaki sposób harcerstwo pomogło Ci rozwijać się duchowo?

Harcerka od Pana Boga:

Myśląc o rozwoju duchowym aktualnie myślę o tych pięciu grupach aktywności, które są wpisane w harcerski system wychowania: rozwijanie wewnętrznej dyscypliny i trenowanie ducha, włączanie się w działalność na rzecz społeczeństwa, próba zrozumienia otaczającego nas świata, przyczynianie się do tworzenia bardziej wrażliwego i tolerancyjnego społeczeństwa, odkrywanie potrzeby modlitwy i czynnego udziału w życiu społeczności religijnych.

Harcerstwo na pewno pomogło mi w rozwoju duchowym poprzez stopnie i sprawności. Konkretne zadania, które motywowały mnie do uczenia się różnych rzeczy np. obierania ziemniaków. Moja mama bardzo się z tego cieszyła, bo podczas trwania próby co niedzielę musiałam je obierać. Zadania, które układałam z opiekunem (a trochę tego było) pozwalały mi trenować silną wolę np. poprzez regularne bieganie. Niektóre zadania pozwoliły mi na pogłębienie mojej relacji z Bogiem przez rekolekcje.

Prowadząc drużynę włączaliśmy się w działania na rzecz społeczeństwa przez Szlachetną Paczkę. Mam bardzo dobre wspomnienia! Będąc właśnie w ZHP uczyłam się rozmawiać z różnymi osobami, niekoniecznie praktykującymi katolikami, a przez starałam się słuchać ludzi i dowiadywać się dlaczego myślą, tak a nie inaczej. Światopogląd nie był jednak przeszkodą w świetnej współpracy. Z perspektywy czasu bardzo sobie cenię właśnie to doświadczenie.

W drużynie zawsze braliśmy udział w życiu Kościoła, czy to przez zbiórki o tematyce religijnej, czy to przez odbywanie warty przy grobie Pana Jezusa. Pierwszą katechezę przeprowadziłam właśnie w swojej drużynie!

Moje indywidualne zadania w ramach prób na stopnie też nawiązywały do tego tematu: właśnie modlitwy, rekolekcji, poszukiwania wspólnoty w Kościele. Dzięki harcerstwu była okazja do tego, żeby podejmować ważne życiowe tematy.


Katolwica & Mąż:

Harcerstwo na pewno pomogło nam pojąć, czym w ogóle jest duchowość. Wiele osób nie rozróżnia pojęć „duchowość” i „religijność” – a choć mają one sporą część wspólną, to jednak nie są tożsame. Dzięki harcerstwu mieliśmy okazję, aby spotykać się z osobami różnych wyznań, wyznającymi różne wartości – była to lekcja tolerancji, wzajemnego szacunku, ale jednocześnie motywacja do określenia samego siebie, własnych poglądów i przekonań. W czasie „burzy i naporu”, czyli w okresie dojrzewania i zadawania pytań, mieliśmy szansę spotkać mądrych ludzi, którzy pomagali nam odnaleźć wartości, jakimi chcemy kierować się w życiu. Wraz z hufcem, do którego należeliśmy przed laty, spędziliśmy niemało czasu na uroczystościach w kościołach – była to motywacja do tego, by zadać sobie pytanie o własne miejsce w Kościele. „Obstawianie” różnych wydarzeń było motywacją, by wyruszyć na samodzielne poszukiwania. Tak zwane „harcerstwo pomnikowe” wyszło nam na dobre! Później przyszła służba instruktorska, prowadzenie drużyny, gromady, a w końcu – Zespołu Wychowania Duchowego i Religijnego ChŁ ZHP. To była ważna lekcja odpowiedzialności – skoro zachęcamy innych do rozwoju duchowego, to sami też musimy mieć na ten temat rozległą wiedzę. Organizując spotkania, debaty czy konferencje i zapraszając na nie przedstawicieli różnych grup wyznaniowych, artystów czy animatorów kultury, sami staliśmy się religioznawcami-amatorami, staliśmy się bardziej otwarci.. Na własnej skórze doświadczyliśmy też, czym są owocne działania ekumeniczne.

Czym jest dla Ciebie braterstwo?
K&M:

„Braterstwo” wywodzi się od słowa „brat” – a brat to członek rodziny. W rodzinach, jak wiadomo, różnie bywa – rodzeństwo często się ze sobą nie zgadza. Czasami osoby z jednej rodziny wybierają zupełnie inne drogi życia, ale w dobrej, kochającej się rodzinie, nadal się o siebie troszczymy i wspieramy. Tym właśnie jest dla nas braterstwo- byciem blisko drugiej osoby, towarzyszeniem jej i przede wszystkim życzeniem jej dobrze. Nawet wtedy, kiedy ta osoba ma zupełnie inne poglądy, inaczej widzi świat. Swoją drogą, w hackerstwie to właśnie jest magiczne – ludzie, którzy często bardzo się między sobą różnią, potrafią wspólnie działać – bo przecież, poza różnicami, jest cos, co nas łączy. Braterstwo to także bycie przy kimś bez względu na trudności, problemy – tak, jak ma to miejsce we wspierającej się rodzinie.

HoPB:

Braterstwo to dla mnie poczucie wspólnoty. W harcerstwie to się odczuwa, że jesteśmy braćmi i siostrami. Zawsze podobało mi się, jak harcerze i harcerki mówili do mnie „druhno”. Ostatnio spotkałam mamę mojego już pełnoletniego harcerza, a ona cały czas mówi do mnie „druhno”. Dla mnie jest to miłe.

Braterstwo wiąże z tym, że możemy na siebie liczyć, tak jak w rodzinie. Szczególnie dało się to odczuć na zakończenie zbiórki, czy jakiegoś wyjazdu, stawaliśmy w kręgu i śpiewaliśmy „Bratnie słowo sobie dajem, że pomagać będziem wzajem…” Dało się poczuć taką wspólnotę. Zresztą te przyjaźnie, które zaczęły się w harcerstwie trwają do dzisiaj, a już nie mamy, że tak powiem nic razem do zorganizowania oprócz spotkania, na którym możemy wspólnie pograć w planszówki.

Jakie zasady wyniesione z harcerstwa są dla Ciebie szczególnie ważne?

HoPB:

Wydaje mi się, że takie poczucie odpowiedzialności za powierzone zadania i ludzi. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak zaufał młodemu człowiekowi, jak dzieje się to w harcerstwie. A to się wielokrotnie działo przez prowadzenie zastępu drużyny, czy zorganizowanie samodzielnie biwaku w wieku 16 lat.

Harcerstwo „nauczyło mnie” także dobrze organizować sobie czas. Ten kto prowadził drużynę dobrze mnie rozumie. A ten kto prowadził 40 osobową drużynę rozumie jeszcze bardziej. Po prostu trzeba dobrze rozdzielić czas. Trzeba też dobrze rozdzielić obowiązki, nauczyć się prosić o pomoc, co też łatwe nie jest. Ale razem możemy zrobić naprawę więcej dobrych rzeczy. Dzięki Bogu miałam dobrą kadrę! (Pozdrawiam!)

Trzecia sprawa to nie skreślać innych. Zawsze starałam się mieć takie podejście w myśl świętego Jana Bosko: „Bycie dobrym nie polega na tym, że nie popełnia się żadnego błędu: bycie dobrym polega na posiadaniu woli poprawy.” Trzeba towarzyszyć. Tyle.

K&M:

Twoje wartości wyniesione z harcerstwa są bardzo podobne do naszych. Także prowadziliśmy drużynę i zastęp, co poskutkowało potrzebą lepszego organizowania sobie czasu. Wielu ludzi uważa, że nie można powierzyć 16-latkowi żadnego poważnego zadania – harcerstwo zmienia ten pogląd, tutaj dzieją się rzeczy niezwykłe, gdzie 16-latkowie są w stanie sami zorganizować grę terenową czy – tak jak powiedziałaś – są w stanie podołać organizacji biwaku.

Do Twojej listy dodalibyśmy tylko lepszą pogodę ducha, harcerstwo jednak jej uczy i przez zabawę pokazuje, że często nauka nowych rzeczy także może być zabawna. Oprócz uśmiechania się z powodu zabawy, także należy wspomnieć o uśmiechu do drugiego człowieka. Harcerstwo uświadomiło nam jaką moc może mieć prosty uśmiech skierowany do drugiej osoby – to od razu wpływa lepiej na nastrój i samopoczucie obu stron. Bez wątpienia nauczyliśmy się także odpowiedzialności za własne słowa i decyzje – w końcu „Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy”.

Czy kierujesz się nimi w swoim życiu, w swojej działalności blogerskiej?

K&M:

Tak. Bloga prowadzimy wprawdzie dla hobby (nie zarabiamy na tym ;)), ale staramy się, aby teksty, które publikujemy, były rzetelne, aby nikogo w nich nie obrażać. Staramy się także poruszać ważne kwestie społeczne oraz inspirować innych w zakresie duchowości. Kto wie, może nasze doświadczenie Boga, nasze spojrzenie na otaczającą rzeczywistość będzie dla kogoś pomocne? My sami mamy z tego dużo radości, często, aby nie minąć się z prawdą, musimy coś sprawdzić, doczytać. Zasada „drużynowy też się bawi” obowiązuje także przy prowadzeniu bloga!

HoPB:

Myślę, że raczej tak. Chociaż częstotliwość tekstów jest jaka jest. Trudno mi to w obecnym momencie mojego życia przeskoczyć. Są rzeczy ważne i ważniejsze. O! I tego też nauczyłam się będąc w harcerstwie, że są rzeczy ważne i ważniejsze, a harcerstwo nie może być na pierwszym miejscu. To usłyszałam mając 13 lat i pamiętam do tej pory. W sumie będąc w harcerstwie dowiedziałam się, co jest dla mnie naprawdę ważne.

Harcerka od Pana Boga (Ania) – jej życie związane jest z teologią i pedagogiką. Była drużynową 13 Gdyńskiej Drużyny Harcerskiej „Drapieżne Ptaki” im. Jana Pawła II. Aktualnie jest instruktorem Związku Harcerstwa Polskiego (przewodniczka, Harcerka Rzeczypospolitej). Stara się w każdym człowieku, i w każdej sytuacji znaleźć dobro. Nie zawsze jest to proste i nie zawsze jej wychodzi, jednak nie chce w tym ustawać. Uwielbia pić dobrą kawę, najbardziej na świecie capuccino.

Continue Reading

Narcystyczne autożyczenia na Światowy Dzień Psychologa

Okazji do świętowania nigdy dość – dziś na przykład wypada Światowy Dzień Psychologa. Zamierzam uczcić to uczcić herbatą z koprem włoskim – z racji wczesnego macierzyństwa, na coś bardziej dodającego mocy (i oddającego podniosły charakter dzisiejszego święta) nie mogę sobie jeszcze pozwolić. Niestety, niewiele osób wie o dzisiejszym święcie – stąd też życzeń otrzymałam raczej mało. Cóż… najszczersze życzenia człowiek składa sobie jednak sam – podzielę się zatem z Wami tym, czego życzyłabym sobie (i reszcie psychobraci) w dniu naszego święta!

  • Aby powstała dobra i precyzyjna ustawa o zawodzie psychologa i psychoterapeuty oraz aby była ona przestrzegana. Marzy mi się Polska, w powszechnie wiadomo, że psychologiem jest osoba po ukończeniu pięcioletnich studiów psychologicznych, zaś psychoterapeutą – absolwent kursu psychoterapii w jednej z uznanych placówek .Wszelkiej maści oszuści, szarlatani, ludzie bez odpowiedniego wykształcenia, nazywający się psychologami lub terapeutami, powinni być karani. Osobiście znam przykład pewną sektę, która ma „psychologiczny” w swojej nazwie. Swego czasu próbowałam coś z tym zrobić. Nie udało się, bo prawo jest, jakie jest – a jest takie, że go nie ma.
  • Żeby ludzie przestali obawiać się chodzić do psychologów (a także psychiatrów), gdy zachodzi taka potrzeba. Życzę sobie, Polakom, wszystkim na świecie, aby osoby cierpiące na choroby i zaburzenia psychiczne przestały być dyskryminowane i mogły liczyć na wsparcie bliskich, gdy decydują się skorzystać ze specjalistycznej pomocy.
  • Co by media wszelkiego rodzaju przestały robić psychologom „krecią robotę”, czyli tworzyć obraz popsychologii dla zabawiania mas. Programy publicystyczne, w których zaproszona psycholog „diagnozuje” uczestników na podstawie ich 30 sekundowych wypowiedzi, czy seanse hipnotyczne, podczas trwania których ludziom wmawia się, że są Patrickiem Swayzem i oczekuje na ryk zachwytu widowni, ośmieszają nasz zawód i sprawiają, że ludzie tracą jasność, czy psycholog lub psychoterapeuta to specjaliści od emocji, czy może raczej kuglarze i szamani.
  • By w szkołach (na przykład na godzinach wychowawczych) były podejmowane tematy przemocy w rodzinie, chorób psychicznych, zaburzeń osobowości etc. W polskim społeczeństwie już jedna trzecia osób cierpi na nerwicę – jest to więc nie do pomyślenia, że nikt nie edukuje młodych w zakresie dbałości o zdrowie psychiczne. Młodzi ludzie muszą wiedzieć, kim jest psycholog, psychoterapeuta oraz psychiatra, kiedy się do nich zgłosić czy jak wygląda wizyta. Bardzo przydatne (wręcz niezbędne!) byłyby także zajęcia, podczas których uczniowie dowiedzieliby się, co można zrobić, gdy w naszym domu nie dzieje się dobrze,
  • Aby osoby duchowne nie odradzały wiernym korzystania z pomocy psychologów i nie sugerowały osobom cierpiącym na zaburzenia psychiczne egzorcyzmów. O tym, jak pogodzić korzystanie z pomocy psychologicznej z zaangażowaniem relgijnym, pisałam tutaj: https://katolwica.blog.deon.pl/2017/08/23/modl-sie-i-pracuj-u-terapeuty-katolik-a-pomoc-psychologiczna/

Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych pięciu lat choć niektóre z tych życzeń się spełnią.

Myślicie, że są na to jakieś szanse? 🙂

Continue Reading

Wojna postu z walentynkami, Kaczmarski i garść banałów

Twórczość Kaczmarskiego towarzyszy mi, odkąd zaczęłam – nazwijmy to – samodzielnie myśleć. I choć większość jego utworów optymizmem raczej nie napawa, to jest to jeden z tych artystów, wśród którego twórczości można znaleźć wiersz chyba na każdą okazję. Jest więc (bo jakże inaczej!) utwór na dzień dzisiejszy: walentynki i środę popielcową w jednym. Mam oczywiście na myśli utwór „Wojna postu z karnawałem”, który to zresztą został zaispirowany obrazem Bruegela o tym samym tytule.

I rzeczywiście, trudno nie dostrzec tutaj punktu zapalnego, pretekstu do wojny, do przeciwstawienia poważnemu, wymagającemu wyrzeczeń popielcowi nieco kiczowatego w swojej oprawie dnia zakochanych. W końcu jest to jakiś sprawdzian naszego religijnego zaangażowania – czy wybierzemy się na romantyczną kolację i będziemy słuchać piosenek z komedii romantycznych przy szampanie z truskawkami, czy zdecydujemy się pościć o chlebie i wodzie. Ale z drugiej strony, być może jest tak, że jesteśmy zbyt przeładowani (w znacznej mierze dzięki retoryce naszych polskich duszpasterzy) militarnymi odniesieniami, doszukiwaniem się „znaku czasów” i „walk duchowych”? Bo przecież para zakochanych katolików może świętem swojej miłości uczynić także początek Wielkiego Postu. Każda relacja, każdy bliski związek czasami przechodzi przecież przez okres karnawału, ale zdarzają się się także momenty, kiedy nasze wspólne życie przypomina raczej maraton pokutny. Bo – posłużę się teraz truizmem – takie jest życie.

Dziwny miks walentynek i popielca może być okazją do tego, aby wspólnie doświadczyć jakiegoś wyrzeczenia, wspierać się w rezygnacji z czegoś (z mięsa, z kolacji przy świecach, z posiłku w wersji de luxe). Pewnie, można próbować to wszystko pogodzić – i jako jedyny posiłek do syta, który nam dziś przysługuje, potraktować kolację we włoskiej knajpie, w której główne miejsce zajmie łosoś i czerwone wino – ale jednak czujemy, że jest to po prostu nieautentyczne, niezgodne z ideą postu ścisłego (która – naszym zdaniem – jest bardzo słuszna i potrzebna w czasie szalonej konsumpcji). Może więc warto, by wierzące pary udały się razem do kościoła, pozwoliły posypać sobie głowy popiołem i spędziły ten dzień raczej w ciszy? To nie tylko wspaniały duchowy „trening”, ale i okazja do bycia razem w sposób głębszy, bardziej dojrzały – bo jeśli określamy się jako wierzący, to dojrzałość wiąże się z wykonywanem obowiązków religijnych, wynikających z danej wiary.

Przecież darzyć się wzajemnym uwielbieniem można także wtedy, kiedy nie jesteśmy syci i wesołkowaci, gdy – jak śpiewał Mistrz – nie roi się pstrokate mrowie i nie roi się wśród zgiełku.

Continue Reading

Słodko-gorzka lekcja życia od Ireny Sendlerowej

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/d/de/Irena_Sendlerowa_24_grudnia_1944.jpg/220px-Irena_Sendlerowa_24_grudnia_1944.jpg

Gdyby ktoś uważał, że w polskiej polityce zagranicznej mamy niedobór porażek i wstydu, to proszę – do krajów, z którymi mamy kosę, dołączył Izrael.

Nie chcę się jednak skupiać na propozycji nowej ustawy (choć, przyznaję, uważam ją za zbędną i szkodliwą). Na tym polu zostało wypowiedzianych zbyt wiele słów. Kryzys polsko-izraelski był jednak okazją do tego, by przypomnieć sobie o chwilach, kiedy to nie było czasu na kłócenie się o kolejne ustawy, a potrzebne było realne działanie – pomaganie sobie w obliczu zagrożenia. Obecna sytuacja jest doskonałym pretekstem do tego, by przypomnieć sobie o ludziach, którzy w imię dobra i uniwersalnych zasad moralnych byli w stanie zaryzykować własne życie – jedną z takich postaci jest Irena Sendlerowa.

Nie ma chyba w Polsce osoby (a przynajmniej taką mam nadzieję), która nie kojarzy nazwiska tej niezwykłej kobiety z niesieniem pomocy Żydom. Dziś pewnie każdy z nas (znowu: mam taką nadzieję) uważa ją za postać na wskroś wybitną, za bohaterkę czasów, w których rozpanoszyło się zło. Uratowanie nawet jednego człowieka jest – jak pisał Abraham Cohen – jakby ratowaniem całego świata. Sendlerowa uratowała 2,5 tysiąca żydowskich dzieci.

Wiele lat po wojnie ta niezwykła osoba wspominała, że z powodu jej działalności często spotykała ją… krytyka. Jak twierdziła, po zakończeniu wojny nawet ze strony osób konsekrowanych zdarzyło jej się usłyszeć pytanie „po co ratowała tych Żydów”. Dziś wydaje się to absurdalne, ale działania Sprawiedliwej wielu Polaków uważało za niepotrzebne, zbędne, głupie. Moim zdaniem, płynie z tego niezwykle cenny wniosek.

Często wydaje nam się, że kiedy zdecydujemy się czynić dobro, inni będą nosić nas na rękach i wpierać nasze działania. Czasami jednak robienie tego, co słuszne, wymaga narażenia się na krytykę ze strony osób, które powinny nam kibicować. Przecież – tak na zdrowy rozsądek – Polacy (którzy przecież również byli według nazistowskiej ideologii nic niewartym narodem), powinni wspierać Sendlerową w ratowaniu tych, którzy mieli zostać eksterminowani. Nie każdy był gotów narażać własne życie – i nie sposób jest rościć sobie praw do oceny moralnej tych, którzy zwyczajnie bali się pomagać Żydom – ale niepojęte wydaje się krytykowanie działalności kogoś, kto wykazywał się bohaterstwem. A jednak.

Ze wspomnień Ireny Sendlerowej płyną zatem dwie bardzo ważne nauki. Pierwsza jest niezwykle gorzka: to, że postępujemy słusznie, nie zawsze będzie ciepło przyjęte. Być może za nasze dobre wybory  zostaniemy skrytykowani przez własnych rodaków, współpracowników, rodzinę. Ale druga nauka jednak napawa optymizmem: po jakimś czasie (choć czasem bardzo, bardzo długim) za nasze wysiłki otrzymujemy nagrodę. Sendlerowa została w końcu uznana za postać wybitną, a także otrzymała tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Finalnie nawet mainstream idzie po rozum do głowy, a złe i głupie ideologie zawsze w końcu upadają. Hejterzy? Nawet oni kiedyś zamykają usta, wstydząc się głupot, jakie wygadywali „dawno temu”.

Jest więc szansa, że za dobro, które próbujemy czynić „na przekór”, usłyszymy kiedyś „dziękuję”.

Continue Reading