Poza błękitem i infantylnym uśmiechem. Moja droga do Maryi

#mojaMaryja
Moja relacja z Tą, którą kobiety śpiewające majowe nazywają „Królową dziewic”, a prawosławni, wykonujący Akatyst do Najświętszej Marii Panny „raną bolesną zadaną demonom”, układała się bardzo różnie. I chyba dopiero niedawno udało mi się odkryć i zrozumieć Maryję po swojemu, integrując poznawczo i emocjonalnie różne fragmenty maryjnej układanki…
Niewieście problemy z Niewiastą obleczoną w słońce
Kiedy zaczynamy budować z kimś relację, to zwykle na początku chcemy wiedzieć, jak się do tej osoby zwracać. Jest to oczywiście zależne od tego, kim ta osoba jest – swojemu szefowi będziemy „panować”, a nowo poznanemu kumplowi możemy mówić „stary” (ja akurat mówię tak nawet do niektórych znajomych płci żeńskiej, ale to kwestia naszego specyficznego poczucia humoru…). To właśnie stanowiło dla mnie przeszkodę w budowaniu relacji z Maryją – kiedy moje dziecięce wyobrażenia o Niej straciły na aktualności, to nie wiedziałam, w jaki sposób mam się do Niej zwracać, jak się do Niej zbliżyć, jak „ugryźć” temat maryjnej pobożności. Z napotykanych przeze mnie wyobrażeń i opisów Maryi wyłaniał się Jej obraz jako Kogoś, kto łączy w sobie elementy chrześcijańskiego odpowiednika bogini-matki oraz infantylnego dziewczęcia, które nie miało żadnego wpływu na swoje życie. Ludowy kult Maryi nierzadko wiązał się też z teologicznymi błędami – na przykład fragment pieśni „Serdeczna Matko”: ” Bo kiedy Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy kto się do Matki uciecze”, sugeruje, że miłość Maryi do ludzi jest większa od miłości samego Boga… Oczywiście, w tym wszystkim dominował męski punkt widzenia Maryi – stare modlitwy i teksty rozważań podejmują głównie wątki Jej pokory, czystości oraz piękna. Moja feministyczna (choć nie w sposób oszalały) dusza buntowała się przeciwko takiemu pojmowaniu Miriam – nie mogąc znaleźć „swojego” fragmentu maryjności, na jakiś czas zwyczajnie odpuściłam temat.
Katofeminizm na pomoc
W końcu nadszedł jednak w moim życiu czas, kiedy zauważyłam, że zamykając się na maryjność, powoli dryfuję w stronę protestantyzmu – a przecież nie zamierzałam zostać konwertytką. Nie mogąc się jednak odnaleźć w pobożności kapliczkowej – choć jest ona dla mnie fascynująca i szczerze mnie wzrusza – postanowiłam „obwąchać się” z pojmowaniem Maryi, jakie proponują katolickie feministki. I to był strzał w duchową dziesiątkę. Rewolucję w moim życiu zapoczątkowało przeczytanie książki „Kościół kobiet” Zuzanny Radzik, dzięki któremu odkryłam obraz Maryi, jak sądzę, bliższy prawdzie – jako silnej kobiety, idącej na przekór patriarchalnym zasadom. Wypowiedzi Ewy Kiedio pomogły mi przyjąć, że to, że nie utożsamiam się z maryjnością mainstreamową, nie oznacza, że coś jest ze mną nie tak. Swoje „cegiełki” dołożyli też o. Adam Szustak oraz hipsterkatoliczka – Jola Szymańska. Nieco później zafascynował mnie temat ikon – teologiczna głębia szczegółów, jakie znajdziemy na tych „oknach ku wieczności”, po prostu rozkładała mnie na łopatki. Dotarło do mnie, że z Maryją na serio da się być blisko. I że z całą pewnością warto!
<Matka, która wszystko rozumie…
Jednak tym, co pozwoliło mi autentycznie i głęboko (jak sądzę) zbliżyć się do Maryi, nie były żadne mądre książki, rekolekcje czy artykuły na katolickich portalach. Ja Maryję odkryłam „dla siebie” dzięki własnemu doświadczeniu ciąży i macierzyństwa. Tak się złożyło, że doskonale wiedzieliśmy z Mężem, że nasza córka pojawi się na świecie w okresie Bożego Narodzenia. Adwent był dla nas zatem czasem „podwójnego oczekiwania” – czekaliśmy na narodziny Jezusa, a także na pojawienie się na świecie naszej pierworodnej. Perspektywa zostania matką uruchamiała zaś we mnie chyba wszystkie możliwe emocje – od euforii, po lęk i niepewność, jak ja to w ogóle ogarnę – w końcu w swoim życiu nigdy nie zajmowałam się niemowlęciem! Byliśmy też zwyczajnie ciekawi, jak nasza pociecha będzie wyglądała, jaki będzie miała temperament, co będzie lubiła robić… Z każdym dniem docierało do mnie, że ponad dwa tysiące lat temu pewna Dziewczyna z Nazaretu miała podobne rozterki. Przez wiele miesięcy zachodziła w głowę, jakie będzie Jej Dziecko, jak będzie przebiegał poród, no i oczywiście – jak Ona poradzi sobie z samym byciem matką, a do tego ogarnie… bycie Matką Boga?! Obecnie często nawiedza mnie myśl, że przecież Maryja przystawiała do piersi Alfę i Omegę, była świadkiem pierwszych kroków Początku i Końca, całowała na dobranoc Słowo Wcielone. To jest fascynujące, ale jednocześnie gdy podejmuję taką refleksję, to czuję, że mój ludzki mózg zwyczajnie wysiada, że to przekracza moje możliwości rozumienia rzeczywistości. Maryja jawi mi się jako postać do bólu autentyczna, ludzka, ale też niezwykle stabilna emocjonalnie i dojrzała – parafrazując wspomniany już prawosławny Akatyst, poznała Ona Niepoznawalne – i przy tym wszystkim pozostała Sobą.
Dla jasności – absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że brak posiadania dzieci jest przeszkodą w zbliżeniu się do Matki Boga (zawsze miałam alergię na tekst „będziesz mieć własne dzieci, to zrozumiesz”). Każdy z nas posiada inną wrażliwość i każdy kroczy własną drogą do Boga – wiem, że brzmi to bardzo górnolotnie, ale tak to właśnie działa.
Rzecz w tym, że maryjność każdy z nas musi oswoić – czasami przeoczamy, że pod warstwą maryjnych dogmatów (których, oczywiście, nie podważą), archaicznych modlitw oraz figurek „Maryjkowych”, ocierających się często o kicz, kryje się wspaniała, dzielna Osoba, której ziemskie życie było bardziej niezwykłe, niż losy bohaterów jakiegokolwiek beletrystycznego utworu czy filmu akcji.

PS O tym, dlaczego Maryję uważamy za Mamę idealną, pisaliśmy tutaj: https://katolwica.blog.deon.pl/2017/06/17/boski-parenting-czemu-maryja-jest-mama-idealna/
Chcemy uczyć się od Niej trudnej sztuki rodzicielstwa – i często prosimy Ją o to, by w tym aspekcie nas wspomagała. Efekty naszych starań poznamy jednak najwcześniej za kilkanaście lat.

Continue Reading

Niedoceniany Ojciec Polak. Czy jestem „tym gorszym” rodzicem?

Na początek kilka obserwacji:
Przewijaki dla dzieci w knajpach zawsze znajdują się albo w damskich toaletach, albo w pokojach „MATKI z dzieckiem”.
Położne i lekarze, którzy przychodzą na tak zwane wizyty patronażowe (czyli odwiedzają dzidziusia w domu po urodzeniu), o jego samopoczucie, wagę i apetyt pytają mamę – nawet wtedy, gdy tata siedzi tuż obok.
W reklamach pieluszek i zupek dla dzieci prawie zawsze przedstawiane są mamy, które opiekują się niemowlęciem. Tata co najwyżej bawi się super zabawkami z dzieckiem płci męskiej – ale tylko wtedy, gdy jest ono już starsze.
Społeczny i medialny przekaz jest jasny: ojciec to rodzic gorszy, mniej istotny. Ma prawo nie interesować się dzieckiem – bo na jego głowie są ważniejsze sprawy (choć ja sam jestem zdania, że nie ma nic ważniejszego, niż opieka nad własnym dzieckiem). Ojciec, który zajmuje się maluchem, może budzić podziw (bo przecież on, w przeciwieństwie do matki, „ma prawo” mieć dziecko w nosie), ale zdarza się, że także politowanie lub nieufność.
Jakiś czas temu byliśmy wraz z żoną i córką w poradni laktacyjnej. Wizyta przebiegała świetnie – pani pracująca tam bardzo nam pomogła, a atmosfera była serdeczna do czasu, gdy… Żona powiedziała, że w najbliższy weekend musi udać się do Krakowa na zjazd na studiach podyplomowych (są one dla niej ważne i w sumie to konieczne, by mogła odpowiednio wykonywać swój zawód psychoterapeuty). Położna (całkiem młoda!) nie była tym – delikatnie mówiąc – zachwycona. Była też zdziwiona, że ja, ojciec, zostanę w tym czasie sam z dzieckiem. Stwierdziła też, niby żartem, że będzie mi się „za to” należało duże piwo.
No tak – mężczyźnie za opiekę nad dzieckiem (które przecież powołał do życia) należy się nagroda. Matka dzieckiem zajmować się musi – to święty i powszechny obowiązek mam. Nieważne, że żona nie jedzie imprezować (do czego przecież też ma prawo), a się kształcić dla dobra własnego i naszej rodziny – powinna zrezygnować ze wszystkiego, by zostać z niemowlęciem w domu.
Pewna znajoma, kiedy usłyszała tę historię, stwierdziła, że żona jest „odważna” decydując się na zostawienie dziecka ze mną w domu. Bo przecież mogę nie mieć cierpliwości. Mogę nie umieć go nakarmić. Mogę nie poradzić sobie z arcyskomplikowanym zadaniem zmiany pieluszki. Kiedy słucham podobnych mądrości, mam ochotę krzyczeć:
JA, TATA, CHCĘ I POTRAFIĘ ZAJMOWAĆ SIĘ SWOIM DZIECKIEM.
Nie godzę się na lekceważenie ojców i jednocześnie zrzucanie całej odpowiedzialności na matki. Nie odpowiada mi rola jedynie „obrońcy” żony i córki – bo, Bogiem a prawdą, sytuacje, gdy trzeba zasłonić swoją rodzinę własną piersią, zdarzają się niezmiernie rzadko. Codzienna walka to dzisiaj raczej zmaganie się ze stereotypami. Wierzę w to, że Bóg, powołując mężczyznę do ojcostwa, „wmontował” to powołanie w codzienność – rolą faceta jest codzienna troska o małego człowieka, interesowanie się nim, okazywanie mu ciepła. Tego wymaga też miłość małżeńska, która ma stanowić odzwierciedlenie miłości Boga do ludzi – bycie mężem powinno oznaczać, że dzielimy się obowiązkami wychowawczymi.
Od wielu lat wiemy, jakie szkody wyrządza dziecku nieobecnosć ojca – dzieci, których ojciec był niedostępny, mają niższą samoocenę, trudniej jest im budować relacje, częściej podejmują ryzykowne zachowania. Znany psycholog, Wojciech Eichelberger, napisał na ten temat książkę „Zdradzeni przez ojca”, którą, naszym zdaniem, powinien przeczytać każdy, kto chciałby założyć rodzinę. Poza tym, przez taki model „zewnętrznego” ojca, tracą wszyscy: odtrącone dziecko, matka, która jest obciążona ponad miarę, a także sam ojciec, który z czasem staje się samotny i czuje się nieważny, w efekcie czego czasami sięga po alkohol… lub sznur.
Niektórym ojcom zapewne taka sytuacja (do czasu!) jest na rękę – bo przecież wygodnie jest „musieć zostać w pracy”, gdy dziecko płacze, ma biegunkę albo niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. W pokoleniu naszych rodziców takich „zapracowanych tatusiów” było bardzo dużo – czasem przychodzili oni na wywiadówki w szkole, a później karali lub nagradzali dziecko za wyniki. Tylko że to nie wychowanie, a tresura! Bóg jest przecież czułym Ojcem, który na kartach Pisma Świętego zapewniał nas o Swojej miłości – czemu my, ziemscy ojcowie, mielibyśmy być inni?
Ojcowie – tak samo jak matki – mają prawo i obowiązek opiekować się dziećmi. Nie rzucajmy więc dziwnych komentarzy, gdy widzimy, że to tata przyszedł z dzieckiem na szczepienie (on i tak cały drży, obawiając się krzyku potomka!). Nie dziwmy się, że tata karmi dziecko butelką w parku („a to co, mama cycuszków nie ma?”). Zaufajmy, że gdy tata mówi, że dziecko lubi marchewkę, a nie przepada za dynią, to mówi prawdę – i nie ma potrzeby dopytywać mamy, co dziecko chce zjeść.
Nie chcę – i odkąd zacząłem w ogóle myśleć o ojcostwie, nie chciałem – być ojcem, którego rola ogranicza się do przynoszenia do domu pieniędzy oraz ewentualnie wymierzania kary dziecku, gdy jest „niegrzeczne”. Chcę być obecny przy stawianiu przez moją córkę pierwszych kroków, chcę wiedzieć, jak podoba się jej w przedszkolu, jak ma na imię jej najlepsza koleżanka i za co ją ceni. Zależy mi na tym, by dla naszej pociechy być emocjonalnie dostępnym – ona zasługuje na to, żeby nie tylko wiedzieć, że bardzo ją kocham (bo tak mówi jej mama), ale też po prostu czuć tę zwyczajną, tacierzyńską miłość każdego dnia.

Continue Reading

Homofobia – czy w Kościele jest na nią miejsce?

Parę dni temu, bo dokładnie 17. maja, obchodziliśmy Światowy Dzień Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii. Data ta nie została wybrana przypadkowo – otóż 17. maja 1990 roku homoseksualizm został wykreślony z Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób. Od strony medycznej więc homoseksualizm został uznany za normę – nie można od tej pory, będąc uczciwym lekarzem czy psychologiem, „leczyć” homoseksualizmu.

I my, katolicka wspólnota, mamy z tym faktem niemały problem.

Znajdujemy się w sytuacji dysonansu – z jednej strony, lekarze i psycholodzy mówią, że homoseksualizm jest po prostu rodzajem orientacji seksualnej, która w niczym nie jest „gorsza” od bycia hetero. Z drugiej – Kościół naucza, że akty (czyli seks) homoseksualne są grzechem – i to jednym z tych, które nazywa się „wołającymi o pomstę do nieba”. Jednocześnie, coraz więcej osób homoseksualnych decyduje się na coming-out – wiele takich osób nie chce już żyć w ukryciu. To sprawia, że wielu z nas zna jakiegoś geja, lesbijkę czy osobę biseksualną osobiście – i nierzadko darzymy te osoby zwykłą, ludzką sympatią. Jak zatem się z tym zagadnieniem „ułożyć”, jak być wiernym nauce Kościoła, ale jednocześnie nie zamykać się na to, co mówi współczesna nauka…?

Sądzę, że błędem popełnianym przez ogromną liczbę katolików, jest podważanie ustaleń WHO. Mnóstwo wierzących osób ten konflikt „rozwiązuje” w sposób pozornie prosty: twierdzi, że homoseksualizm z listy chorób skreślono za sprawą „gejowskiego lobby”. Że to spisek. Głosowanie było demokratyczne, ale ustawione. Więc bycie gejem czy lesbijką jest po prostu chorobą, której przyczyny tkwią w wychowaniu oraz uleganiu homopropagandzie.

Takim osobom warto przypominać, że Kościół nie zajmuje się diagnozowaniem chorób i określaniem zdrowia. To jest zadanie środowisk medycznych. Papież i biskupi mają za zadanie przekazywać nauczanie moralne, a nie wyrokować, co jest zaburzeniem, a co nie. Zresztą teoria, jakoby homoseksualizm wynikał z posiadania nadopiekuńczej matki i nieobecności ojca, nigdy nie potwierdziła się w badaniach empirycznych. Teorie spiskowe nie powinny zatem rozlewać się po naszych umysłach.

Osoby homoseksualne nie są chore. I nie powinniśmy ich tak traktować. Jak zatem katolik powinien odnosić się do do gejów czy lesbijek? Katechizm stawia sprawę jasno:

„Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi ona trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji” (KKK, 2358)

Oznacza to, że katolik absolutnie nie powinien być homofobem. O ile pierwszą część tego fragmentu (o moralnym nieuporządkowaniu) wszyscy doskonale znamy, to drugą – wzywającą do delikatności i unikania dyskryminacji – zdarza nam się „przeoczyć”. Tłumaczymy to sobie „sprzeciwem wobec cywilizacji śmierci”, „upominaniem grzeszników” etc. Sądzę jednak, że nie ma w Polsce (a być może i w całej Europie) geja, który nie wie, że zachowania homoseksualne są wg KK grzechem. Często więc stosunek katolików do osób niehetoroseksualnych i ataki na te osoby wynikają po prostu z lęku – przed innym, przed nieznanym, przed tym, że świat po prostu się zmienia  – i pewnych tematów nie zamiata się już pod dywan.

Osobom homoseksualnym (czy to z wyboru samotnym, czy żyjącym w związkach), należy się szacunek i tolerancja. Musimy też pamiętać o tym, że Kościół nie wartościuje samej orientacji – ona po prostu istnieje. Za grzech uznawane są wyłącznie homoseksualne akty – jeśli więc ktoś odczuwa pociąg do osób tej samej płci (i nie współżyje), nie popełnia grzechu. Popełnia go natomiast ten, kto homoseksualistom ubliża, miesza ich z błotem, kto – łamiąc VIII Przykazanie – przypisuje im na przykład zapędy pedofilskie. Jeżeli więc pouczamy gejów i lesbijki o konieczności życia w czystości, to tak samo pouczajmy homofobów, którzy ludziom (bo, wbrew poglądom niektórych, są to przede wszystkim ludzie) homoseksualnym niszczą życie.

Zdajemy sobie sprawę, że homoseksualizm nie jest łatwym zagadnieniem – musimy przecież takim osobom powiedzieć, że choć nie są chore, to Kościół wymaga od nich dożywotniej abstynencji seksualnej. Pojawia się tutaj wiele pytań: czemu zatem Bóg pozwala, by niektórzy ludzie stawali przed tak wielką trudnością (zwłaszcza jeśli okaże się ponad wszelką wątpliwość, że orientacja jest uwarunkowana biologicznie)? Co dzieje się po śmierci z gejami i lesbijkami, którzy żyli przez dziesiątki lat w wiernym związku, opartym na szacunku? Jaką drogą powinny podążać osoby nieheteroseksualne, skoro nie mogą ani zawrzeć małżeństwa, ani wstąpić do zakonu czy seminarium?

Nie udaję, że znam odpowiedzi.

 

Continue Reading

Abp Jędraszewski o dyskryminacji gejów i lesbijek? Ta wypowiedź Cię zaskoczy!

Obchodzimy dzisiaj Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii. 💥
W Katechizmie Kościoła Katolickiego znajdziemy informację, że Kościół, choć uznaje akty homoseksualne za grzech, to jednocześnie sprzeciwia się przejawom niesłusznej dyskryminacji względem gejów i lesbijek.
Czy oznacza to, że istnieje „słuszna” dyskryminacja?
To pytanie zadałam kilka lat temu abp. Jędraszewskiemu podczas „Dialogów w katedrze”.
Zobaczcie, co odpowiedział!
😁😁😁

Continue Reading

Gdzie ci duchowni, pokorni tacy…?

Jak nazywa się system, w którym mężczyźni mówią kobietom, jakie powinny one być, bo uważają, że mają prawo (lub uświęcony obowiązek) kształtować je według swoich upodobań?

Taki stan rzeczy nazywamy patriarchatem.

A czy chrześcijanin powinien taki ustrój wspierać i wzmacniać?

Otóż nie. Uczniowie Chrystusa wierzą w to, że wszyscy ludzie rodzą się równi (co nie znaczy tacy sami), a kobiety nie są przedmiotami, których rolą jest zadowalanie mężczyzn. Taki tok rozumowania był właściwy dla niektórych religii pierwotnych oraz ustrojów, które niby flirtowały z chrześcijaństwem, ale ich rdzeń pozostał twardy, nieugięty wobec postulatu uczłowieczenia niewiast, który głosił sam Chrystus. 

W Kościele męski głos wciąż jest dominujący – i do pewnego momentu można się do tego przyzwyczaić i okazać wyrozumiałość. W końcu przez wieki to mężczyźni (biali i nieżonaci) uprawiali naukę i opisywali świat oraz Boga, a swój punkt widzenia przekazywali – czasami wręcz narzucali – innym. Wiadome jest zatem, że musi minąć trochę czasu, zanim kobiety zostaną w Kościele dostrzeżone, duchowieństwo zacznie wreszcie dostrzegać ich potrzeby (bo, z całym szacunkiem, nie dotyczą one tylko macierzyństwa i tego, jak przekonać chłopaka do życia w czystości przedmałżeńskiej).

Zdarzają się jednak sytuacje i wypowiedzi, na które nie można patrzeć przez palce, które wręcz „ociekają” absurdem. Jedną z nich jest kazanie ks. dr. Pawła Murzińskiego, który wyraził zaniepokojenie postępującą emancypacją dzisiejszych kobiet. Owo zepsucie i upadek kobiecości wyraża się między innymi w tym, że współczesne panie noszą spodnie. Można się z tego wystąpienia śmiać, można się wściekać, można pewnych cytatów użyć do produkcji antykościelnych memów. Ja jednak w związku z tym filmem czuję przede wszystkim głęboki niepokój. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że mężczyźni, którzy głoszą tego rodzaju reakcjonistyczne teorie, zwykle po prostu nie mają pojęcia o kobietach. Mają w głowie urojony obraz dawnych (cokolwiek to znaczy) niewiast, które były pokorne i serca cichego, w wolnych chwilach oddawały się nabożnej modlitwie i zbieraniu ziół, a czyniły to zawsze boso i w białych, zwiewnych sukienkach. Gdy dostrzegały mężczyznę, rumieniły się i chowały niczym Aurora ze „Śpiącej królewny” na widok księcia, a każda z nich marzyła jedynie o tym, by pewnego dnia móc powić syna. Takie wyobrażenia o dziewczynach i kobietach z dawnych epok nie mają, rzecz jasna, zbyt wiele wspólnego z prawdą – jest to jedynie projekcja marzeń niektórych mężczyzn, którzy pragnęli mieć przy boku partnerkę słabą i uległą – bo przecież, jak pisał o naszym gatunku Tolkien „ludzie ponad wszystko pożądają władzy”. Jeżeli takie rewelacje wypowiada duchowny Kościoła katolickiego – i to w stopniu doktora! – to jest to znak, że być może wielu księży i duchowych przewodników o kobietach, czyli połowie ludzkości, wie tyle, co nic. To z pewnością nie zachęca pań do bycia sobą we wspólnocie Kościoła.

Po drugie, z tego kazania wyziera wręcz przemoc i opresyjny stosunek do kobiet – kolejny raz mądry, postępujący moralnie mężczyzna uczy niemądre i zepsute kobiety, jak powinny żyć, aby… podobać się mężczyznom (czyli właściwie podmiotowi mówiącemu). To naprawdę nie jest sprzyja rozwojowi Kościoła, że jego pasterze tak bardzo osadzeni są w patriarchalnym stylu myślenia. Jezus głosił przecież ponadczasowe zasady moralne, a nie zalecenia dotyczące mody – dzięki temu Jego Słowo wciąż pociąga ludzi i potrafi zmieniać rzeczywistość. Kościół, który skupia się na zagadnieniach związanych z podziałem ról płciowych i zewnętrznych formach wyrazu męskości lub kobiecości (które nieustannie się zmieniają), ryzykuje zepchnięciem na margines. Za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat antyklerykałowie będą przemówienia ks. dr. Murzińskiego używać jako dowodu na to, że KK to instytucja, która była i jest wroga kobietom. Przemoc względem kobiet to przecież nie tylko bicie za „zbyt słoną zupę”, ale także wywyższanie się, emocjonalny szantaż „na dawne, lepsze czasy”, brak pokory. To smutne, że ks. dr Murziński (i pewna część duchowieństwa) jest wciąż dotknięta tą chorobą.

Po księdzu z doktoratem można się także spodziewać znajomości Pisma i wiedzy, które fragmenty są obowiązującym nas Prawem, a które stanowią zapis zwyczajów żydowskich sprzed tysięcy lat. Powoływanie się na Księgę Kapłańską w celu „udowodnienia”, że mamy dziś do czynienia z upadkiem kobiecości, jest nieporozumieniem. Ks. Murziński nie jest w swoim żonglowaniu cytatami odosobniony – czyni to wielu katolików, którzy albo nie mają wiedzy, jaką przekazują nam bibliści, albo też ich lęk przed zmianami zachodzącymi w świecie jest tak wielki, że wolą z fragmentów Biblii uczynić sobie schron – nawet za cenę merytorycznych klap. A przecież zwyczaje, styl życia czy ubioru zmieniał się zawsze i będzie się zmieniał, dopóki ziemia istnieje. To, w jaki sposób ludzie wyrażają swoją przynależność do określonej płci i jakie obowiązki mają kobiety i mężczyźni, również nie jest niezmienne. Należałoby się z tym pogodzić. Swoją drogą, ks. Murziński mówiąc o kryzysie kobiecości, sugeruje jakoby, że kobiecość może „obumrzeć”, „zniknąć” – a przecież krytycy „ideologii” gender (do których ksiądz ten również się zalicza) twierdzą, że płeć jest niezmienna, że wiara w to, że męskość i kobiecość są płynne, to urojenia wrogich Kościołowi „genderystów”… Wyczuwam tutaj zatem pewną niespójność.

Film z kazaniem ks. dr. Murzińskiego po raz kolejny przypomniał mi o pewnej ważnej prawdzie: cokolwiek czytamy, oglądamy czy słyszymy, musimy zachowywać czujność. Nawet to, że ktoś jest ubrany w sutannę, posiada tytuł naukowy i do udowodnienia swoich tez używa cytatów z Pisma Świętego, nie oznacza wcale, że jego słowa są prawdziwe i zgodne z nauczaniem Kościoła katolickiego czy zdrowym rozsądkiem. Duchowni, znane autorytety, a nawet wielcy święci czasami mówią rzeczy, które są zwyczajnie irracjonalne – przykładem może być wypowiedź św. ojca Pio, który twierdził, że kobiety ubrane w spodnie powinny mieć zakaz wchodzenia do kościoła…

Obecność tego rodzaju wystąpień duchownych w Internecie jest wyzwaniem dla naszego intelektu – bo musimy niejako „przecedzać” przez sito rozumu i naszej wiedzy ich wypowiedzi. Sądzę, że jest to także sprawdzian naszej wiary oraz… miłości – bo przecież musimy (i chcemy!) wytrwać w wierności Kościołowi. Nawet wtedy, kiedy personel tej instytucji mówi rzeczy absurdalne – bo przecież jesteśmy tutaj przede wszystkim ze względu na Założyciela naszej wspólnoty, który odznaczał się przecież łagodnością, rozwagą oraz Boską mądrością.

I, w odróżnieniu od wielu współczesnych duchownych, umiejętnością wygłaszania doskonałych przemówień.

Continue Reading

Jennie Allen o złotym cielcu aprobaty i innych zagrożeniach duchowych

Parę dni temu natknęłam się w sieci na artykuł prof. Zimbardo, w którym znany psycholog pisał o tym, że gdyby był współczesną młodą kobietą, to wolałby być lesbijką – mężczyźni są, jego zdaniem, niedojrzali i pogubieni, zaś kobiety – pełne ambicji i chętne do rozwoju.

Statystyki socjologiczne pokazują zaś, że w Polsce to właśnie kobiety są lepiej wykształcone, znają więcej języków i chętniej udzielają się społecznie. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć: „Super! Rewolucja feministyczna przyniosła efekty, a kobiety w końcu są wolne”.

Tylko, że mówiąc o lepszym wykształceniu współczesnych kobiet, o ich wielozadaniowości i chęci rozwoju, coś jednak przemilczamy, coś ważnego zostaje pominięte – nie mówimy o wysokiej cenie, jakie „płeć piękna” płaci za życie usłane sukcesami. Statystyki nie uwzględniają braku czasu dla siebie, poczucia pustki i braku sensu, a także depresji i nerwic, z jakimi zmagamy się my – kobiety niezależne, ambitne, godzące pracę zawodową z opieką nad dziećmi i uczęszczaniem na fitness.

Kiedy zatem przyszła do mnie książka Jennie Allen „Niczego nie musisz udowadniać”, nie spodziewałam się niczego niezwykłego – bo z reguły wszelkie poradniki traktuję z dużą dozą nieufności. Spodziewałam się, że w tej pięknie wydanej książce znajdę ładnie brzmiące, ale niewiele wnoszące do życia okrągłe zdania w stylu „uwierz w siebie i rób, co kochasz”, „ograniczenia są w Twojej głowie”, „to, co robisz jest wystarczające, więc pokochaj siebie!”. Ale to, co proponuje Allen – amerykańska „chrześcijańska aktywistka”, okazało się być czymś więcej, niż uwodzeniem czytelniczek za pomocą komplementów i anegdotycznych opowieści.

O czym jest ta książka? Trudno byłoby to wytłumaczyć komuś, kto po nią nie sięgnął. Ja powiedziałabym, że jest to adresowany do kobiet poradnik (choć, z uwagi na mierną jakość tego gatunku, to nie jest może najlepsze słowo), który pomaga zacząć żyć… jak Pan Bóg przykazał. Poważnie. Ale nie chodzi tutaj o to, by nakłaniać kogoś do częstszego uczęszczania do kościoła czy innych nabożnych praktyk, ale o odpuszczenie. O zdjęcie z siebie chomąta niemożliwych do spełnienia wymagań, by być perfekcyjną, niezawodną, najlepszą we wszystkim, co jest możliwe. Allen wskazuje, że przecież wiara w to, że my same musimy być wystarczające, jest nie tylko niesamowicie obciążające, ale także niezgodne z chrześcijańskim pojmowaniem świata – bo przecież każde Boże stworzenie jest słabe. Zamiast wiec desperacko tej słabości zaprzeczać, możemy się z nią pogodzić, co z pewnością przybliży nas do Jezusa.

Książka „Nie musisz niczego udowadniać” obfituje w świetnie dobrane biblijne cytaty oraz fragmenty Pisma „przepisane” z punktu widzenia uczestniczącej w nich kobiety. Ten zabieg pozwala na lepsze zrozumienie opowieści, które znamy niemal na pamięć – choć, jak pokazuje Allen, powierzchownie. Znajdziemy tutaj także ćwiczenia, nazwijmy to, katocoachingowe, zachęcające nas do refleksji nad swoim życiem, dążeniami i tym, co nas duchowo i emocjonalnie zniewala.

Tym, co cenię najbardziej w poradniku Jennie Allen, jest ukazanie prawdy, przed którą my, silne i wykształcone kobiety (ale, oczywiście, nie tylko) próbujemy uciec: obsesja na punkcie aprobaty innych, fiksacja na chęci bycia wystarczająco dobrą jest bałwochwalstwem, a więc… grzechem przeciwko I Przykazaniu. Czy któraś z nas spowiadała się z tego, że głównym dążeniem w jej życiu stało się posiadanie jak największej ilości „lajków” na Facebooku? Albo że zaniedbuje własny odpoczynek (który przecież jest nam niejako „nakazany” przez Boga) na rzecz dokumentowania swojego życia na Instagramie…? Być może to właśnie to jest naszym największym błędem. I tutaj bierze początek nasze poczucie, że nie jesteśmy wartościowe i dobre.

W poradniku Allen nie znajdziemy jednak oskarżycielskiego tonu, narzekania na naszą generację czy sentymentalnych rozważań. Otrzymamy natomiast garść inspiracji (bo na pewno nie gotową receptę), które ułatwią nam porzucenie wiary w magiczną moc uznania ze strony innych na rzecz głębokiej wiary w Boga.

Przeczytanie tej książki może stać się pierwszym krokiem w kierunku wewnętrznej wolności.

Continue Reading

Z TARCZĄ CZY NA TARCZY (ZEGARA)?

Mamy dziś Światowy Dzień bez Śmiecenia.
W języku angielskim jego nazwa brzmi World non-waste Day. To ciekawe, ponieważ „waste” oznacza także „tracić”, „marnować” – na przykład w kontekście czasu.
O ile każdy katolik wie (lub wiedzieć powinien), że wyrzucanie do lasu worków pełnych odpadów czy wrzucanie do pieca starych opon jest o grzechem, o tyle często nie zastanawiamy się, jak bardzo zaśmiecamy swój czas.
To prawda, że dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie są bardzo zapracowani – kiedy nie ma się umowy o pracę (a wśród młodego pokolenia jest to powszechne), to często trzeba pracować w wielu miejscach na raz. Do tego dochodzą kursy, szkolenia, studia podyplomowe – i zwykle na to się powołujemy, tłumacząc, że „nie mamy czasu”.
Ale jest też druga strona medalu – setki tysiące zmarnowanych godzin. Czas, który przecieka nam przez palce, którego nie umiemy sensownie wykorzystać. Zaśmiecamy sobie swój czas scrollowaniem fejsa czy insta, oglądaniem filmików z kotami, narzekaniem na cały świat, włóczeniem się po centrach handlowych, choć tak naprawdę nie potrzebujemy zakupów i nie interesuje nas moda. A później padamy na kanapę, z poczuciem wyczerpania i myślą, że to „coś” na co czekamy, chyba nigdy nie nadejdzie.
Wielu z nas wolnego czasu nie celebruje, lecz go zabija. Łejstje. Maruje, zaśmieca. Nawet wtedy moglibyśmy cieszyć się chwilą i ćwiczyć bycie tu i teraz (czyli w języku psychologicznym „uważność”) – na przykład podczas spaceru z psem – sięgamy po smartfon. W efekcie nie wykorzystujemy minut, które mogłyby być przyjemnie zwyczajne. Ze swojego czasu robimy prawdziwe wysypisko śmieci.
A gdyby tak zadać sobie trzy ważne pytania:
– co zazwyczaj robię, kiedy „nic nie robię”?
– jak często po prostu chłonę otaczającą mnie rzeczywistość?
– gdyby ktoś znienacka przyszedł do mojego domu, kiedy nie pracuję ani nie jestem zajęty obowiązkami, to na czym by mnie zastał?
Sądzę, że szczera odpowiedź na te pytania może pokazać nam, czy my też mamy problem z zaśmiecaniem swojego czasu.
Często słyszymy, że powinniśmy szanować lasy, ponieważ kurczą się one w zastraszającym tempie.
A przecież, jeżeli chodzi o czas, to być może zostało go nam mniej, niż nam się wydaje.
Continue Reading

Rodzina, w której nie brak różnorodności. Za co kocham Kościół?

Pod ostatnim postem – który był jednocześnie tematem miesiąca na Deonie – pojawiły się komentarze mówiące o tym, że następnym razem dobrze by było przeczytać o tym, co w Kościele jest dobrego. W pełni się z tym zgadzam – kiedy mówimy o czymś, co jest dla nas ważne (czyli na przykład o rodzinie), powinniśmy zachowywać równowagę – wskazaujemy na braki, wady, defekty, ale nie możemy pomijać także zasobów, mocnych stron – tę zasadę stosuje się na przykład wtedy, kiedy na konsultację czy terapię zgłasza się rodzina – a Kościół jest taką właśnie, pełną różnorodności, rodziną.

Nie będę pisała o tym, że Kościół daje nam sakramenty, jest widocznym znakiem Chrystusa na ziemi etc. – to jest oczywiste i stanowi rdzeń naszej wspólnoty. Chciałabym wymienić kilka rzeczy bardziej „zewnętrznych”, które urzekają mnie w naszym „jednym, świętym, powszechnym i apostolskim Kościele”. Oto one:

  1. Działalność charytatywna. Kiedy pisałam pracę magisterską na psychologii (dotyczyła ona wpływu duchowości i religijności na emocjonalne funkcjonowanie osób opiekujących się umierającymi w hospicjach), moja promotor jakby z automatu skierowała mnie do hospicjum Caritasu. Później ja sama wgłębiłam się w temat – i doszłam do niby oczywistego wniosku, że ilość inicjatyw (lub po kościelnemu „dzieł”), jakie Kościół podejmuje na rzecz potrzebujących, jest po prostu niesamowita. Nie będę teraz pisała o poszczególnych aktach pomocy – clue stanowi to, że – jak mówi raport ISKK – Kościół jest największą po państwie instytucją pomocy potrzebującym w Polsce.
  2. Pielęgnowanie tradycji i kultury. W podróżowaniu nieustannie zachwyca nas to, że zwykle, kiedy wejdziemy do małego, niepozornego kościółka, możemy tam znaleźć prawdziwe skarby – nigdy nie wiadomo, czy w małej świątyni na uboczu nie znajduje się piękny, barokowy obraz. Kościół przechowuje i broni piękna, a także je tworzy. W Muzeach Watykańskich, które odwiedziliśmy parę lat temu, możemy cieszyć oczy (i ducha!) nie tylko perłami sztuki sakralnej, ale przedchrześcijańskiej.
  3. Wspaniałe media katolickie. Niestety, w żadnym silnych bodźców świecie prasa ulega tabloidyzacji – na kartach dzienników czy na portalach internetowych znajdziemy tanią sensację, opatrzoną „szokującym” zdjęciem. Ale pewnych mediów katolickich to nie dotyczy. Na rynku nie brak jest tygodników czy miesięczników, a także kanałów na YouTube czy portali, które kierują się zasadami etyki dziennikarskiej i opisują rzeczywistość w całej jej złożoności.
  4. Stałość i przewidywalność. Jak pisała autorka powieści obyczajowej „Żelbeton” (pozdro dla kumatych ;)) „Nowa polska rzeczywistość jest kolorowym straganem idei”. I łatwo jest się między tymi straganami pogubić. Co i rusz w mediach pojawiają się nowi idole-celebryci, genialne pomysły na życie, subkultury czy filozofie. Współczesny człowiek, który chciałby za tym wszystkim podążać, jest zatem niezwykle pogubiony. Tym, co jest stałe i zasadniczo niezmienne, jest Kościół i jego nauczanie, którego „esencja” jest taka sama od przeszło 2 tysięcy lat. Sama uwielbiam uczęszczać na Mszę trydencką – lubię myśleć sobie, że tymi samymi słowami modlili się ludzie kilkaset lat wcześniej, w miejscach oddalonych o kilkaset kilometrów. To naprawdę robi wrażenie. I daje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji.
  5. Obecność wspaniałych działaczy świeckich  i duchownych. Szymon Hołownia. Siostra Chmielewska. Ksiądz Boniecki. Jola Szymańska. Można by wymieniać jeszcze długo, bo lista osób, które robią w świecie fantastyczne rzeczy – a swoje wartości „osadzają” w chrześcijańskim światopoglądzie – naprawdę nie kończy się na kilku nazwiskach. Wcale nie są to ludzie oderwani od rzeczywistości, żyjący w mnisich celach – raczej osoby, które wychodzą naprzeciw światu i potrzebom jego mieszkańców. O naszych ulubionych katocelebrytach pisałam resztą kiedyś osobny post: https://katolwica.blog.deon.pl/2017/08/09/siedmiu-wspanialych-lista-naszych-ulubionych-katocelebrytow/

Sądzę, że teraz, po opisaniu tego, co mnie (i nie tylko mnie!) w Kościele pociąga i urzeka, obraz jest pełniejszy. Z drugiej strony, chciałabym „zgłosić” pewną uwagę: nie powinniśmy, jako ludzie Kościoła, obawiać się krytyki naszej Wspólnoty. To nie jest tak, że każdy, kto dostrzega w nim na przykład obecność kiczu lub retoryczne nadęcie, jest antychrystem i sprzyja lewackiej dżęderideologii. Zdrowe rodziny, pewne swoich więzów i wartości, nie mają problemu z przyjmowaniem krytyki na swój temat lub na temat zachowania jej poszczególnych członków. Zazwyczaj im bardziej rodzina „oporuje”, tym poważniejsze i głębsze skrywa problemy. Nie powinniśmy więc żyć w przekonaniu, że krytyka Kościoła jest równoznaczna ze zdradą (lub spiskiem). Gorzkie słowa mogą wynikać z troski i chęci dokonywania zmian na lepsze. W końcu, jak twierdził Jerzy Turowicz: „Jeśli Kościół kochasz, krytykujesz.”

A przecież nie sposób jest go nie kochać.

Continue Reading

Tezy na drzwiach bloga, czyli co mnie wkurza w Kościele

#łobuzywkościele

W ubiegłym roku (ku rozpaczy katolickich tradycjonalistów) obchodziliśmy 500-lecie Reformacji. Momentem, który wielu historyków uważa za początek podziału, jest przybicie przez Lutra do drzwi katedry w Wittenberdze 95 tez, które – w jego pojmowaniu – miały pomóc w naprawie Kościoła. I choć z katolickiego – a więc i naszego – punktu widzenia część z nich była teologicznie błędna, to jednak postanowiliśmy się nieco Lutrem zainspirować, przygotowując własne „tezy”, czyli dzieląc się tym, co nas we współczesnym Kościele wkurza. Spokojnie – jest ich zdecydowanie mniej, niż 95 – i to równo o 90!

  1. Retoryka oblężonej twierdzy. „Są w dzisiejszych czasach tacy, którzy…”, „Niestety, współczesny świat zapomina o tym, że…”, „Nowoczesne ideologie wmawiają nam…” – brzmi znajomo? Pewnie tak – w końcu w listach episkopatu, kazaniach czy katolickich mediach nieustannie jest mowa o osobach, instytucjach i ideologiach, które zagrażają naszej wierze. Kościół w Polsce został, niestety, zainfekowany chorobą lęku – boimy się islamizacji, Zachodu, przemian kulturowych i wielu innych. Oczywiście, nie należy bagatelizować tego, że zło istnieje i działa we we współczesnym świecie – ale jednak warto dbać o odpowiednie rozłożenie akcentów. Chrystus powiedział przecież, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła – sądzę więc, że możemy spać spokojnie.
  2. Dominacja męskiego punktu widzenia. O kobietach w Kościele mówi się z męskiej perspektywy – jako o żonach i matkach. Nawołuje się nas do pokory, łagodności, poświęcenia – oczywiście rodzinie. Uosobieniem rodzaju ludzkiego dla części kleru i episkopatu wciąż jest wyłącznie mężczyzna – kobieta jest dodatkiem lub „darem”. Przykład? Proszę bardzo: temat spotkania młodych w Lednicy w roku 2010 brzmiał „Kobieta – dar i tajemnica”. Jest to wpisywanie się w patriarchalny model myślenia, w którym „płeć piękna” jest przedmiotem, zaś mężczyzna – podmiotem. W duszpasterstwach dla kobiet i dziewcząt mówi się wiele o czystości, skromności i odpowiedzialności za życie – a przecież w chrześcijaństwie VI i IX przykazanie dotyczy obu płci! Także postać Maryi jest wciąż w Kościele rozumiana „po męsku” – mówimy wiele o jej pięknie, matczynej miłości oraz dziewictwie, a nie akcentujemy odwagi oraz siły.
  3. Wszechobecność kiczu. W swoim życiu nie widziałam ani jednej brzydkiej cerkwi, natomiast podróżując po Polsce i Europie, wiele razy miałam ochotę zasłonić oczy, by nie musieć patrzeć na kościoły, które przypominają rakiety lub… kury (zainteresowanym polecam fanpage „Kościoły, które udają kury” na Facebooku).  Niektóre nasze pieśni religijne, obrazy świętych lub misteria (jak chociażby inscenizacja zamachu na św. Jana Pawła II) nie tylko są pozbawione teologicznej głębi, ale też ranią uczucia estetyczne. A przecież obecność Boga wyraża się także poprzez piękno!
  4. Fiksacja na sprawach dotyczących seksu. Gender. Antykoncepcja. Seks przed ślubem. Akty homoseksualne. Czy jest ktoś, kto nie zna stanowiska Kościoła na temat którejś z tych spraw? Nie sądzę – w końcu w katolickich rozgłośniach czy prasie tematy okołoseksualne są nieustannie numerem 1. Tymczasem, kiedy na różnych katolickich grupach przytaczamy fragmenty społecznej nauki Kościoła (na przykład związanej z wartością pracy lub sprawiedliwym podziałem dóbr), bywamy nazywani… komunistami. Przyczyną tego stanu rzeczy jest brak wiedzy na ten temat u osób wierzących. Katecheci wolą przecież w nieskończoność opowiadać o tym, w jaki sposób użycie prezerwatywy niszczy więź małżeńską, niż zagłębić się w inne – nie mniej ważne! – aspekty nauczania Kościoła.
  5. Miałkość kazań. Chyba żaden aspekt nauki w seminarium duchowym nie intryguje mnie tak, jak zajęcia z homiletyki. Być może w sposobie ich prowadzenia kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego dobre, inspirujące do zmiany życia kazanie jest w większości polskich kościołów rzadkością. Na pewno ma na to także wpływ zubożenie języka całej nasze generacji – w końcu księża pochodzą z ludu. Profesor Jan Miodek sugerował kiedyś, że polscy duchowni obmyślają kazania przy goleniu. My idziemy o krok dalej – sądzimy, że znaczna część księży nie obmyśla kazań w ogóle. Skutkiem tego są nieustanne powtórzenia, wypowiedzi ogólnikowe, niezwiązane z Ewangelią, wypowiedziane monotonnym głosem. Jako polonistka i osoba, która zajmuje się pisaniem, cierpię niewyobrażalne męki, gdy słucham tego rodzaju „księżomowy”.

Nasze „tezy” nie będą przybijane do drzwi żadnego z kościołów (co najwyżej „przypniemy” ten post na fanpage’u naszego bloga). Jednak, co najważniejsze, nie dążymy do żadnej schizmy. Nie chcemy się od Kościoła odłączać. Owszem, zależy nam na tym, by stał się on bardziej „katoludzki”, jak pisze prymas Wojciech Polak. Jeżeli jednak wierzymy w to, że Kościół jest rodziną, to musimy zaakceptować fakt, że niektórzy członkowie tej rodziny nie żyją tak, jak się nam podoba. W końcu każdy posiada w swojej familii wuja, który głosuje nie tak, jak byśmy chcieli, ciotkę, która wiecznie się na wszystkich obraża czy kuzyna, który jest fanem teorii spiskowych.

I wszystkich tych krewnych musimy nauczyć się kochać.

Continue Reading

Alfie, jesteśmy z Tobą

Sprawa #AlfieEvans, co zrozumiałe, budzi w nas wszystkich ogromne emocje. W sieci można znaleźć wiele niezweryfikowanych i niepotwierdzonych informacji, które mają nas utwierdzić w przekonaniu, że Alfie padł ofiarą zbrodniczej służby zdrowia (pojawiają się między innymi informacje o tym, że jego choroba jest konsekwencją szczepienia, że szpital, w którym przebywa dziecko, „słynie” ze sprzedaży organów itd.).
 
Ja nie wierzę w to, by lekarze po prostu dążyli do „wyeliminowania” małego pacjenta. Ale nie oznacza to, że wyrok brytyjskiego sądu przyjmuję ze spokojem.
Szpital od więzienia różni się tym, że człowiek może z niego wyjść, kiedy zechce – na własne żądanie. Nikt nie może poddać nas procedurom medycznym, na które nie wyrażamy zgody. W przypadku osób niepełnoletnich, sytuacja się komplikuje, bo osobami odpowiedzialnymi za dziecko są rodzice. Oni jednak również mają prawo zabrać dziecko ze szpitala (chyba, że zaniechanie leczenia zagraża jego życiu – wtedy słusznie lekarze oddają sprawę do rozpatrzenia sądowi).
Rodzice Alfiego nie chcą jednak wywieźć go do szamana, który twierdzi, że uzdrowi chłopca podawaniem witaminy C, lub że odtruje jego ciało po szczepionce. Mama i tata chłopca z Liverpoolu chcą, aby sąd wyraził zgodę na transport chorego do jednego z najlepszych szpitali dziecięcych w Europie, który zadeklarował chęć pomocy i opieki nad nim. Wiemy też, że Alfie otrzymał włoskie obywatelstwo – tym bardziej niezrozumiałe, niepojęte jest, czemu blokowany jest wylot dziecka do Rzymu.
 
Ja rozumiem, że współczesna medycyna (a także Kościół katolicki, o czym nie każdy wie), sprzeciwia się stosowaniu uporczywej terapii. Nawet św. Jan Paweł II prosił przecież o to, by pozwolono mu odejść. W przypadku Alfiego jednak nie jest łatwo ocenić, co jest uporczywą terapią – chłopiec przeżył przecież bez urządzeń wiele godzin, a do tego niektóre szpitale wyraziły chęć dalszej diagnostyki dziecka (co, być może, pozwoliłoby dowiedzieć się więcej o samej chorobie i w przyszłości tę wiedzę wykorzystać). Nie można więc powiedzieć, że przetransportowanie dziecka do Włoch to skazywanie go wyłącznie na cierpienie – zwłaszcza, że pielęgniarz, który miał brać udział w transporcie, czynników podwyższonego ryzyka się nie dopatrzył.
 
Anestezjolog dziecięcy, dr Marcin Rawicz, mówi, że umierający pacjent nie powinien czuć głodu, duszności, bólu, zimna i strachu. Bardzo chciałbym, aby lekarze i pielęgniarze ze szpitala Alder Hey zadbali o to, by tak właśnie było, jeśli dalsze leczenie przyczynowe ma nie przynieść skutków. Dziecko powinno być nawadniane, mieć podawany tlen, a jego rodzice – mieć możliwość nieustannego przebywania z synem.
Być może, na podstawie postanowienia sądu apelacyjnego, Alfie zostanie jednak przetransportowany do Rzymu.
Skoro o to proszą jego rodzice (mający pełnię praw rodzicielskich), w porozumieniu z włoskimi lekarzami, uważam to za najlepszą drogę w tej sytuacji.
Alfie, modlimy się za Ciebie i Twoją rodzinę 🙏🙏🙏
PS Wierzę, że najlepszym sprzymierzeńcem rodziny chłopca po drugiej stronie Nieba będzie ks. Kaczkowski, który przecież był jednym z największych autorytetów zakresie opieki nad nieuleczalnie chorymi. Prosimy więc go o wstawiennictwo w tej trudnej sprawie.
Continue Reading