Nie musisz kochać Mickiewicza

Ile to już razy media wszelkiego rodzaju grzmiały, że Polacy nie czytają książek, że nie sprzyja to pogłębionej refleksji intelektualnej, że nasze społeczeństwo niedługo stanie się grupą wtórnych analfabetów…?

To wszystko brzmi złowrogo. W końcu fakt, że w 2016 roku ponad 60 procent Polaków nie przeczytało żadnej książki, trudno postrzegać jako powód do radości. Dla mnie, osoby, która parę miesięcy temu opuściła mury uczelni z tytułem magistra filologii polskiej, jest jednak przede wszystkim zastanawiające, czemu tak się dzieje. Z jednej strony sądzę, że czytanie jest pasjonującą czynnością, która o wiele bardziej niż godziny spędzone przy Mortal Kombat czy Simsach stymuluje nasz mózg, a także sprawia, że nasza wyobraźnia przechodzi level up. Z drugiej – jesteśmy w czołówce tych narodów, co nie czytają. Jak więc jest możliwe to, że nasi rodacy nie garną się do bibliotek, nie uczęszczają na spotkania autorskie w księgarniach, nie pasjonują się słowem pisanym…? Przecież większość osób, które na pewnym etapie swojego życia poznają dobrą literaturę, pragną więcej i więcej. Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy?

Sądzę, że winę ponosi fatalna edukacja literacka w polskich szkołach. Czytanie lubię porównywać do bigosu (dla mnie oczywiście w wersji wege!). Otóż jest to danie, które wymaga sporo pracy – źle przyrządzony bigos zamienia się w ohydną, ciężkostrawną breję. Jeżeli zatem jakiś szef kuchni uraczy nas czymś takim, jest spora szansa, że dojdziemy do wniosku, że lepiej od bigosu trzymać się z daleka – bezpieczniej będzie zadowolić się daniem z KFC (czyli na przykład graniem na konsoli). Jeśli jednak trafimy na bigos przyrządzony przez kucharza z pasją i wyczuciem smaku, odkryjemy w sobie miłość do tego dania, które jest symfonią różnych nut smakowych.

Na całym świecie jednymi z pierwszych osób, które „serwują bigos” dzieciakom, są nauczyciele języków ojczystych. I, niestety, kiedy wejdzie się na lekcję języka polskiego do większości polskich szkół, pozostaje załamać ręce. W końcu, ile razy można słuchać następujących poleceń i pytań:

„Czemu Oleńka Billewiczówna to kobieta idealna”?

„Czy Wokulski to bardziej romantyk czy pozytywista i dlaczego jedno i drugie?”

„Co sprawia, że opisy przyrody w „Panu Tadeuszu” są tak cudowne?”

„Napisz wypracowanie pt. „Staś Tarkowski jako wzór do naśladowania dla młodych Polaków”.

Tego po prostu nie da się znieść. I poniekąd rozumiem młode osoby, że po takim zohydzeniu literatury, wolą nie zbliżać się za bardzo do opasłych tomów. Edukacja literacka (i artystyczna w ogóle!) powinna być przecież okazją do tego, by rozwijać kreatywne myślenie i ćwiczyć się w wychodzeniem poza schematy. Szablonowe omawianie niezbyt wciągających książek zdecydowanie temu nie służy.

Dla mnie, jako psychologa, niektóre postaci z książek omawianych na lekcjach polskiego nie są wcale wzorami cnót, lecz raczej prezentują poważne zaburzenia osobowości lub emocjonalne (chociażby wspomniany już Wokulski). Miałam to szczęście, że na lekcjach polskiego mogłam wypowiedzieć swoje zdanie na ten temat – moja polonistka pod tym względem była akurat całkiem otwarta. Jednak to, że szczerze nie znosiłam (i nie znoszę nadal!) „Pana Tadeusza”, zostało położone na karb niedojrzałości. Dorosnę, to zrozumiem. Kiedyś to poczuję. Ta książka wymaga dojrzałości. Cóż, widocznie nadal nie dojrzałam. Takie argumenty są nie tylko kiepskimi chwytami erystycznymi (bo „wycieczki osobiste” z merytoryczną rozmową niewiele mają wspólnego), ale i potrafią zabić w młodym człowieku chęć czytania – po co mu to, skoro rozumie daną lekturę inaczej niż „powinien”?

A przecież literatura to życie. Mówi o nas, o naszych przeżyciach, pragnieniach, dążeniach. Dobry pisarz to także dobry psycholog, który rozumie to, co w człowieku wzniosłe, ale także dostrzega mrok. Jasne, że czasami użyty język jest archaiczny, sceneria niedzisiejsza, wybory bohaterów nie wpisują się w obecny styl życia. Ale jeśli odczytamy nawet kiepską naszym zdaniem książkę po swojemu, to ta lektura może wnieść wiele do naszego życia – ja dzięki przeczytaniu „Trylogii” (co było dla mnie katorgą) odkryłam, że Sienkiewicz miał jednak poważne problemy z kobietami.

Trzeba też pamiętać, że literatura nie ogranicza się do klasyków, tych, co „wybitnymi poetami byli”. Nie wolno dać sobie wmówić, że jak nie kochamy Mickiewicza, to czytanie nas przerasta.

Kiedy ja sama oddałam bliskiej osobie do przeczytania pierwszą wersję mojej debiutanckiej powieści (jeszcze przed jej wydaniem), to stwierdziła ona, że książka jest mocna, ciężka, że świetnie opisuje polską rzeczywistość i życie z chorobą psychiczną, ale na polskim omawiane to nigdy będzie. Pewnie nie. Ale życie kulturalne nie ogranicza się tylko do lektur, które mają nam w infantylny sposób odpowiedzieć na pytanie „jak żyć?”.

Jest mnóstwo innych książek i autorów, otwierających oczy na rzeczywistość (mam nadzieję, że Ci, którzy czytali, myślą tak właśnie o „Żelbetonie„, o którym można więcej przeczytać tutaj: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4803608/zelbeton), których wrażliwość bardziej do nas przemawia. Różnorodność jest chyba największą zaletą literatury.

A o żenujących lekcjach polskiego lepiej za dużo nie myśleć.

Continue Reading

Czas na program Głosowanie Plus!

Minister Gowin wpadł na pomysł, aby rodzice mogli głosować w imieniu swoich niepełnoletnich dzieci.
Rewelacja! To prawdziwy przełom w przedmiotowym traktowaniu dzieci i nowa jakość w lekceważeniu zasad
konstytucji  w sumie można to było przewidzieć – rodziny wielodzietne częściej popierają PiS (między innymi z uwagi na program 500+). A taki potencjał nie może się przecież zmarnować.
Nasza rodzina, jako że w jej skład wchodzę ja, Kacper oraz Ala, miałaby więc trzy głosy. No chyba, że partia rządząca uzna, że np. częściej głosują na nich ludzie, którzy mają psy (co jest akurat mało prawdopodobne). Wtedy może będziemy mogli głosować w imieniu naszych psów, co sprawi, że nasza rodzina odda w wyborach aż 5 głosów!
A jeśli rodzice mają różne poglądy polityczne, to głos będzie dzielony na pół. Proste.
Co w przypadku dzieci z domów dziecka lub dzieci, które mają własne dzieci? Kto za nich zagłosuje? Nie wiadomo.
Ale przecież nie ma co się rozmieniać na drobne. Zwycięstwo w wyborach nie musi się przecież wiązać z refleksyjnością i rozsądkiem.

Zdjęcie użytkownika Katolwica & Mąż.

Continue Reading

Analiza wieloczynnikowa życia pod prąd. Biografia, która nie jest laurką

Nigdy osobiście nie spotkałam ks. Kaczkowskiego. Oczywiście, bardzo tego żałuję, ale… i tak mam wrażenie, że ten charyzmatyczny ksiądz jest mi kimś niezwykle bliskim. Po jego odejściu przechodziłam autentyczną żałobę – wszystkie te etapy, o których pisała Kubler-Ross: od zaprzeczania, przez gniew i depresję, po pogodzenie się z faktem śmierci mojego duchowego idola. Dlatego też, kiedy wzięłam do ręki biografię ks. Kaczkowskiego, byłam nieco wystraszona. Dlaczego? Otóż większość biografii znanych i ważnych osób, jakie przyszło mi przeczytać, to wykute z patetycznych zdań pomniki, gdzie autor kreuje bohatera swojej książki na niezniszczalnego herosa, męczennika lub ofiarę systemu (jaki by on nie był). Zdarzają się też biografie pisane tak, jak szkolne wypracowania – z wyszczególnieniem ważnych dat i kilkoma zdaniami opisu, bez zagłębiania się w życie wewnętrzne. Pozytywnemu nastawieniu do pozycji nie sprzyjały również spore gabaryty „Życia pod prąd” – w mojej głowie pojawiła się myśl, że oto w moich (niegodnych) dłoniach spoczywa kolejna biografia-pomnik. Zapowiadało się na ciężką przeprawę – iskierką nadziei było jednie to, że książkę tę popełnił Przemysław Wilczyński, czyli człowiek „Tygodnika”. TEGO „Tygodnika”. Klamka zapadła – jedziemy z czytaniem.

„Życie pod prąd” okazało się biografią nieszablonową, książką pisaną – tak właśnie! – pod prąd „nurtowi monumentalistycznemu”, obecnemu często w polskiej literaturze faktu. Biografia napisana przez Wilczyńskiego, oczywiście, opowiada o życiu Jana Kaczkowskiego, od dzieciństwa, przez nieświętą młodość (do której sam ks. Kaczkowski się przyznawał), po diagnozę nieuleczalnej choroby i śmierć. Znajdziemy tutaj także zarys dziejów przodków założyciela puckiego hospicjum (bez rozwlekania i wdawania się w genealogiczne niuanse) z uwzględnieniem stosunku członków rodziny naszego „onkolcelebryty” do duchowości i religii, a także opis perypetii na drodze kapłańskiej. Przede wszystkim jednak znajdziemy tutaj prawdziwego Jana Kaczkowskiego – nie tylko księdza (skrótu „ks.”, zapewne nie bez przyczyny, na próżno dopatrzeć się w tytule), ale nieszablonowego, wychodzącego poza schematy człowieka.

Ale „Życie pod prąd” to nie tylko historia życia księdza, który – jak stwierdził ks. Boniecki – „uratował honor polskiego kapłaństwa”. To opowieść wielowymiarowa – o współczesnej Polsce, o Kościele, przez który można zostać „sklepanym”, chcąc robić to, co stanowi przecież esencję Ewangelii, o cierpieniu i śmierci, o służbie zdrowia i wreszcie o rodzinie, która musi zmierzyć się z dramatem śmiertelnej choroby syna i brata, co jest trudne nie tylko ze względów egzystencjalnych, ale i logistycznych. Matka ks. Kaczkowskiego wspomina między innymi o permanentnym braku czasu, która wiąże się z opieką nad chorym synem. Sądzę, że jest to przełamanie tabu codziennego życia blisko tak poważnie chorego człowieka.

Czy książka odpowiada na pytanie, jak to się stało, że nieznany nikomu wikary z małej parafii został najbardziej rozpoznawalnym duchownym w kraju? Sądzę, że tak – autor dowodzi, że tu nie ma tu jednego czynnika, a sprawczość (którą często ks. Janowi przypisywano) była efektem wychowania, jakie otrzymał, a także wielu jego cech i decyzji. Na pewno przyczyniła się do tego otwartość rodziny Kaczkowskich oraz Niedzielów, odwaga i bezpośredniość (ks. Kaczkowski otwarcie mówił o tym, że nie został przyjęty do jezuickiego nowicjatu z powodu niepełnosprawności), gotowość do łamania schematów (z jednej strony ks. Kaczkowski był fanem mszy trydenckiej, z drugiej – nie prezentował duchowości „oblężonej twierdzy” oraz gotowość do podjęcia ryzyka – w książce znajdziemy fragment mówiący o rozmowie, jaką duchowny odbył z profesorem Trojanowskim, podczas której zgodził się na ryzykowną operację zmniejszania guza.

Biografię napisaną przez Wilczyńskiego można odczytać na wiele sposobów – jeśli chcemy, będzie to opowieść o duchowym dojrzewaniu. Możemy też widzieć w niej głównie historię człowieka, który – wbrew obecnym w Polsce tendencjom do dzielenia społeczeństwa według klucza swój- nie swój – pozostał odpornym na szufladkowanie. Możliwy jest także odbiór tej książki jako opowieści o niezłomności i wytrwałości – bo Wilczyński prezentuje nam rozmowy z osobami, które wiedzą, jak wiele absurdalnych przeszkód musiał pokonać ks. Kaczkowski, by rozwinąć puckie hospicjum. I wreszcie, możemy tę pozycję określić mianem psychologicznego wielogłosu – bo o tej samej osobie wypowiada się ponad setka ludzi, którzy księdza (lub jeszcze nie księdza) poznali na różnych etapach jego życia i byli z nim w różnych relacjach.

Biografia autorstwa Wilczyńskiego nie jest cukrową laurką. Jest rzetelnie zrealizowaną próbą przybliżenia czytelnikowi – niezależnie od tego, czy znał on wcześniej księdza „onkocelebrytę” i czy zdarza mu się bywać w kościele – postaci człowieka, który żył pod prąd. Pod prąd – parafrazując zawartą w książce wypowiedź pielęgniarki, pracującej z ks. Janem – całemu pukającemu się w czoło światu.

Continue Reading

Chrzest dzieci czy wolność wyboru?

No to Franciszek znowu włożył kij w mrowisko – powiedział, że z chrztem nie należy czekać, aż człowiek będzie dorosły i sam dokona wyboru, ale by nie zapominać o chrzcie naszych pociech. Ojciec Święty powiedział:

” Niektórzy myślą: »ale po co chrzcić dziecko, które tego nie rozumie? Poczekajmy, aż dorośnie, zrozumie i samo poprosi o chrzest«. Ale to oznacza brak ufności w Ducha Świętego”.

I jak to pogodzić z miłością do dziecka, która powinna być bezwarunkowa oraz opierać się na wzajemnym szacunku, zaufaniu i bliskości, a nie na przymusie?

Nie chcę rozwodzić się nad tym, że Konstytucja gwarantuje rodzicom prawo do wychowania dzieci zgodnie z ich własnymi przekonaniami. Nie jest więc niczym dziwnym, że wierzący rodzice chcą, aby ich dzieci – jak to się mówi po kościelnemu – wzrastały w wierze. Tak jest i już.

Sęk tkwi w czymś innym. Otóż osoby – wierzące i nie – opowiadające się za zwlekaniem z chrztem dziecka do czasu, aż ono samo wyrazi taką chęć, zdają się nie zauważać, że nie istnieje coś takiego, jak neutralne światopoglądowo wychowanie potomka. Owszem, dziecko można (i, jak sądzimy, należy) wychowywać do otwartości na świat i nie ukrywać przed nim, że obok nas żyją ludzie wyznający inną religię, mający inny system wartości. W wychowaniu katolickim nie chodzi o zamknięcie dziecka w katoenklawie (ani o życie na katolickim osiedlu, jakie powstaje pod Krakowem…). Tak czy inaczej, wychowujemy dziecko w jakimś systemie przekonań. Jeśli rodzice są naprawdę wierzący (a nie tylko chodzą do kościoła ze „święconym”), to siłą rzeczy przekażą dziecku religijne wartości – chociażby chodząc w niedzielę do kościoła i tłumacząc, czemu to robią. Jeżeli natomiast są niewierzący lub „wierzący niepraktykujący”, to również taki model duchowości przekazują swojemu dziecku, bo ono przecież prędzej czy później zapyta, czy Bóg istnieje i czy w niego wierzymy. Wychowanie neutralne światopoglądowo wymagałoby, aby w takiej sytuacji odpowiedzieć „nie odpowiemy Ci na to pytanie, musisz sam odnaleźć odpowiedzi”, ale… przecież widzimy, że to brzmi absurdalnie.

Sam chrzest nikomu nie robi krzywdy. Jeżeli rodzice w znaczenie tego sakramentu nie wierzą i niosą dziecię do świątyni w białej szacie tylko po to, by później na chrzcinach wypić kielicha z wujem Mirkiem i ciotką Halinką, to dla dziecka wydarzenie to nie będzie miało dużego znaczenia – chyba, że samo postanowi zbliżyć się do Kościoła w przyszłości. Nie są znane przypadku poparzenia głowy na skutek kontaktu z wodą święconą. Fleischer twierdził, że „wszystko jest komunikacją” – jeżeli więc o Bogu nie mówimy, nie podejmujemy tematu duchowości, to wychowujemy dziecko w przekonaniu, że nie są to sprawy istotne. I to również nie jest wychowanie światopoglądowo neutralne.

Z drugiej strony – jeżeli decydujemy się ochrzcić dziecko, bo coś to dla nas oznacza, to bierzemy na siebie ogromną odpowiedzialność: musimy dołożyć starań, by wychować je w wierze, ale niepolegającej na straszeniu piekłem za niezjedzony obiad czy wmawianie latorośli, że „przeklinanie to wbijanie Panu Jezusowi gwoździ”. Taki styl wychowania to quasi-religijna tresura, która nie pomaga w budowaniu głębokiej duchowości, a co najwyżej nerwicy eklezjogennej. My sami musimy więc troszczyć się o swój rozwój duchowy, by w przekazie o Bogu być autentycznym.

A gdzie w tym wszystkim otwartość? Otóż każdy rodzic – także głęboko wierzący i uduchowiony – powinien zastanowić się, co zrobi, jeśli jego dziecko w przyszłości stwierdzi, że w Boga nie wierzy (lub wierzy inaczej, niż byśmy chcieli). Może się zdarzyć tak, że w okresie burzy i naporu, który pojawia się zwykle, gdy dziecko ma naście lat, latorośl zacznie manifestacyjnie ziewać w kościele, a na rodzinnych imprezach rzucać cytatami z Dawkinsa. Inna wersja wydarzeń to ta, kiedy dziecko w pełni dorosłe świadomie decyduje się na „rozwód” z Kościołem. Jasne, można z potomkiem pogadać, zachęcić, ale nie można go zmusić do wiary.

Bo przecież własne dzieci kochamy niezależnie od ich światopoglądu.

 

 

Continue Reading

Smoleńsk. Pomiędzy patosem a szyderą

Dziś jest TA rocznica.
Upolityczniona, stanowiąca pretekst do politycznej gry i wykorzystywania tragicznej śmierci 96 osób do budowania swojego politycznego wizerunku – wciąż pamiętamy o „zdradzieckich mordach”, a dziś byliśmy świadkami powoływania się na nauczanie św. Jana Pawła II w celu potwierdzenia słuszności budowy pomnika smoleńskiego. W telewizji publicznej natomiast mogliśmy dziś cieszyć oczy najgorszym polskim filmem wszech czasów – produkcją stanowiącą nieudolne nawiązanie do „Człowieka z marmuru”,czyli „Smoleńskiem” Krauzego.
Z drugiej strony, nie brak jest drwin i szyderstw związanych z katastrofą TU-154. Ja sama widziałam dziś mnóstwo memów, których autorzy szydzą z „brzozy smoleńskiej” czy pilotów, którzy odpowiadali za lot.
Jak więc odnaleźć się między patosem i cynicznym graniem tym wydarzeniem w celu zbicia kapitału politycznego, z znieczulicą i szyderą?
Chyba całkiem prosto. Wystarczy spojrzeć na to nie oczami odpowiedzialnego za moralny kręgosłup narodu społecznego ortopedy, ale zwykłego Polaka (bo w Smoleńsku zginęła część polskiej elity) i człowieka (bo zginęli przede wszystkim ludzie, którzy opuścili żony, dzieci, przyjaciół).
Nie kotłujmy się w sprawie Smoleńska, nie biczujmy inwektywami. Nie dajmy się ponieść fali dziwnie rozdmuchanych emocji.
Tragedia sprzed ośmiu lat to ważna i bardzo smutna chwila w życiu naszego narodu. Żałoba minęła. Warto więc to wszystko przepracować, oswoić. Mówić o Smoleńsku bez agresji, bez lęku, z refleksją i szacunkiem wobec ofiar i ich rodzin. Czas zacząć mówić o tym normalnie.
Continue Reading

Druga rocznica śmierci ks. Jana Kaczkowskiego

Dziś mijają dwa lata od śmierci ks. Jana Kaczkowskiego.
Naszym zdaniem jest on bez wątpienia godnym kandydatem na ołtarze.
Był najlepszym na świecie katokołczem. Nigdy nie spotkaliśmy go osobiście, ale on i tak nauczył nas kilku ważnych rzeczy:
👉można być człowiekiem wierzącym, ale jednocześnie napotykać na swojej drodze wątpliwości,
👉można być wymagającym, a przy tym ciepłym i wyrozumiałym,
👉można być poza schematami (na przykład kochać tridentinę, ale nie deklarować się jako trads),
👉można zmienić swoje życie, ale nie wypierać się błędów przeszłości,
👉nie można być draniem.
 
Mamy nadzieję, że spotkanie face to face, choć nie wypaliło na tym świecie, dojdzie do skutku po drugiej stronie. W sumie to warunki na pewno będą bardziej komfortowe.
A Wy, za co kochaliście ks. Jana?
Continue Reading

Kieszonkowy atlas spowiedników. Jak rozpoznać trujących i całkiem zjadliwych?

#mojaSpowiedź

Przed nami Wielki Tydzień. Większość z nas zapewne umyła już okna, ale szorowanie duszy – czyli spowiedź – zostawiamy zwykle na ostatnią chwilę. Do konfesjonału udajemy się więc zwykle tuż przed Wielkanocą – czasem wynika to ze strachu przed tym, co nas tam spotka (a „konfrontację” z tym, czego się boimy, zwykle prokrastynujemy (czyli odwlekamy) albo z tego, że chcemy mieć pewność, że w czasie Zmartwychwstania będziemy mogli wypełnić jedno z przykazań kościelnych i – nieumorusani jakimś paskudnym grzechem – przystąpimy do Komunii. Do spowiedzi jednak trzeba trojga – nas samych, Boga oraz Jego podwykonawcy – czyli spowiednika. Od kapłana siedzącego w konfesjonale zależy naprawdę bardzo, bardzo dużo (Szymon Hołownia pisał nawet kiedyś, że w konfesjonałach marnują się hektolitry Bożej łaski). Na podstawie doświadczeń własnych oraz naszych praktykujących znajomych stworzyliśmy więc podręczny atlas spowiedników – być może przyda się on tym, którzy przy kratkach konfesjonału doświadczyli już kiedyś duchowego zatrucia i chcą uniknąć tego w przyszłości…

  • SPRINTER
  • Działanie na duszę i umysł: Jadalny.
  • Miejsce występowania: Zwykłe kościoły parafialne.
  • Opis: Spowiedź u niego trwa około dwóch minut. Nieważne, czy spowiadasz się z częstych spóźnień, czy z morderstwa teściowej – za pokutę otrzymujesz 10 „zdrowasiek”. Grzechy zostają Ci odpuszczone, ale nie uzyskasz u niego odpowiedzi na nurtujące Cię pytania.
  • Nasze obserwacje: W jednym z kościołów, do którego niegdyś uczęszczałam, pewien spowiednik w trakcie wykonywania posługi zwykł trzymać na kolanach „Teletydzień”. Uwaga: to nie jest wyolbrzymienie – tak naprawdę było. Kiedyś, usłyszawszy moje grzechy, obrócił się lekko w moją stronę i powiedział „Bardzo dobrze, że się wyspowiadałaś”. I tu – mimo jego nienachalności – byliśmy zgodni.
  • TROPICIEL GRZECHÓW SEKSUALNYCH
  • Działanie na duszę i umysł: Trujący – zwłaszcza dla młodych kobiet!
  • Miejsce występowania: Może występować wszędzie, ale niektórzy badacze twierdzą, że najczęściej można go spotkać podczas kursów przedmałżeńskich lub na wyjazdach młodzieżowych.
  • Opis: Opowieść o tym, jak okradłeś bank, nie zrobi na nim większego wrażenia – w przeciwieństwie do masturbacji, współżycia pozamałżeńskiego, stosowania antykoncepcji etc. Na wyznania win tego rodzaju potrafi zareagować bardzo emocjonalnie. Niekiedy dopytuje, każe „doprecyzować”, sugeruje seksualne rozpasanie lub raczy „życiowymi” mądrościami („seks z prezerwatywą to jak lizanie lizaka przez papierek”).
  • Nasze obserwacje: Pewna znajoma spowiadała się kiedyś z różnych grzechów (zróżnicowanych pod względem ciężaru). Znalazł się wśród nich seks przedmałżeński. W odpowiedzi usłyszała, że jest… „nadgryzionym jabłkiem”. No cóż… niektórzy z tej opowieści się śmiali. Inni zdobyli argument za tym, że spowiedź, księża i w ogóle wiara są tylko narzędziami do wbijania ludzi (zwłaszcza kobiet) w poczucie winy, a więc… lepiej ich unikać.
  • PS Ten typ spowiednika pojawił się też w powieści Marqueza „Miłość w czasach zarazy”. Tropiciel zapytał główną bohaterkę przy spowiedzi, czy kiedykolwiek zdradziła męża. Fermina, zszokowana i urażona, odeszła od konfesjonału. I już nigdy tam nie wróciła.
  • RÓWNY GOŚĆ
  • Działanie na duszę i umysł: jadalny
  • Miejsce występowania: zwykłe parafie, ale też pielgrzymki i rekolekcje
  • Opis: Zwykle niemało w życiu przeszedł, więc niewiele jest go w stanie zdziwić. Nie potępia nikogo, rozumie ludzkie słabości. Nie zdarzyło się, by komuś „dowalił”. Nic co ludzkie, nie jest mu obce – jeśli tylko żałujesz swoich poczynań, od spowiedzi odejdziesz podbudowany… i z odczuciem ogromnej ulgi.
  • Nasze obserwacje: Pomaga tym, którym wydaje się, że „tylko oni są tak źli”. W przypadku grzechów „seryjnych” czy związanych z nałogami, może niewystarczająco motywować do trwałej zmiany.
  • DRĘCZYCIEL 
  • Działanie na duszę i umysł: Trujący! Uważać na niego powinni zwłaszcza skrupulanci, dzieci oraz osoby wrażliwe na krytykę.
  • Miejsce występowania: Często można go spotkać w parafiach, o których mówi się, że są „nieobojętne politycznie”.
  • Opis: Może być w sędziwym wieku, ale zdarzają się też młodzi, „zbyt zaangażowani” księża, którzy należą do tego gatunku. Wyznając grzechy, widzisz na jego twarzy niezadowolenie, a nawet przerażenie. Daje Ci odczuć, że to, co zrobiłeś, jest straszne – nagle masz poczucie, że wszystkie Twoje grzechy lekkie tak naprawdę są śmiertelne. Często straszy (zdarza się, że i samym piekłem) i zadaje pokuty, które trudno jest wypełnić. Spowiedź u niego często przypomina seans w komnacie tortur.
  • Nasze obserwacje: Bywa przerażający. Kiedyś, w wieku około 10 lat, przystąpiłam do spowiedzi. Trafiłam na Dręczyciela. Moim przewinieniem (niewątpliwie niemałym) było to, że w wakacje nie zawsze chodziłam do kościoła. Dowiedziałam się, że popełniam jeden z najgorszych możliwych grzechów i że nie chce się mu (spowiednikowi) dać mi rozgrzeszenia. Przez jakiś czas bałam się spowiedzi – i szukałam jedynie Sprinterów.
  • MISTRZ DUCHOWOŚCI
  • Działanie na duszę i umysł: jadalny (i bardzo bogaty w składniki odżywiające ducha!)
  • Miejsce występowania: zazwyczaj klasztory (mistrzowie duchowości zwykle bywają zakonnikami).
  • Opis: Spowiednik doskonały. Nie tylko słucha Twoich grzechów, ale również stara się nakreślić Twój duchowy portret” – zapyta o to, jak się modlisz, czy czytasz Pismo Święte, jak przeżywasz relację z Bogiem. Wymagający, ale i wrażliwy – nie krzyczy, nie unosi się, nie upokarza. Słucha i wyciąga wnioski. Nie ma jednego „zestawu pokut” dla wszystkich penitentów, w zależności od dnia tygodnia – do każdego spowiadającego się podchodzi indywidualnie.
  • Nasze obserwacje: Przystąpiłam kiedyś do spowiedzi po dłuższym (a nawet bardzo długim) okresie. Przypadkiem (bądź nie!) po drugiej stronie znalazł się właśnie Mistrz. Kiedy już wyplułam z siebie swoje niecne uczynki w ilości hurtowej, spodziewałam się ostrego zbesztania i nakazu udania się na kolanach do Częstochowy w ramach pokuty. Jakież było moje zdziwienie, gdy za pokutę Mistrz „zadał mi”… zastanowienie się nad tym, co w tym moim mocno pokręconym życiu było DOBREGO. A potem poświęcił sporo czasu na rozmowę o moich rozterkach i wątpliwościach. Z kaplicy wyszłam wewnętrznie odmieniona, spokojna i… zszokowana. Jeżeli ktoś uważa, że spowiedź nic nie wnosi do jego życia – to widocznie nie spotkał jeszcze Mistrza.

Jeśli udajemy się do lekarza – zazwyczaj wybieramy tego najlepszego. Nie ma, niestety, aplikacji, która umożlwiałaby znalezienie najlepszego spowiednika, najlepiej z określoną „specjalizacją” (może kiedyś Kacper podejmie się stworzenia serwisu „ZnanySpowiednik”?). Tym bardziej nie warto zatem wybierać spowiednika „pierwszego z brzegu”. Szukajmy, pytajmy znajomych, szukajmy informacji w Internecie – choć grzechy odpuszcza sam Bóg, to jednak ci, którzy pracują w Jego winnicy, mają ogromny wpływ na nasze życie duchowe – mówimy to nie jako wybitni teolodzy moraliści, ale na podstawie własnych przeżyć. Warto też pamiętać, że jeżeli wydaje się nam, że spowiedź to przykry obowiązek, strata czasu lub kwadrans upokorzenia – to wcale nie oznacza to, że pomysł Boga na ten sakrament był chybiony. Najprawdopodobniej po prostu musimy szukać „tego jedynego” spowiednika dalej.

Ale z drugiej strony, nie wolno nam w tym wszystkim zatracić perspektywy wiary. Nawet, jeśli kiedyś trafimy na zafiksowanego na sferze seksualności dręczyciela z  wzrokiem utkwionym w „Teletygodniu” – pamiętajmy o tym, że tak naprawdę spotykamy się z Tym, który rozumie. I czeka na to, by kolejny raz nam przebaczyć.

PS O spowiedzi i jej podobieństwie do pilingu pisaliśmy również TUTAJ: https://katolwica.blog.deon.pl/2017/10/08/spowiedz-roprowadz-po-powierzchni-duszy-jak-piling/

Continue Reading

Światowy Dzień Zespołu Downa

Czy jesteśmy za tym, aby dzieci z zespołem Downa lub wszelkimi innymi poważnymi chorobami mogły przyjść na świat?
TAK.
Wierzymy, że ludzkie życie należy do Stwórcy – i tylko on ma prawo zdecydować, kiedy żywot każdego z nas się zakończy. Nie popieramy aborcji w przypadku płodów „uszkodzonych” (choć to określenie jest, według nas, odpowiednie raczej dla samochodu czy mebla, a nie człowieka w prenatalnym stadium rozwoju).
Ale też nie jesteśmy naiwni. Nie wierzymy w to, że zmiany w ustawie o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży sprawią, że nagle kobiety zdecydują się rodzić chore dzieci.
To nie jest tak, że osoby, które decydują się na aborcję w przypadku diagnozy poważnej choroby dziecka, to niezdolne do miłości potwory, które zaplanowały sobie, że ich dziecko będzie niebieskooką blond pięknością z wybitnym intelektem i nie chcą przyjąć do wiadomości, że mogłoby być inaczej. Nie. Chodzi tutaj przede wszystkim o lęk i niepewność, jak to nasze życie będzie wyglądało. Czy uniosę ten ciężar, czy partner mi pomoże (większość mężczyzn odchodzi, gdy w rodzinie pojawia się niepełnosprawne dziecko!). I z czego będziemy żyć.
Sposobem na umożliwienie chorym dzieciom przyjścia na świat nie jest zakazywanie-nakazywanie czy straszenie. Kobiety z pewnością częściej podejmowałyby decyzję o kontynuowaniu ciąży, gdyby wiedziały, że nie zostaną z ciężko chorym maluchem same. Że państwo wypłaci im świadczenia, których wysokość nie będzie żenadą, że znajdzie się dla ich dzieci miejsce w wyspecjalizowanym żłobku lub przedszkolu, że latorośle otrzymają za darmo odpowiednią pomoc medyczną. I, że w razie gdyby ojciec dziecka jednak „nie dał sobie z tym rady” i odszedł, to odpowiednie organy zmuszą go do płacenia alimentów.
Nie bez znaczenia jest też społeczny klimat wokół niepełnosprawności. Pomyślmy chociażby o postaci Maćka z „Klanu” (tak, wiem, że ten serial jest, delikatnie mówiąc, kiepski). Ile to memów i żartów niskich lotów powstało na jego temat…?
Dopóki przyszłe i obecne matki dzieci nieuleczanie chorych nie dostaną odpowiedniej pomocy, nie spadnie znacząco ilość aborcji wykonywanych z uwagi na ciężkie wady płodu. Kobiety będą po prostu kontynuowały wyjeżdżanie za granicę.
A i u nas przecież podziemie aborcyjne ma się całkiem nieźle.

Continue Reading

Społeczna pułapka na matki. Czy Matka Boża mogła mieć czasem dość?

Macierzyństwo to bez wątpienia jedna z najpiękniejszych przygód w życiu. Ale przygody mają to do siebie, że czasami powodują poczucie zagubienia, zmęczenie, a nawet chęć wycofania się. Przygoda to przecież zupełna odwrotność siedzenia w bujanym fotelu – to mnóstwo silnych, przeplatających się ze sobą emocji. Dlaczego więc bycie matką miałoby wiązać się jedynie z rozanieleniem, zachwytem nad każdym uśmiechem dziecka i chęcią bycia przy nim przez cały czas?

Matka Polka nie ma lekko. Z jednej strony musi być twarda, wytrzymała, samodzielna – społeczeństwo nie lubi matek „niezaradnych”. Nie lubi nawet matek, które chwilę po porodzie nie wyglądają jak Anna Lewandowska (tę kwestię próbuje odczarować między innymi trenerka Kasia Bigos, biorąc udział w kampanii „Fake Off”, mającej pokazać, że ciało po porodzie może wyglądać inaczej, niż ciała z okładek fitnessowych pism). Matka Polka powinna być w dobrej sytuacji materialnej – na mężu wisieć nie wypada, a w razie rozpadu związku – na alimenty nie ma co liczyć. Społeczna sieć wsparcia nie istnieje – matki, ciotki, kuzynki mieszkają daleko i pracują, więc dziecko i dom trzeba ogarnąć własnymi rękami. Trzeba też być gotową na szybki powrót do pracy – w końcu Polacy cenią wartości rodzinne i kochają dzieci, ale nie wtedy, kiedy rodzą je własne pracownice. Ale jednocześnie młoda matka musi być taka, jaką chce widzieć seksistowska tradycja przodków – wrażliwa, łagodna, wyprana z trudnych emocji. Nawet temat depresji poporodowej czy łagodnego baby bluesa budzi w Polsce niezrozumiałe kontrowersje – zakłada się, że jeśli matka kocha dziecko, to nie może ani przez chwilę pomyśleć „mam dość”, „nie udźwignę tego”, „czemu on się znowu drze?!”. Ojcom nie wypada się na dziecko nie gniewać – matki nie mają przyzwolenia na frustrację.

W uwalnianiu emocji matek nie pomagają wyobrażenia Matki Bożej z Dzieciątkiem, jakie znamy z kościołów. Maryja jest na nich zawsze uśmiechnięta, zapatrzona w Swojego Syna, lub ewentualnie zatroskana – na niektórych ikonach Miriam patrzy smutno w dal, przewidując przyszłe cierpienia Jezusa. Z pewnością Matka Boga była najlepszą z matek, której próg frustracji był o wiele wyższy, niż mój czy moich mających dzieci znajomych. Ale jestem przekonana o tym, że ona również co jakiś czas odczuwała bezsilność, wyczerpanie, chęć przespania chociaż pięciu godzin, nieprzerwanych krzykiem Dziecka. Bo, powiedzmy sobie szczerze, jest to po prostu wpisane w bycie matką – tak samo jak miłość do dziecka i gotowość opieki nad nim.

Było dla mnie totalnym zaskoczeniem, kiedy dowiedziałam się, że w sztuce minionych wieków Maryja była czasami przedstawiona podczas… karania Jezusa. I to nie matczynym upomnieniem, ale na przykład rózgą. Żeby było jasne: absolutnie nie popieram przemocy wobec dzieci i uważam, że nic, żadne zachowanie potomka nie jest powodem do zadawania mu bólu. Ale fakt istnienia wizerunków tego rodzaju jest może stanowić swoisty detoks na łagodną formę szantażu emocjonalnego, jakim jest ukazywanie Miriam jako Matki niezłoszczącej się, niemającej potrzeb fizjologicznych – a więc odczłowieczonej.

Matki, wściekajmy się. Mówmy otwarcie o tym, że bycie nieustannie potrzebną dziecku bywa nie tylko uskrzydlające, ale też potrafi doprowadzić do szału. Że czasami nie mamy ochoty przez kilka godzin tulić dziecka do piersi, a raczej miałybyśmy ochotę wyjść z domu i wrócić nad ranem. Po kilku piwach lub chociaż niezłej komedii w kinie. Że macierzyńska schizofrenia (bądź twarda-bądź łagodna) obecna w Polsce powoduje poczcie winy. To, że nie okazujemy wściekłości, żalu, nie mówimy o tym, jak bardzo chcemy spędzić kilka godzin bez dziecka nie sprawia, że te emocje znikają – po prostu znajdują ujście gdzie indziej, na przykład w cichej rywalizacji z dzieckiem, w emocjonalnym odrzuceniu, wbijaniu w poczucie winy („wszystko dla ciebie poświęciłam, a ty tak się odwdzięczasz…?!).

Lepiej dla naszych dzieci będzie więc, jeśli nie będziemy się bały prosić o pomoc. Możemy czasami przekazać drącego się niemowlaka jego ojcu i powiedzieć „teraz ty go uspokój”. Możemy chcieć wyjść z domu bez wózka czy chusty. Mamy prawo odczuwać złość, zniecierpliwienie, przygnębienie. I możemy – a nawet powinnyśmy! – te emocje werbalizować.

I wcale nie oznacza to, że swoich dzieci nie kochamy.

Continue Reading